Paradoks wyborów prezydenckich w Polsce polega nie tylko na tym, że wybieramy realnego konkurenta premiera. Nie tylko na tym, że siła społecznego mandatu nie współbrzmi z zakresem
konstytucyjnych uprawnień. Także na tym, że tak naprawdę nie wiadomo, jaka będzie realna treść prezydentury. Jakie zadania staną przed głową państwa nie na mocy jej politycznej strategii,
ale w drodze wypadków niezależnych. Nie jest to zresztą polska specyfika - wszak prezydentura Busha została w istotny sposób zdeterminowana przez wydarzenia z 11 września, a po tym zdarzeniu
mało kto pamiętał o dawnej strategii politycznej.
Nie trzeba przy tym aż tak dramatycznych wydarzeń, jak te sprzed siedmiu lat. Wydarzenia całkiem bliskie, związane z rosyjską agresją przeciw Gruzji, pokazały, że istotne wyzwania
międzynarodowe mogą zmienić polską politykę w sposób istotny. Mogą przewrócić pozornie stabilne hierarchie i - co dla niektórych najważniejsze - podważyć wizerunki. Bez względu na oceny
szczegółów prezydenckiej dyplomacji, nie ulega bowiem wątpliwości, że to Lech Kaczyński wiedział, co w takiej sytuacji powinien zrobić - do jakich linii polityki międzynarodowej i do jakich
emocji się odwołać. To jemu udało się zbudować realną i zauważalną koalicję polityczną, dzięki której Polska mogła zaakcentować swoje obawy i przedstawić stanowisko w sposób
niepozostawiający wątpliwości. Ale przy okazji stało się coś jeszcze. Zyskaliśmy szansę, by zobaczyć i nazwać istotę oraz charakter dwóch nurtów polskiej polityki - tego pisowskiego i
tego platformerskiego - zwartych od kilku lat w mocnym, agresywnym starciu.
W uproszczonym wymiarze polska polityka ostatnich lat - po wejściu do struktur NATO i przystąpieniu do Unii Europejskiej - odwołuje się do dwóch postaw poznawczych i emocjonalnych. Pierwsza z
nich jest pesymistycznym i nawet nieco nad wyraz podejrzliwym realizmem, druga - optymistycznym i nieco lekkomyślnym idealizmem. Ośrodek prezydencki prezentuje bez wątpienia jedną z wersji
sceptycznego realizmu, który mówi, że dobra koniunktura nie może być czynnikiem stałym, a zatem przesłanką polityki zagranicznej musi być przygotowanie państwa na poważne - choć na razie
tylko przewidywane - zagrożenia. Że kraje Unii są skazane na kierowanie się twardymi interesami narodowymi, a perspektywa europejskiej jedności w polityce międzynarodowej to w najlepszym razie
wynik procesu obliczonego na wiele dziesięcioleci. Nurt realistyczny przekonywał do konieczności dywersyfikacji dostaw paliw, do związania się ze Stanami Zjednoczonymi programem obrony
antyrakietowej, do polityki obrony korzystnego dla Polski mechanizmu nicejskiego w Unii Europejskiej.
Nurt idealistyczny zakłada natomiast, że interesy narodowe zasadniczo powinny ustąpić wspólnej wizji europejskiej jedności. Więcej - że Polska powinna dawać przykład takiej właśnie woli
kooperacji i troski o interes unijnej całości. Ten sam nurt uważa, że dobre stosunki z Rosją są w zasadzie na wyciągnięcie ręki, że wystarczy być odpowiednio uprzejmym i nieuprzedzonym, by
w relacjach z tym sąsiadem uzyskać znaczące sukcesy. O ile jednak nurt realistyczny wskazywał ważne przestrzenie działań pozytywnych, o tyle linia idealistów jest w zasadzie zachętą do
pewnej bierności dobrze dopasowanej do zasadniczej strategii rządzących, opartej jak się wydaje na przekonaniu, że "Polsce nic złego stać się nie może". Dwadzieścia lat
dobrej koniunktury międzynarodowej, widoczny skok cywilizacyjny, jaki dokonał się po upadku komunizmu, brak zagrażających status quo napięć społecznych - utwierdziły część elit w
przekonaniu, które można by nazwać lokalnym końcem historii, a zarazem uprawomocniły bierny, optymistyczny idealizm w polityce międzynarodowej.
Słabością obu nurtów jest to, że znakomicie czują się w sytuacjach czysto retorycznych. Co więcej, każdy z tych nurtów może zyskiwać czysto retoryczne przewagi: realizm w warunkach
zagrożenia, idealizm w warunkach długotrwałej koniunktury. W chwili zagrożenia - choćby to była tylko rosyjska presja gazowa na Ukrainę - realiści mówią o powadze zagrożenia i
konieczności przyspieszenia działań dywersyfikacyjnych, stają się bohaterami programów telewizyjnych, a ich diagnozy trafiają na czołówki gazet. W czasach koniunktury bohaterami stają się
idealiści. Ich stwierdzenia, że obawy były przesadzone, zagrożenia wymyślone, a dobra wola i zaufanie są fundamentem sukcesu, w dyplomacji stają się wówczas dogmatami, które podważyć
może tylko paranoik i oszołom.
Ten retoryczny bój na przewagi, może być istotny dla osób pasjonujących się już dziś przyszłą kampanią prezydencką. Poza sporem bowiem jest sprawa - niezależna od działań spin
doktorów - że w trudnym położeniu międzynarodowym szkoła realistyczna będzie przynajmniej wiedziała co mówić, że jej obawy i uprzedzenia będą nie tylko na miejscu, ale wręcz będą
jedyną przesłanką polityki międzynarodowej. Co więcej, że "idealiści" będą skazani na to, co robili i mówili w ostatnich dniach połączeni głębokim ideowym sojuszem
posłowie Chlebowski i Iwiński.
Problem jednak będzie znacznie poważniejszy, gdy sytuacja będzie wymagać wyjścia poza retorykę. Po pierwsze dlatego że oba obozy tak naprawdę nie wychodzą poza emocjonalno-ideowe
przesłanki. Nie mamy pod ręką książek opisujących te stanowiska jako realne wizje polityki międzynarodowej. W ostatnich dwudziestu latach w środowiskach zajmujących się poważnie polityką
zagraniczną Polski uważano często, że budowanie doktryn polityki polskiej jest czymś anachronicznym, że w zasadzie wystarczy nam przenikliwość analiz i sprawność dyplomacji. Rzadko kto był
gotów przyznać, że takie stanowisko jest godzeniem się na sytuację drugorzędną i peryferyjną, że utrudnia wyjaśnianie polityki zagranicznej opinii publicznej, że utrudnia formowanie -
coraz szerszych, nie tylko przecież MSZ-owskich - kadr uprawiających politykę zagraniczną i objaśnianie im polskich celów strategicznych.
Istnieje - rzecz jasna - ważny powód, dla którego postawy "realistów" i "idealistów" nie zyskały takich obszernych uzasadnień. Zachowują one bowiem swą
spójność tylko na poziomie przedpolitycznym. Do chwili, do której wystarczy powiedzieć "dlaczego tak sądzimy", a jeszcze nie trzeba odpowiadać na pytanie, "jak to
zrobimy". Nie bez przyczyny stanowiska obu nurtów są w zasadzie sprzeczne z przedwojennymi tradycjami politycznymi, które były dopracowanymi i przemyślanymi stanowiskami. Dziś nie
trzeba uzasadniać obawy przed Rosją czy Niemcami, bo komunikacja z opinią odbywa się raczej na poziomie emocji, a nie argumentów. Podobnie zresztą nie trzeba uzasadniać optymizmu
idealistów.
W tym sensie warto, by media przestały egzaminować rzeczników obu nurtów z dyplomatycznej retoryki, ale sprawdziły, jakie zasoby są przygotowane w celu wsparcia proponowanej polityki. By
domagała się poważnych argumentów i przewidywań dotyczących rozwoju sytuacji międzynarodowej - które uzasadniałyby jedną lub drugą retorykę na poziomie wykraczającym poza emocje.
Kampanie wyborcze są z natury rzeczy turniejem retorycznym, ale pozostawienie całej polityki polskiej na tym poziomie dowodziłoby całkowitego zdziecinnienia naszych elit.
Konflikt rosyjsko-gruziński przywrócił pewną powagę polskiej polityce. Współpraca, jaką prezydent nawiązał z liderami wschodnioeuropejskich sąsiadów Rosji, wspólna wizyta w Tbilisi, to
nie tylko sukces osobisty Lecha Kaczyńskiego. To także triumf polityki poważnej nad polityką wrażeń. To efekt pewnej pracy prowadzonej nie w ramach wewnętrznej rywalizacji, ale z perspektywą
rzeczywiście państwową. Warto to dostrzec, nie ograniczając pochwał do sfery zręczności, ale powiedzieć jasno, że w chwili napięcia Kaczyński zachował się nie tylko w sposób
odpowiadający interesowi Polski jako członkowi wspólnoty euroatlantyckiej, ale także wyróżnił się jako jeden z liderów tej wspólnoty. Polska reprezentowała tę wersję polityki Zachodu,
której oczekujemy od Niemców, Francuzów czy Brytyjczyków. Prezentowała ją, chcąc wypracować model realnej solidarności z państwami, które mogą w przyszłości być uznane przez Moskwę za
"bliską zagranicę".
Powaga polityki zagranicznej nie trwała jednak dostatecznie długo, bo już wizyta amerykańskiej sekretarz stanu przyniosła sporą dawkę groteski. Finał rokowań w sprawie tarczy nie był wolny
od małostkowych wyrzutów, niepoważnych i niepotrzebnych słów i gestów. Otoczenie premiera sprawiało wrażenie, iż nie rozumie, że podniesiona przez prezydenta poprzeczka wymaga raczej
przygotowania poważnej propozycji alternatywnej i ograniczyła się do standardowych zagrywek obniżających poziom konfliktu sprowadzających go znowu do drobnych kuksańców i prześmiewek.
Wbrew pozorom na poziomie poważniejszym - wykraczającym poza emocje i retorykę - możliwe jest bowiem sformułowanie alternatywnej strategii polityki zagranicznej. Polityki, której pewien zarys
można znaleźć raczej w wypowiedziach Jacka Saryusza-Wolskiego niż w przedwyborczych wystąpieniach Władysława Bartoszewskiego. Polityki wyzwolonej z optymistycznych iluzji, ale zarazem
obliczonej na nasze realne siły.
To, co bowiem nierealistyczne w koncepcjach realistów - to nie skala zagrożeń, ale skala polskich możliwości. To prawda, że za polityką gestu często nie idą realne działania. Polityka
realistów jest bowiem z konieczności improwizacją, grą powyżej zasobów. Co gorsza, często lekceważeniem zadania budowy tych zasobów. Zamiast badać autorytaryzm rządów PiS i szukać
argumentów w zniszczonych laptopach, można wskazać na całkowitą nieudolność w budowaniu istotnych w rywalizacji międzynarodowej instytucji i zasobów. Zamiast atakować dość wątpliwą
anachroniczność braci Kaczyńskich, znacznie łatwiej wykazać jałowość retoryki PiS głoszącej program, którego nie zamierzała realizować.
Co w ten sposób uzyskamy? Polityka polska nie będzie ulegać dalszej "palikotyzacji", nasza obecność w grze międzynarodowej będzie oparta na bardziej rzetelnych przesłankach
intelektualnych. Co więcej, będzie weryfikowana nie na poziomie retorycznych zapowiedzi i zachceń, ale na poziomie realnych dokonań. Prezydent i jego otoczenie zrobili poważny krok podnoszący
rangę i poziom sporu. Warto by ich przeciwnik stanął na wysokości zadania.