Od dekady przed każdą rocznicą najazdu III Rzeszy na Polskę głos zabierają ci, którzy uważają, że katastrofy można było uniknąć. Wystarczyło przyjąć ofertę Berlina i przystąpić do paktu antykominternowskiego, następnie wspólnie z Niemcami pobić ZSRR, a potem zmienić front i razem z zachodnimi aliantami rozgromić III Rzeszę.

Tak, dobrze być mądrym po szkodzie. Ale tak naprawdę cień szansy na ocalenie kraju spoczywał w rękach Warszawy do momentu rozbioru Czechosłowacji w 1938 r. Współudział Polski w doprowadzeniu do łatwej kapitulacji Pragi był pociągnięciem samobójczym. Po nim kolejne decyzje nie mogły już wyglądać inaczej – choćby dlatego, że sojuszu z III Rzeszą nikt nie rozważał. Ani rządzący obóz sanacyjny, ani zepchnięci do głębokiej opozycji ludowcy i socjaliści. Nie myśleli o nim wściekle antyniemieccy endecy. Nawet faszyzująca młodzież z ONR nie wyobrażała sobie tego. Nie po to Polska odzyskiwała niepodległość w 1918 r., by 20 lat później bez oporu godzić się na rolę satelity III Rzeszy, ryzykować utratę Pomorza, a następnie niepodległości.

Po spotkaniu na początku stycznia 1939 r. z niemieckim przywódcą szef MSZ Józef Beck przekazał prezydentowi Ignacemu Mościckiemu oraz marszałkowi Edwardowi Śmigłemu-Rydzowi, że brak ustępstw przyniesie wojnę z Niemcami. Ale nie miał żadnych wątpliwości, iż nie wolno na nie się godzić. – Chwiejne stanowisko z naszej strony prowadziłoby nas w sposób nieunikniony na równię pochyłą, kończącą się utratą niezależności i rolą wasala Niemiec – oświadczył pozostałym członkom triumwiratu, który rządził wówczas II RP.

Wiosną 1939 r. Kazimierz Krasicki, sekretarz szefa MSZ, zapytał szefa o to, czy dojdzie do wojny. Beck, jak zanotował, po chwili milczenia rzekł: O tak, na pewno będzie. A po kolejnej chwili milczenia dodał: Wówczas cała Polska spłonie, a z nią pół Europy.