Urodzony w Łodzi Jan Kowalewski skończył studia chemiczne na uniwersytecie w Liège. Znał kilka języków i miał wybitny talent matematyczny. Gdyby nie wybuch wojny światowej, zapewne zostałby znanym naukowcem lub wybitnym inżynierem. W historii zapisał się jednak jako ojciec polskiej kryptologii i jedna z osób kluczowych dla zwycięstwa w 1920 r. Powodem był zarówno wybitny talent Kowalewskiego do łamania szyfrów, jak i fakt, że dla wsparcia wywiadu i armii wykorzystał on najwybitniejszych polskich naukowców oraz technikę.

Reklama
Jan Kowalewski, już jako major, attaché wojskowy Poselstwa RP w ZSRR, 1928–1930 / Materiały prasowe / NAC

Z carskiej armii

Początki jego wywiadowczej kariery były niezwykłe. Po służbie w rosyjskiej armii oraz II Korpusie Polskim, formowanym w Rosji po rewolucji lutowej 1917 r. i abdykacji cara Mikołaja II, 26-letni zaledwie Jan Kowalewski dołączył do 4. Dywizji Strzelców Polskich gen. Żeligowskiego, stacjonującej wówczas w Kubaniu. Po przedostaniu się wraz z nią przez teren Rumunii w okolice Stanisławowa, porucznik wziął udział w polskiej kontrofensywie przeciwko wojskom Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Tam właśnie, w 1919 r., zainteresował się łamaniem szyfrów, nadawanych alfabetem Morse’a przez radiostacje.

Kowalewski, służący wcześniej w oddziałach inżynieryjnych rosyjskiej armii, miał sporą wiedzę na temat radiotelegrafii, był także kryptologiem amatorem. Zainteresował się nią jeszcze w dzieciństwie, a inspiracją była pełna szyfrowanych zagadek powieść Edgara Alla Poe „Złoty Żuk”. Znał też dobrze języki wschodnie – rosyjski, ukraiński i białoruski. Takich właśnie ludzi potrzebował tworzący się właśnie w odrodzonej Polsce radiowywiad, organizowany na polecenie Józefa Piłsudskiego przez pułkownika Józefa Rybaka, wcześniej kadrowego oficer HK Stelle – wywiadu wojskowego CK armii austro-węgierskiej.

Do organizacji służby radiowywiadowczej oraz Biura Szyfrów pułkownik Rybak ściągnął majora Karola Bodeskuła, do którego zespołu trafił Jan Kowalewski. Początkowo zajmować miał się jedynie nasłuchem radiowym, jednak w dość nieoczekiwanych okolicznościach przełożeni odkryli jego talent do łamania szyfrów.

Centralna stacja radiotelegraficzna na Cytadeli w Warszawie, 1918–1920 / embuk-importer

Grzebień i dywizja

W sierpniu 1919 r., niemal równo rok przed Bitwą Warszawską, o zastępstwo na nocnym dyżurze w sekcji szyfrowej poprosił Kowalewskiego przyjaciel, Stanisław Sroka. Brał ślub i chciał noc spędzić ze swoją żoną. Porucznik zasiadł więc za biurkiem, na które zaczęły napływać zaszyfrowane depesze bolszewickiej armii. Miały postać zbiorów cyfr, przypominających spis numerów w książce telefonicznej. Porucznik z nudów postanowił znaleźć klucz, który umożliwiłby odczytanie meldunków. Wiedział, że za cyframi kryją się rosyjskie litery lub sylaby. Postanowił więc, że zacznie od znalezienia słowa często używanego w wojsku, w którym kilkukrotnie powtarzałaby się ta sama litera.

Takim słowem była „diwizija”, czyli dywizja, a do znalezienia odpowiadającego mu układowi cyfr Kowalewski wykorzystał… grzebień z powyłamywanymi w odpowiednich miejscach zębami. W ten sposób już po kilku minutach miał odszyfrowaną jedną samogłoskę i cztery spółgłoski, a nad ranem – cały klucz z przejętej depeszy. Kiedy w sztabie rozeszła się wieść o człowieku, który dla zabawy czyta tajne rozkazy nieprzyjaciela, Jan Kowalewski został wezwany przez przełożonych. Kazali mu stworzyć komórkę wyspecjalizowaną w przejmowaniu radiowych depesz i łamaniu szyfrów działających na wschodzie armii. Niespełna rok później praca II Wydziału Biura Szyfrów – Szyfry Obce i Radiowywiad przyczyni się w ogromnym stopniu do uratowania niepodległości Polski.

Kowalewski oprócz tworzenia ekipy doskonale znających język rosyjski kryptologów zorganizował sieć stacji nasłuchowych na wschodzie Polski, połączonych dalekopisami z Pałacem Saskim – siedzibą wywiadu. Ich zadaniem było przejęcie jak największej liczby radiodepesz przekazywanych przez polowe radiostacje Armii Czerwonej, białych wojsk rosyjskich i oddziałów ukraińskich, a także zlokalizowanie i oszacowanie sił nieprzyjaciela. Dopiero z tej skomplikowanej polityczno-militarnej układanki można było wyciągnąć wnioski, co tak naprawdę dzieje się na wschodzie i jakie działania należy podjąć. Między Polską a Rosją rozpoczęła się wielka wywiadowczo-militarna rozgrywka.

Stefan Mazurkiewicz - matematyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego / Materiały prasowe

Bolszewicka zasłona dymna

Rozszyfrowane przez porucznika Kowalewskiego i jego zespół depesze nie pozostawiały wątpliwości, że bolszewicy będą chcieli ruszyć na zachód, kiedy tylko uporają się z „białymi” armiami. Oficjalnie proponowali polskiemu rządowi rozmowy pokojowe, oferując granicę nawet od łotewskiego Dyneburga na północy po Kamieniec Podolski na południu. Jednak po cichu szykowali się do wojny, przerzucając w kierunku Polski jednostki z Kaukazu, Uralu i znad Donu. Po kolejnej nagłośnionej przez Moskwę „propozycji pokojowej” w marcu 1920 r. Piłsudski postanowił sprawdzić prawdziwe intencje bolszewików.

Na miejsce spotkania polskiej i rosyjskiej delegacji zaproponował Borysów, ważny węzeł kolejowy na północnej Białorusi, gdzie według informacji wywiadu bolszewicy gromadzili ogromne ilości wojska i ciężkiej artylerii. Zgodnie z przewidywaniami Moskwa odmówiła. To był sygnał, że propozycje pokojowe są jedynie zasłoną dymną, a Rosja szykuje się do wojny z Polską, a być może – z całą Europą. Na przygotowanie ofensywy Lenin i Trocki potrzebowali jednak jeszcze kilku miesięcy. Gdyby w tym czasie udało się opanować Ukrainę, gdzie siły bolszewickie były najsłabsze, sojusznik Polski, Semen Petlura, mógłby utworzyć tam rząd i rozpocząć budowę armii. Strategiczna inicjatywa znalazłaby się w ten sposób po stronie polskiej, a agresywne działania bolszewików zostałyby zneutralizowane przez koalicję polsko-ukraińską, do której mogłyby się też przyłączyć inne kraje. W Belwederze zapadła więc decyzja o rozpoczęciu 25 kwietnia 1920 r. ofensywy na Kijów.

Reklama

Okiem i uchem tej polityczno-wojskowej operacji było niewielkie Biuro Szyfrów w warszawskim Pałacu Saskim. Tu były dostarczane za pomocą stacji nasłuchowych i telegrafów Hughesa informacje o zamiarach przeciwnika. Na dzień przed planowaną wyprawą Jan Kowalewski przesłał jednak do Belwederu niepomyślne wiadomości – bolszewicy przyspieszyli przygotowania do ofensywy, którą dowodzić miał wojskowy geniusz, Michaił Tuchaczewski. Mimo alarmujących doniesień Piłsudski nie odwołał akcji. Gdy polskie wojska były w Kijowie, na północy rozpoczął się atak.

Walka o przetrwanie

Dzięki informacjom radiowywiadu majowa ofensywa Tuchaczewskiego nie była jednak w stanie zaskoczyć Polaków. 1. i 4. Armia odparły uderzenia i przeszły do kontrofensywy, przywracając poprzednią linię frontu. W wojnie polsko-rosyjskiej zapanował kilkutygodniowy impas. Do ataku w kierunku Warszawy Tuchaczewski musiał zebrać większe siły, tymczasem Piłsudskiemu nie powiodła się wyprawa kijowska. Petlura nie zyskał na Ukrainie spodziewanego poparcia i 7 maja Polacy musieli wycofać się z miasta.

Tymczasem do Biura Szyfrów zaczęły napływać coraz gorsze wieści. Porucznikowi Kowalewskiemu udało się rozszyfrować depeszę o przerzuceniu przez bolszewików z północnego Kaukazu w rejon Kijowa 30-tys. Armii Konnej Siemiona Budionnego. Już w czasie wojny domowej w Rosji stała się ona znana z niezwykle brutalnego sposobu walki, a licząca 16 tys. szabel kawaleria była jedną z najbardziej ruchliwych formacji wojskowych w Europie. Tworzyli ją w dużym stopniu najemnicy i zwykli bandyci, którzy poszli na żołd bolszewików, jednak nie była to prymitywna formacja. Armia Konna posiadała też kilka dywizjonów samochodów pancernych, dywizjon czołgów, cztery pociągi pancerne i trzy eskadry lotnicze. Samych radiostacji Budionny miał ponad trzydzieści – więcej niż polska armia.

Tymczasem na północy w lipcu 1920 r. ruszył Tuchaczewski. Chociaż wiedziano o jego planach, polskie wojska nie były w stanie stawić czoła przeważającym siłom. Rozpoczął się dramatyczny odwrót; okrążane dywizje i miasta kapitulowały, a bolszewickie armie w ciągu sześciu tygodni zrobiły 600-km skok z Berezyny pod Warszawę. W tym czasie Budionny szturmował już Lwów. Niepodległość Polski mógł uratować już tylko cud. Modlono się o niego na Jasnej Górze i kościołach w całej Polsce, tymczasem w Biurze Szyfrów trwała gorączkowa praca.

Wacław Sierpiński - matematyk, profesor Uniwersytetu Lwowskiego i Warszawskiego, członek Polskiej Akademii Umiejętności, 1928 / Materiały prasowe

Polski Dawid i bolszewicki Goliat

Im bliżej Warszawy była Armia Czerwona, tym więcej było pracy w Biurze Szyfrów. Każdego dnia aparatura nasłuchowa ulokowanej na terenie Cytadeli Centralnej Stacji Radiotelegraficznej o kryptonimie WAR przejmowała setki nadawanych alfabetem Morse’a zakodowanych depesz. Odbierano je już nie tylko od ulokowanych w pobliżu linii frontu polskich stacji nasłuchowych, ale też bezpośrednio z sowieckich „polówek”. Do pomocy w odszyfrowywaniu i interpretacji tej lawiny informacji Jan Kowalewski postanowił zatrudnić najlepsze polskie mózgi.

Wybór padł na profesorów matematyki Uniwersytetu Warszawskiego Wacława Sierpińskiego i Stefana Mazurkiewicza oraz logika i matematyka Stanisława Leśniewskiego, zatrudnionego wówczas w jednym z ministerstw. Po szybkim przeszkoleniu wszyscy okazali się zdolnymi łamaczami szyfrów. Liczba informacji o planach nieprzyjaciela zaczęła błyskawicznie rosnąć, a do przepisywania rozkodowanych meldunków zatrudniono nawet studentów i harcerzy. Do polskich jednostek zaczęły trafiać informacje o zamiarach nieprzyjaciela już nie na poziomie armii czy dywizji, ale pułków, a nawet pojedynczych kompanii.

Polski Dawid mógł coraz bardziej precyzyjnie przygotować się na uderzenia bolszewickiego Goliata. Aby przyspieszyć przepływ informacji z Biura Szyfrów do jednostek na froncie, kierowany przez gen. Tadeusza Rozwadowskiego Sztab Generalny przyznał Janowi Kowalewskiemu niezwykłe uprawnienia. On, zwykły porucznik, miał teraz prawo telegrafować lub dzwonić bezpośrednio do dowódców walczących jednostek, z pominięciem sztabu. Takiego wpływu na działania wojenne nie miał dotąd żaden podoficer.

Złamana „Rewolucja”

12 sierpnia 1920 r. radiowywiad przechwycił wielostronicowy telegram bolszewickiej 16. Armii – rozkaz operacyjny. Musiał być ważny, gdyż użyto w nim nowego szyfru o kryptonimie „Rewolucja”. Już samo to było dowodem, że wróg szykuje wielką operację, dotąd bowiem każdy z frontów używał innego klucza szyfrowego. Ujednolicenie kodu oznaczało, że wszystkie walczące przeciw Polsce armie zostały podporządkowane Michaiłowi Tuchaczewskiemu.

Do pracy nad złamaniem „Rewolucji” usiedli porucznik Kowalewski i profesor Stefan Mazurkiewicz. Nowy szyfr był o wiele trudniejszy niż poprzednie. Występował w grupach sześciocyfrowych, które należało podzielić na grupy trzycyfrowe i określić kluczową dla jego złamania cyfrę środkową. Dopiero w ten sposób można było znaleźć właściwy, dwucyfrowy klucz. Plansza do odczytywania kryptogramu przypominała składającą się ze stu pól szachownicę. Każdej parze cyfr przyporządkowane było na niej jedno pole będące odpowiednikiem litery lub sylaby.

Kowalewski i Mazurkiewicz, świadomi, że decydują się losy Polski, złamali szyfr w ciągu godziny. Rozkaz mówił o natarciu na Warszawę od północnego wschodu, jednak stosunkowo niewielkimi siłami. Do Belwederu natychmiast został wysłany goniec z nieprzetłumaczoną jeszcze depeszą, gdyż Józef Piłsudski zdecydował, że dla zaoszczędzenia czasu przeczyta tekst po rosyjsku.

Temu, co wydarzyło się później, Tuchaczewski nie był już w stanie zapobiec. Polacy byli cały czas o krok przed nim. Gdy trwały walki na przedpolach Warszawy Piłsudski mógł zdecydować się na niebezpieczne zagranie. 16 sierpnia rozpoczął kontratak znad Wieprza na osłaniającą południowe skrzydło armii Tuchaczewskiego Grupę Mozyrską.

Naczelny Wódz zrobił to siłami zaledwie dwóch armii, mających za plecami Armię Konną Budionnego. Jej atak na tyły zakończyłby się całkowitą klęską Polaków. Dzięki odczytanym przez zespół porucznika Kowalewskiego depeszom Piłsudski wiedział jednak, że Grupa Mozyrska jest słaba, a zatrzymany pod Lwowem Budionny nie zdąży z odsieczą. Konarmia nie była już w stanie zmienić przebiegu wojny; jej los przypieczętowała bitwa pod Komarowem na Lubelszczyźnie.

Na początku było Słowo…

Kiedy 16 sierpnia nad Wkrą trwały bitwy między opartą o twierdzę w Modlinie 5. Armią gen. Władysława Sikorskiego i wojskami Tuchaczewskiego, a znad Wieprza nacierała prowadzona przez Piłsudskiego kontrofensywa, Biuro Szyfrów otrzymało kolejne zadanie. Naczelne Dowództwo musiało zdecydować, co będzie lepsze – dalsze podsłuchiwanie bolszewickich radiostacji czy ich zagłuszanie. Ostatecznie uznano, że większą korzyść przyniesie uniemożliwienie Tuchaczewskiemu komunikowania się z armiami. Na 17 sierpnia została wyznaczona „godzina zero”.

Wywiadowczej komórce Jana Kowalewskiego doskonale znane były wszystkie zakresy fal i sygnały wywoławcze bolszewickich radiostacji. Oprócz WAR na Cytadeli do zagłuszania zamierzano wykorzystać także stacje radiowe w Toruniu, Poznaniu, Bydgoszczy i wielu innych miastach. O ustalonej godzinie wszystkie miały nastroić się na częstotliwości wroga i na nadawane kreski i kropki alfabetu Morse’a przez 24 godziny nakładać kreski i kropki innego tekstu, tak, aby wymieszały się dokładnie, czyniąc tekst zupełnie niezrozumiałym. Co jednak można było nadawać przez tak długi czas?

„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo...” – czytali osłupiali bolszewiccy radiotelegrafiści odbierane non stop niezaszyfrowane depesze. Polskie radiostacje weszły na ich częstotliwości i nie milkły nawet na chwilę, nadając bez przerwy alfabetem Morse’a tekst Pisma Świętego. Szczególne spustoszenie w łączności Armii Czerwonej czynił WAR, nadający z Cytadeli na granicy technicznych możliwości.

Na pomoc Polakom przyszła też natura. Kiedy miało zostać przerwane zagłuszanie, nad Warszawą i okolicami rozpętała się potężna, trwająca kilkanaście godzin burza. Przerwa w łączności trwała więc ponad 36 godzin.

To miało pozostać tajemnicą

Kiedy bolszewiccy dowódcy mogli się w końcu porozumieć, okazało się, że sytuacja na froncie zmieniła się całkowicie i nic już nie można było zrobić. Pozbawiony łączności Tuchaczewski nie wiedział, co działo się za jego plecami. Rozpoczął się paniczny odwrót spod Warszawy, jednak drogi były już zamknięte przez polskie wojsko. Klęska bolszewików była nie do opisania. Pod Warszawą do polskiej niewoli dostało się ponad 40 tys. żołnierzy Armii Czerwonej, a we wrześniu, po zwycięskiej dla Polaków bitwie nad Niemnem, do której sukcesu także przyłożył się Jan Kowalewski i jego zespół, kolejne dziesiątki tysięcy.

Tylko od końca maja do końca 1920 r. Biuro Szyfrów złamało czterdzieści jeden sowieckich kluczy szyfrowych i dwa kody radiotelegraficzne. Ponad połowę z nich rozpracował osobiście porucznik Kowalewski, jedną czwartą – profesor Mazurkiewicz. Reszty dokonali profesor Sierpiński, Stanisław Leśniewski, porucznik Rupniewski i inni, nieznani dziś z nazwiska kryptolodzy. Bolszewickie kody łamała również załoga radiostacji „Lwów”, kilka kluczy udało się przejąć w kancelariach zdobytych sztabów.

Jednak rola Biura Szyfrów i polskiego radiowywiadu w zwycięstwie musiała pozostać tajemnicą. Tym bardziej, że Jan Kowalewski organizował też nasłuch i kryptologiczną obsługę toczących się w Rydze negocjacji pokojowych między rządami Polski i Rosji. Nikt nie miał prawa dowiedzieć się, że Polacy odczytywali szyfry Armii Czerwonej i czasem mieli lepsze informacje o jej oddziałach niż sami bolszewiccy dowódcy. Kiedy więc dwa lata po wojnie generał Sikorski wręczał awansowanemu już na kapitana Kowalewskiemu order Virtuti Militari, nie mógł nawet słowem wspomnieć, za co go dokładnie przyznaje. „To za wygraną wojnę” – powiedział tylko półszeptem i zmrużył oko.