Transplantolodzy nie lubią cudotwórcy
Pacjenci i ich rodziny nazywają go cudotwórcą. Lekarze są bardziej sceptyczni co do jego możliwości, a transplantologów wręcz rozjuszył propozycją, by zmienić obowiązującą ustawę o przeszczepach. Profesor Jan Talar, który twierdzi, że wybudził ze śpiączki ponad 500 osób, uważa, że polscy lekarze zbyt pochopnie decydują o uznaniu chorego za zmarłego.
- PO zaostrzy ustawę o przeszczepach?
- Kiedy śmierć daje życie
- Oddaj szpik, uratuj życie
- Chory Krzysztof Jackiewicz jest znowu z matką
- Dramat w NFZ. Fundusz nie ma pieniędzy
- Przeszczep wciąż dla szczęśliwców
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 26°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Dla pacjentów sprawa jest bardzo prosta. "Jan Talar to wspaniały lekarz i dobry człowiek. Jestem mu wdzięczny za to, że przywrócił mnie do życia" - mówi były żużlowiec Piotr Winiarz, który w 2003 r. miał groźny wypadek na zawodach w Debreczynie. Lekarze na Węgrzech dawali mu 1 proc. szans na przeżycie, ale żona znalazła klinikę profesora Talara w Bydgoszczy. "Profesor nauczył mnie chodzić, pomógł odzyskać władzę w prawej ręce, bo jeszcze długo po wypadku mogłem używać tylko lewej. Nie pamiętam, jakie stosuje metody leczenia, ale z pewnością bardzo dobre, skoro jestem tu, i to w takim dobrym stanie" - mimo 6 lat, jakie minęły od wypadku, Winiarz nadal mówi z wyraźnym trudem. Twierdzi jednak, że wraca do pełnej formy, i nie zamierza rezygnować z marzenia o powrocie na tor.
Agnieszce Terleckiej, która w wieku 11 lat spadła z konia, lekarze też nie dawali żadnych szans. Rodzicom powiedzieli, że nawet jeśli dziewczynka przeżyje, będzie rośliną. "Żyję dzięki profesorowi. A to, że mogłoby mnie nie być, uświadomiłam sobie dopiero 4 lata po wypadku. Wracałam razem z mamą z treningu lekkoatletycznego i nagle się rozpłakałam, bo dotarło do mnie, jak blisko byłam śmierci" - mówi 17-letnia teraz Agnieszka. Dzisiaj Jan Talar jest dla niej ukochanym wujkiem, z którym może o wszystkim porozmawiać. "To człowiek serdeczny, zawsze uśmiechnięty, wnosił na oddział mnóstwo radości i optymizmu. Pacjenci ustawiali się do niego w kolejce" - wspomina dziewczyna.
Oddajcie organy
W domu państwa Terleckich do dziś przechowywana jest dokumentacja medyczna ze szpitala w Pile, do którego dziewczynka trafiła po wypadku z ciężkimi obrażeniami głowy. Któryś z lekarzy napisał: "śmierć pnia mózgu". Później słowo "śmierć" zostało przekreślone i zamienione na "stłuczenie". Lekarze zasugerowali rodzicom, by podpisali zgodę na pobranie organów. Ci odmówili i sprowadzili na konsultację Marka Harata, neurochirurga z Bydgoszczy. To od niego dowiedzieli się, że w bydgoskiej klinice pracuje Jan Talar, specjalista od wybudzania ze śpiączki. "Zadzwoniłem, odebrała sekretarka. Mówię, jaki mamy przypadek, a ona, że u nich są tylko takie. Ja przekonuję, że chodzi o dziecko, które jeszcze niewiele przeżyło, a wtedy sekretarka pyta, ile córka ma lat. Gdy mówię, że tylko 11, każe chwilę poczekać i łączy z profesorem" - opowiada ojciec.
Jan Talar doradził zrozpaczonym rodzicom, jak stymulować nerwy Agnieszki, by sprawdzać, czy ma jakiekolwiek odruchy. Przez pierwsze trzy dni po wypadku nie działo się nic. Ale czwartego Terleccy zauważyli, że córce powiększyły się źrenice. Na ich prośbę Agnieszka została odłączona od respiratora i zaczęła samodzielnie oddychać. Trzy dni później przewieziono ją do Kliniki Rehabilitacji w Bydgoszczy. "Ordynatorka z Piły skomentowała to tak: córka i tak będzie warzywem" - wspomina Robert Terlecki.























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!