Niedawno prasę obiegła wieść, że Brytyjczycy w nadgorliwej pogoni za nowoczesnością pozbyli się z programów szkół publicznych swego bohatera narodowego Winstona Churchilla. Zastąpiły
go ponoć modne socjologiczne teorie i poprawne politycznie wykłady o walce z rasizmem. My, Polacy, jesteśmy na dobrej drodze, by wyrzucić ze szkoły Bora-Komorowskiego, Mikołajczyka,
Nowaka-Jeziorańskiego i Wałęsę. No i powstańców warszawskich!
Trochę przesadzam - mają być nadal w szkolnych programach, ale tylko dla młodszych uczniów. A więc w wersji odpowiednio zinfantylizowanej. Ludzie wchodzący w dorosłe życie, stający przed
pierwszymi obywatelskimi wyborami, już się z nimi nie spotkają. O ile rząd nie sięgnie po rozum do głowy.
Wirtualna Polska zrobiła w ostatnich dniach uliczną sondę, pytając młodych ludzi, z czym im się kojarzy data 1 sierpnia. Część mówiła, czasem nawet z dużym przejęciem, o rocznicy
Powstania Warszawskiego, inni mieli kłopoty z przypomnieniem sobie czegokolwiek. Można było odnieść wrażenie, że mimo wszystko nie jest najgorzej. Pytanie: jak będzie za kilka lat?
Na pewno nie robimy wszystkiego, aby było dobrze. Obecny rząd szykuje reformę edukacji, która może się przyczynić do dalszego zatarcia zbiorowej pamięci. Być może Powstanie przetrwa jako
zbiór kilku symboli, garść wzruszeń. Jest wszak ostatnio zdumiewająco żywotnym tematem popkultury. Co więcej, kilka lat temu dzięki inicjatywie Lecha Kaczyńskiego, aby zbudować muzeum,
stało się nim bardziej. Powstają na jego temat rockowe piosenki i komiksy, podjęto debatę o filmie. Powstania nie złożono, dzięki Bogu, do zakurzonego magazynu z bogoojczyźnianymi
starociami.
Ale czy na przykład polska młodzież będzie miała okazję o wybuchu Powstania na serio podyskutować? Nauczyć się oceniać wielkie wydarzenia z naszej historii, łączyć je z innymi, widzieć
na tle tragizmu losów Polski u schyłku drugiej wojny. Także zastanawiać się nad sensem decyzji o wywołaniu Powstania - to przecież pasjonująca debata historyczna. Trochę pomyśleć nad
naszą tradycją. Miejscem takim debat bywała szkoła. Rzecz w tym, że o ile już teraz bywała rzadko, to w przyszłości nie będzie takim miejscem prawie na pewno.
Kiedy Roman Giertych proponował jako minister edukacji lekcje patriotyzmu, został powszechnie wyśmiany. Także i ja uznałem ten pomysł za sztuczny.
Zgadzałem się z opiniami fachowców od edukacji, którzy przekonywali, że okazją do nauczania wartości patriotycznych są i lekcje języka polskiego, i historii, i wiedzy o społeczeństwie, i
nawet przedmiotów artystycznych. Tak wówczas wszyscy powtarzali. Teraz sądzę, że Giertych miał trochę racji. Bo pewnie nie należało tworzyć osobnego przedmiotu pod tytułem
"patriotyzm". Ale pomyśleć nad problemem - z całą pewnością.
Reforma programów licealnych wymyślona pod patronatem Katarzyny Hall jest kontrowersyjna z wielu powodów. Szczególnie dlatego, że bardzo, moim zdaniem ponad miarę, przyśpiesza moment
ostatecznych decyzji o przyszłej maturze, a przez to kierunku studiów. Wybierać muszą, z wszystkimi tego konsekwencjami - w zasadzie ostatecznie, 16-latkowie, a w przyszłości 15-latkowie (Hall
chce, aby przesunąć maturę o rok do tyłu). Choć pani minister usilnie temu zaprzecza, kurs ogólnokształcący będzie kończył się tak naprawdę w pierwszej klasie licealnej.
Nawet jednak ta mocno kontrowersyjna wczesna specjalizacja mogła mieć swoje granice. Poseł PO Jarosław Gowin, broniąc całokształtu reformy Hallowej, nawoływał w rozmowie z DZIENNIKIEM, aby
wyłączyć ze specjalizacyjnej logiki historię jako dyscyplinę ważną nie tylko dla naszej wiedzy, ale i narodowej, europejskiej czy obywatelskiej tożsamości. Pani Hall odpowiedziała na te
zastrzeżenia stworzeniem dla niehumanistów z drugiej i trzeciej klasy liceum bloku przedmiotowego "historia i społeczeństwo". Został on ostatecznie rozpisany na zagadnienia
zaledwie kilka tygodni temu. To zbiór dość przypadkowo wybranych tematów, można by rzec - czytanek. O korzeniach kultury europejskiej, o kolonializmie, o roli nauki, o nacjonalizmach, o historii
gospodarki, o obyczajach ("kobieta i mężczyzna, rodzina"), wreszcie o ustroju i wojskowości.
Trudno przekonująco twierdzić, że coś z tego jest na pewno niepotrzebne. Warto wiedzieć jak najwięcej i o "modelu rodziny w Biblii czy u starożytnych Greków", i o
"współczesnych sporach etycznych wokół uprawnień i granic poznawczych nauki", i o "różnicach między oświeceniowym i współczesnym pojęciem
tolerancji".
Niektóre z tych punktów to zresztą odpowiedź na krytykę, jaka pojawiła się, gdy pani minister prezentowała swoją reformę. Po wprowadzeniu reformy młodzi Polacy z zasadniczym kursem
dziejów starożytnych mieliby okazję zetknąć się po raz ostatni w pierwszej klasie gimnazjum (a więc w wieku 13 lat). Trudno więc było nie przestrzegać, że wyrosną nam kulturowi
analfabeci. W reakcji na przestrogi wpisano do programu licealnego dla przyszłych matematyków, przyrodników i inżynierów na przykład "pojęcie obywatelstwa w greckiej polis i w
republikańskim Rzymie". Niewiele, ale dobre i to. Może przynajmniej utrwali im się w głowach, gdzie powstała europejska demokracja i co to takiego prawo rzymskie.
Pytam o dramatyzm tego wyboru profesor Jolantę Choińską-Mikę, historyka, ale i praktyka (przez 15 lat uczyła w prywatnym liceum). To właśnie zespół pod jej kierownictwem opracował
historyczny blok dla niehumanistów. - Mnie samej serce się krajało, miałam wątpliwości co do zasady takiej drastycznej selekcji. Ale gdy maturę zdaje 70 proc. młodzieży, a nie jak kiedyś
30, trzeba było coś z tym zrobić. W liceum, gdzie trzeba się szykować do matury, historia w tradycyjnej postaci okazywała się zbyt trudna - przekonuje pani profesor.
Przyjmijmy na moment, że tak jest. Że dwa kursy historii - trzyletni gimnazjalny i potem trzyletni licealny - to było jak na dzisiejszą, rzeczywiście masową edukację nazbyt wiele. Choć
przecież można było próbować obejść te trudności inaczej. Na przykład koncentrując się w gimnazjum bardziej na historii powszechnej, a w liceum na dziejach Polski. Lub na odwrót.
Ale zgódźmy się na potrzeby dyskusji, że niehumanistów trzeba do historii zachęcać "wybranymi zagadnieniami". A nie katować rozbiciem dzielnicowym, Krzyżakami i Wiosną
Ludów. Dlaczego jednak zachęcać - znów cytat z programu - "konsekwencjami darwinizmu i teorii psychoanalizy", a już nie - debatami o sensie i następstwach Powstania
Warszawskiego? A także dylematami wyborów politycznych i moralnych w komunizmie. Czy fenomenem "Solidarności", by sięgnąć do kilku najnowszych i najbardziej oczywistych
przykładów?
Po raz ostatni będą słuchać szkolnego wykładu o Powstaniu czy "Solidarności" w pierwszej klasie liceum. A więc w wieku lat 16. W przyszłości zaś - 15. To nie jest jeszcze
dobry czas na rzeczywisty namysł czy na dyskusję.
Gdy Giertych mówił: więcej patriotyzmu w szkołach, odpowiadano: ależ on jest i będzie, ale na historii. Teraz rząd złożony z polityków solidarnościowych, jak sami o sobie mówią,
liberalnych konserwatystów, chce mocno to przesłanie zredukować. Argumentu, że przecież polska szkoła i tak tej misji nie wypełniała, nie przyjmuję. Tak jak nie przyjmowałem podczas
dyskusji o szkolnych lekturach cynicznych uwag: przecież i tak nie czytają.
W jednych szkołach czytali, w innych nie. I tak samo w jednych szkołach słabi nauczyciele odbębniali Powstanie jako nudną sztampę. W innych - porywali dyskusją, zarażali fascynacją. Teraz
chce sie odebrać okazję do dyskusji i do fascynacji bez wyjątku wszystkim.
Czy rzeczywiście tak się stanie? Warto przypomnieć, że rząd Donalda Tuska reformy edukacji autorstwa Katarzyny Hall wciąż nie klepnął. Że ma ona wejść w życie dopiero od września 2009
r. i wciąż czeka na polityczną decyzję całej ekipy. Że jest jeszcze cały rok na refleksję. Dwaj historycy z wykształcenia, Tusk i Schetyna, wyrażali na początku wątpliwości co do jej
zasad. Może jest jeszcze czas, żeby się tej reformie bacznie przyjrzeć. I zadać pani minister parę kłopotliwych pytań.
Ale możliwe też, że rząd zadziała jak w wielu innych sprawach siłą inercji. Ale nawet w takim przypadku jest jeszcze możliwość uważnego popracowania nad blokiem historycznym dla
niehumanistów. - Nic nie jest przesądzone i jeśli brakuje takich tematów jak Powstanie, ważnych dla naszej tożsamości, one na pewno zostaną dodane. Mnie nie trzeba do tego przekonywać,
właśnie wróciłam z powstańczych grobów - zapewnia profesor Choińska-Mika.