Żadne inne zestawienie nie będzie miało tej rangi, łącznie ze starciem Kwaśniewski-Tusk. Ciekawym, chwilami fascynującym, historycznym - ale w sumie mającym bardziej fabularny, widowiskowy niż wyborczy charakter. Sama zapowiedź tej debaty jest już sukcesem Donalda Tuska. Chciał jej szybko, żądał terminu, ogłosił, że stawi się gdzie trzeba. Tak naprawdę wymusił piątkowe starcie. Jarosław Kaczyński prędzej czy później pewnie stawiłby się na ubitym placu. Nie ulega jednak wątpliwości, że wolałby, aby nastąpiło to później. Wtedy, kiedy dostatecznie wybrzmiałby podział PiS kontra LiD. Wtedy, kiedy Tusk miałby mało czasu na odrobienie ewentualnych strat. To się nie udało. Od piątku kampania wraca w swoje naturalne, wytarte dwuletnim konfliktem PO z PiS, koleiny.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości i lider Platformy Obywatelskiej startują do tej debaty z całkowicie różnych pozycji. Dla Jarosława Kaczyńskiego jest to po prostu jedna z bitew o kilka dodatkowych punktów. Nasycony premierostwem, przekonany o własnej wartości, zwiększający po dwóch latach rządzenia poparcie dla własnej partii - to wszystko daje mu duże poczucie pewności siebie. Nawet jak nie wypadnie najlepiej, nikt złego słowa mu nie powie. Sztabowcy pomyślą nad sposobem przykrycia złego wrażenia, pomysł zrealizują, a Kaczyński otrzepie się jak po upadku do kałuży, przyczesze włosy i pójdzie dalej.

Donald Tusk jest w trudniejszej sytuacji. To, co dla Kaczyńskiego jest igraszką, dla niego jest walką o polityczne życie. W tej wymuszonej przez siebie debacie musi przekonać wszystkich, a najbardziej chyba własnych działaczy, że jest twardym liderem. Takim o którym można powiedzieć nie tylko, że budzi szacunek i sympatię, ale który jest "twardy jak skała", który jest nie tylko liderem partyjnym, ale przywódcą społecznym.

Bo kiedy DZIENNIK i TNS OBOP zapytał Polaków jak postrzegają Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego i Tuska, lider PO wypadł najmniej wyraziście. Owszem, jest lubiany - ale nie budzi mocnych emocji. To może być atut, ale na razie jest słabością. I to w tej kampanii widać. Dlatego Tuskowi nie wystarczy ciepły remis. Musi udowodnić, że tony lekceważenia, jakie pojawiają się w wypowiedziach premiera na jego temat są tylko propagandową sztuczką, musi pokazać, że Kaczyński miał się czego bać. Jednego można być pewnym: na pewno nie popełni błędu Aleksandra Kwaśniewskiego z poprzedniej debaty i dobrze się do tego spotkania przygotuje. Będzie miał w głowie kluczowe liczby, a nie jak były prezydent tylko zgrabne, ale lekko zleżałe slogany. On premiera nie zlekceważy. Co więcej, niemal na pewno spróbuje zaskoczyć polemistę jakimś nowym faktem lub dokumentem pokazującym ciemną stronę obecnej władzy. Już raz, w czasie debaty z Lechem Kaczyńskim dwa lata temu, zastosował podobny chwyt. Wtedy przyszedł z pisowskim projektem konstytucji i wywodził, że jest w nim zapisana rezygnacja z bezpłatnego szkolnictwa. Teraz przyjdzie pewnie z czymś dużo mocniejszym. Co to może być? Na przykład jakieś oskarżenie sformułowane przez kogoś, kto był w rządzie PiS, a teraz jest w PO.

Ale sądzę też, że można postawić tezę, iż Tusk natknie się na innego niż spotkał Kwaśniewski przeciwnika. Przywódca Prawa i Sprawiedliwości wyraźnie dawał bowiem byłemu prezydentowi pewne fory: nie atakował go choćby za alkoholowe incydenty, muskał tylko korupcyjne afery z czasów rządów SLD. Tym razem Kaczyński będzie zapewne dużo bardziej ofensywny, wręcz agresywny. Będzie chciał ponownie ubrać Tuska w krótkie spodenki - może i sympatyczne, ale niegodne męża stanu. Jarosław Kaczyński niemal na pewno nie odpuści sprawy odpowiedzialności za nie powstanie koalicji PO-PiS w 2005 roku. A warto dodać, że ostatnio Kazimierz Marcinkiewicz wskazał na Tuska jako na winnego ówczesnej katastrofy negocjacyjnej.

Premier zrobi też wszystko, by przekonać Polaków, że Tusk właściwie już się dogadał z LiD w sprawie koalicji rządowej. Od debaty do dnia wyborów zostanie jeszcze 10 dni. Niby sporo, ale trudno sobie wyobrazić mocniejsze wyborcze wydarzenie. Emocje zdążą wprawdzie nieco ostygnąć. Można jednak postawić tezę, że jeśli jednak któryś z polityków wygra bardzo zdecydowanie, jeśli znokautuje przeciwnika, to triumf wyborczy będzie należał do niego.