Co się zatem stało? Po pierwsze, Władimir Putin zrozumiał wreszcie, że putinizm bez jego głównego bohatera po prostu nie jest możliwy. I żeby zachować model władzy, który budował mozolnie przez osiem lat swojej prezydentury, trzeba go jakoś zmodyfikować. Prezydent doszedł do wniosku, że musi to zrobić on sam, nie czekając, aż system zacznie się przekształcać samoczynnie, a on utraci nad nim kontrolę.
Właśnie dlatego stworzył nową zasadę działania: dąży do dywersyfikacji władzy. Chce przekształcić pionową strukturę rządzenia, jaka panowała w Rosji w ciągu ostatnich ośmiu lat, w strukturę sieciową. Bo wie, że takim systemem o wiele łatwiej zarządzać, jeśli rządzący nie jest absolutnym monarchą. A przecież Putin przestanie nim być, gdy odejdzie w 2008 r. ze stanowiska prezydenta.
I dlatego Władimir Putin już teraz dąży do rozbicia monopolu władzy prezydenckiej i przekazania jej, choćby częściowo, innym instytucjom władzy państwowej. Elementem tej nowej struktury ma być parlament, który będzie posiadał rzeczywiste uprawnienia, zamiast - jak dotychczas - jedynie przybijać pieczątki pod decyzjami Kremla. Dalsze części tej układanki to rząd, który być może w końcu stanie się zdolny do działania, potem lojalny wobec Putina-premiera prezydent i wreszcie sieć państwowych korporacji, na czele których stoją wierni i sprawdzeni od lat ludzie.
Po drugie, władza w Rosji zawsze była bardzo silnie spersonifikowana i z tego punktu widzenia nie jest szczególnie istotne, jaką funkcję w państwie zajmuje człowiek, który cieszy się dużą popularnością w społeczeństwie. Ważne tylko, żeby było to jakieś znaczące stanowisko - na przykład fotel premiera.
Po trzecie, trwałe utrzymanie politycznych wpływów, jeśli działa się jedynie zza kulis, nie jest możliwe. Rosja to nie Chiny czy Singapur, gdzie realną władzę może mieć człowiek, który nie sprawuje żadnej formalnej funkcji. Rosja ma zupełnie inną tradycję polityczną i zarządzanie nią z tylnego siedzenia, jedynie pociągając podstawionych figurantów za sznurki, doprowadzi w końcu do zażartej walki politycznej i wreszcie do krachu państwa. Dlatego jeśli Władimir Putin chce rządzić, musi zachować jakieś stanowisko państwowe, które umożliwi mu zarówno formalną, jak i nieformalną obecność w rosyjskiej polityce wewnętrznej i zagranicznej.
I wreszcie - po czwarte - w Rosji nie ma człowieka, któremu Władimir Putin ufałby na tyle, by pozostawić władzę w jego rękach, a samemu na jakiś czas spokojnie usunąć się w cień. I w tym miejscu należy zadać pytanie, co decyzja Putina oznacza dla Rosji i dla świata. O ile oczywiście zapowiedź stanięcia na czele partii, a potem również rządu Rosji jest ostateczna (a na razie nie ma na to gwarancji).
W krótkiej perspektywie nie zmieni się zupełnie nic. Partia Jedna Rosja triumfalnie wygra najbliższe wybory parlamentarne (jest spore prawdopodobieństwo, że do parlamentu wejdą tylko jej politycy i komuniści), Władimir Putin nadal będzie narodowym przywódcą, główną postacią życia politycznego, społecznego oraz ulubieńcem mediów. To on pozostanie także międzynarodową twarzą Rosji i będzie w imieniu państwa rosyjskiego załatwiać wszystkie sprawy dotyczące międzynarodowej polityki.
Ale w długoletniej perspektywie sytuacja wygląda już zupełnie inaczej. Dotychczas mieliśmy w Rosji tylko dwie próby utworzenia republiki parlamentarnej - między lutym 1917 a styczniem 1918 r. oraz w latach 1991-1993. Za każdym razem kończyło się to gigantycznym chaosem i wojną domową (w drugim przypadku na szczęście bardzo krótką i lokalną). Po tych nieudanych doświadczeniach przestraszona elita za każdym razem bardzo chętnie wracała do modelu samodzierżawia.
Jeśli więc Władimirowi Putinowi uda się przeformatować system władzy w Rosji według modelu "partyjny premier - rząd oparty na partii większości", będzie to zaiste historyczny krok. Oczywiście w najbliższych latach ta zmiana będzie miała charakter czysto formalny, bo i tak oprze się niemal w całości na osobie Putina. Ale jest spora nadzieja na to, że po jego odejściu z życia publicznego, które kiedyś przecież musi nastąpić, model parlamentarny będzie już całkiem nieźle zakorzeniony w rosyjskiej polityce. A to mogłoby oznaczać, że w przyszłości samodzierżawna matryca zostanie w końcu zastąpiona przez inną, bliższą modelowi europejskiemu.
Trzeba też pamiętać, że Władimir Putin jako premier i Jedna Rosja jako partia władzy będą się kojarzyć społeczeństwu z realnym życiem i prawdziwymi problemami. Staną się przez to bliżsi ludziom, co także jest krokiem naprzód w porównaniu z modelem "dobry car - źli bojarzy", tradycyjnym dla rosyjskiej historii. Z tego punktu widzenia zrozumiały staje się więc niedawny awans ministra finansów Aleksieja Kudrina na stanowisko wicepremiera. Bo w przeddzień nieuniknionych wstrząsów gospodarczych potrzebny jest człowiek, który będzie zajmować się tymi problemami i odpowie przed obywatelami za ewentualne klęski.
Oczywiście wszystkie te refleksje mogą wziąć w łeb, jeśli rzeczywistym celem Władimira Putina nie jest trwała zmiana, a jedynie przeczekanie okresu przejściowego i powrót do wcześniejszego modelu sprawowania władzy - na przykład po przedterminowym ustąpieniu ze stanowiska nowego prezydenta Rosji. Ale takich wiraży rosyjska "stabilność" może nie wytrzymać.
I wreszcie konkluzja: funkcja premiera ma w Rosji niewielkie znaczenie. Najważniejsze jest w tej chwili, jaką treścią napełni ją sam Władimir Putin. Czy zechce być Konradem Adenauerem, Mahathirem Mohamadem, czy wreszcie Antonio Salazarem. Możliwości jest wiele, wybór należy do Putina.
Fiodor Łukianow jest redaktorem naczelnym pisma "Rosja w polityce globalnej"