Specjaliści nie mają wątpliwości. Obecność tragicznie zmarłago w katastrofie koło Smoleńska szefa polskiego lotnictwa wojskowego do momentu uderzenia w ziemię jest zadziwiająca - pisze dziennik "Polska". "To na pewno nie pozostało bez wpływu na podejmowane przez pilotów decyzje" - ocenia Tomasz Hypki, redaktor "Skrzydlatej Polski".
Jest kilka hipotez w tej sprawie.
"Aby dojść do kabiny pilotów, musiał przejść przez prezydencką część samolotu, dlatego nie sądzę, aby zrobił to z własnej inicjatywy" - mówi ekspert.
"Najprawdopodobniej został wezwany przez załogę" - ocenia major Michał Fiszer, pilot i wykładowca Collegium Civitas.
Inny specjalista anonimowo wyraża opinię: "Mógł być swego rodzaju pośrednikiem między oficjelami a załogą, która i tak działała już pod presją czasu".
Polski akredytowany przy komisji wyjaśniającej przyczyny katastrofy również sugerował, że obecność generała Błasika w kokpicie mogła wywierać presję na pilotów. "Nie wiem, czy to była jego inicjatywa. Można przypuszczać, że został nawet wysłany, ale to są moje domysły" - mówił w TVN Edmund Klich.