"W 2002 roku byliśmy o krok od dramatu, który teraz przeżywają nasi koledzy ze Stanów" - wspomina Tadeusz Sabat. W ostatniej chwili polscy pszczelarze przestali importować owady z USA, dzięki czemu zapobiegli szybkiej śmierci naszych kolonii pszczół. "Przed pięcioma laty pojawiły się pierwsze sygnały, że coś nie tak ze środkami na warozę. Dziś już wiemy, że roztocza uodporniły się na chemię, której używano w USA, ale i np. w Szwajcarii. Tam też dziś nie ma miodu i długo nie będzie" - mówi dyrektor.
"Stosowali zbyt dużo pestycydów, nieraz 10-krotnie więcej niż pozwala producent. Zamordowali swoje pszczoły" - tłumaczy Sabat. Te owady, których nie zagazowali pszczelarze, zniszczył ich największy wróg - żuczek ulowy. "Choć brzmi i wygląda niegroźnie, to dzika bestia, która pożera na swojej drodze wszystko prócz ula i pszczelarza" - mówi Tadeusz Sabat i dodaje, że modli się o mroźne zimy: "Jeżeli następne zimy będą równie ciepłe, to ciepłolubny żuk pojawi się i u nas".
Jest jednak dla nas nadzieja, przynajmniej jeżeli chodzi o obronę przed warozą. "Mamy szczepionkę, która działa. Na badania nad nią potrzebujemy 14 mln złotych i jest szansa, że wspólnie z pszczelarzami z innych państw Unii Europejskiej obronimy się przed zarazą" - mówi dyrektor. Na początku maja spotkają się w Polsce szefowie wszystkich unijnych związków pszczelarskich. Polacy pokażą im środek, który może uratować europejską pszczołę.
Amerykańska pszczoła złota wyginęła. Najpierw zaatakowały ją żywiące się pszczelą krwią roztocza, a później - środkami chemicznymi przeciw roztoczom - pszczelarze. Chemikalia były zbyt mocne i pszczoły padły. "Walczymy, by zapobiec takiej tragedii w Polsce" - mówi dziennikowi.pl dyrektor Polskiego Związku Pszczelarzy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama