Na pewno nie ma co mówić o końcu kapitalizmu. Po ostatnich nominacjach prezydenta Obamy można wskazać rysującą się globalną strategię, która idzie w
zupełnie odwrotnym kierunku niż lewackie nadzieje formułowane choćby przez Naomi Klein. Po pierwsze zacieśnia się integracja świata rozwiniętego: strefy euro i strefy dolara. Po drugie
postępuje bardzo duża koncentracja kapitału. Kryzys, jako mechanizm obniżający pozycję konsumpcyjną i liczebność klasy średniej, zmieni prawdopodobnie światowy model inwestowania.
Zmniejszą się inwestycje konsumpcyjne na rzecz inwestycji wysokotechnologicznych. To oznacza mniej miejsc pracy np. w Azji, a więcej w krajach rozwiniętych.
Te dwa procesy będą prowadzić do podziału Europy, który pozostawi na marginesie kraje słabe technologicznie i pozostające poza strefą euro, czyli takie jak Polska. U nas wydatki na badania i
nowe technologie to jest pół procenta PKB. Przykładowo w Izraelu, który jest krajem stawiającym na wysokie technologie, ten wskaźnik wynosi 4,5 proc.
Przede wszystkim premier jest zbyt delikatny, chociażby wobec Komisji Europejskiej. Mógłby wykorzystać ten kryzys jako okazję do bardziej zdecydowanych działań. Wszyscy w Europie mówią już
o wzmożeniu subsydiowania przedsiębiorstw. Sarkozy wprost chce wrzucać pieniądze choćby do Renault. W takiej sytuacji Donald Tusk powinien być twardy i odmówić wykonania zabójczej dla
polskich stoczni decyzji Komisji o zwrocie pomocy publicznej. Dla Polski ta decyzja oznacza utratę kilkudziesięciu tysięcy wysokokwalifikowanych miejsc pracy u kooperantów, a przecież pomoc
publiczna udzielona stoczniom jest niczym wobec sum, które w tej chwili Europa daje swoim przedsiębiorstwom. Płacimy dziś cenę źle prowadzonych negocjacji o stowarzyszeniu z UE i odpowiada za
to tak Jacek Saryusz-Wolski, jak i np. Jan Krzysztof Bielecki.
Niemcy uzyskali prawo subsydiowania przedsiębiorstw, powołując się na efekty komunizmu we wschodnich landach. Myśmy się o takie przywileje nie ubiegali. Należy się na to - i na kryzys -
powołać i walczyć o stocznie. To dramat, że premier tak potulnie wykonuje wyroki Unii. Stocznie to był przecież jeden z najlepszych polskich przemysłów i ciągle miałby szansę, gdyby nie
musiał zwracać otrzymanej pomocy. Druga sprawa: można chwalić inicjatywę Komisji Europejskiej o zwiększeniu pierwszej transzy środków unijnych. Ale znów: kraje zachodnie mogły otrzymywane
pieniądze wydawać swobodniej, elastycznie, bez tych wszystkich biurokratycznych obostrzeń i parcelacji funduszy na poszczególne projekty. Mówimy o 7-9 mld euro rocznie. Polsce potrzeba tych 7
mld na przykład na kilka małych elektrowni atomowych. To jest pole do popisu dla Tuska, który mógłby powiedzieć: zmieńcie reguły, a np. zamówimy we Francji elektrownie atomowe. W takie
elektrownie i inne odnawialne źródła energii inwestowały Irlandia czy Hiszpania. Tymczasem w Polsce wciąż środki unijne są trwonione na niewielkie i nieznaczące projekty, często zresztą
nie realizowane.
Mógłby mu posłużyć do tego, żeby wymusić w Brukseli zmianę reguł. Tymczasem premier zachowuje się zbyt ostrożnie. Wrzuca jakieś tematy zastępcze, choćby refundację in vitro. Angażuje
się w obchody wałęsowskiego Nobla. To wszystko są małe, przekombinowane gesty wobec różnych sił politycznych, które narażają nas na powrót do debaty zastępczej. Na pochwałę zasługują
jednak dwie rzeczy: po pierwsze plan emerytur pomostowych, za którym kryje się polityczna odwaga Donalda Tuska, a po drugie ostrożny, ale przez to bardzo wiarygodny plan walki z kryzysem,
przedstawiony wczoraj. Ostrożny, bo rozkładający wydatki wysokości ok. 10 proc. rocznego PKB na dwa lata. Ale także dobrze instytucjonalnie rozłożony na różne aspekty kryzysu i wskazujący
na wyraźne wzmocnienie przywódczej roli Tuska wobec dość opieszałych resortów. Teraz należałoby się skoncentrować na poważnym, eksperckim przedyskutowaniu np. mapy drogowej przyjęcia
euro. Niektórzy mają poważne wątpliwości, czy możemy sobie dziś pozwolić na przykręcanie finansowej śruby i dopasowywanie do wymogów ERM2, podczas gdy cała Unia tę śrubę luzuje i
powiększa deficyty. Pytanie, czy to nam nie rozłoży gospodarki. Tej refleksji nie widać wśród ludzi z otoczenia Tuska.
On jeden akurat zdaje się rozumieć sytuację. Ale już do Michała Boniego nie mam zaufania ze względu na jego udział za czasów Buzka w nietrafionej, nieprzemyślanej i nie doprowadzonej do
końca reformie emerytalnej, podobnie jak dziś w rozgrzebanej reformie zdrowia. Brakuje w tej ekipie powagi w podejmowaniu wyzwań i odwagi w negocjacjach z Unią. I - co może najważniejsze -
brakuje woli takiego ułożenia relacji z prezydentem, żeby podpisał wreszcie traktat lizboński.
Jak powiedziałam, kryzys tworzy w Unii nowy porządek: integruje Zachód, oddziela półperyferie. Polska może zostać na marginesie. W tej sytuacji traktat jest jedyną, bardzo już zresztą
wątłą nitką, która nas przywiązuje do lepiej rozwiniętych krajów. Europa Zachodnia zdaje się rozumieć, że bez Polski lepiej sobie da radę z kryzysem. Polska, nie ratyfikując traktatu,
sama spycha się na peryferia, na których Zachód chciałby ją widzieć. Traktat z wielu względów staje się dla nas tratwą ratunkową, chociażby dlatego, że wzmacnia unijną biurokrację, w
której interesie nie leży podział Unii.
Musi działać tak, by zmienić tę atmosferę ciągłych złośliwości. Powinien chociażby pozbyć się Janusza Palikota, który ciągle na nowo psuje wszystkim krew. Skandaliczna jest
pobłażliwość premiera wobec tych wyskoków. Generalnie jednak trzeba przyznać, że Tusk jest w trudniejszej sytuacji niż inne rządy. Jarosław Kaczyński mógł walczyć z duchami
postkomunizmu. Jerzy Buzek mógł wprowadzać niedopracowane reformy. Łatwiej jednak przeprowadzić reformę polegającą na wypchnięciu pewnych obszarów spod kontroli państwa, niż ją potem
poprawiać, kiedy już się nie ma tej kontroli, jak to musi robić rząd Tuska.
Na pewno jest to ekipa nierówna. Zawiodłam się np. na Radosławie Sikorskim, którego polityka okazuje się nieskuteczna. Chciał w sposób bardzo arogancki odegrać rolę listka figowego w
polityce Unii wobec Białorusi. Zgubił poczucie rzeczywistości, wyskakując ostatnio z dążeniami Ukrainy do NATO. Wobec destabilizacji na Ukrainie są to postulaty nierealne. Sikorski stracił
coś, co było jego głównym walorem: wyczucie sytuacji. W tym rządzie wyróżnia się wspomniany już Rostowski, który jako minister finansów szybko reaguje, ale najlepszy w tym środowisku jest
człowiek wywodzący się jeszcze z poprzedniego rozdania - Stanisław Kluza, szef nadzoru finansowego, który rzeczywiście zdaje egzamin w stu procentach.
Minister Kopacz, minister Fedak, czy nawet minister Kudrycka to nie są mocne punkty tego rządu. Jedyny plus w działalności minister Kudryckiej to wywalczenie większego udziału nauki w
budżecie. Tylko że nadzieja, że to się ostanie po koniecznych rewizjach założeń budżetowych jest niewielka. Inne jej pomysły dowodzą nieznajomości środowiska naukowego i pokazują, że
ministerstwo nauki jest po prostu niepotrzebne, bo szkolnictwo wyższe to samorządząca się korporacja. Pozostałych ministrów nie widać, choć w wypadku resortu kultury udaje się tzw.
kulturalna dyplomacja, jak choćby obecny rok kultury polskiej w Izraelu. A przecież np. ministerstwo infrastruktury w warunkach kryzysu mogłoby pokazać, co potrafi. Surowce - cement, stal -
potaniały, a my nie umiemy z tego skorzystać i dokonać jakościowego i ilościowego skoku. Wystarczyłoby spojrzeć na mapę i chwilę pomyśleć. Czeka na dokończenie droga Poznań - Łódź, od
której kilkunastu kilometrów brakuje do trasy katowickiej. Te osiemnaście kilometrów jedzie się dziś przez godzinę!
Premier Tusk jest inteligentny i łatwo się uczy, ale ma bardzo słaby zespół i praktycznie nie ma mądrych doradców. W tej wybitnie trudnej sytuacji poprawiania reform w warunkach kryzysu
zachowuje się co najwyżej poprawnie. Jest za mało dynamiczny i stanowczy w stosunkach z Unią i niepotrzebnie włącza się w inicjatywy, które odwracają uwagę od spraw najważniejszych.
Powinien wybłagać na kolanach u prezydenta, żeby razem z nim pojechał na ostatni szczyt francuskiej prezydencji i powiedział tylko "podpisuję traktat". To wszystko. Jest dziś
niesłychanie ważne, żeby wypracować w Brukseli zaufanie do Polski i wywalczyć sobie elastyczność w wydawaniu unijnych pieniędzy. Moment jest naprawdę krytyczny, bo sprawa wypchnięcia Polski
na peryferia Europy jest jak najbardziej realna. Nowy kapitalizm przybliża integrację starej Unii z Ameryką. W tym układzie Polska pozostaje w tyle, bo nie jest nowoczesną gospodarką. Tu
potrzeba siły, zdecydowania i energii w walce o swoje. Bez podpisu prezydenta pod traktatem Unia będzie mogła nam powiedzieć: bądźcie sobie na obrzeżach, jak Norwegia. Tyle że my nie
jesteśmy Norwegią. A naszym sąsiadem jest Rosja.
Integracja okaże się przedsięwzięciem, w którym Polska poniosła pewne koszty, limitując produkcję, wpuszczając import, rezygnując z pomocy publicznej dla przedsiębiorstw, ale z którego
dobrodziejstw nie skorzystała w pełni. Jesteśmy systemem rozmontowanym gospodarczo i tego już się nie odwróci. Bez traktatu lizbońskiego nie będzie podstaw do zacieśniania integracji i
oczekiwania europejskiej solidarności. A Tusk angażuje się w konflikty z prezydentem, zamiast błagać go o podpis i tłumaczyć, że jego braku historia im nie wybaczy.
Sądzę, że nie. Kryzys finansowy pokazał, że nic nie jest dane raz na zawsze, a polscy politycy zdają się tego nie rozumieć. Świat się przebudowuje, kapitalizm też. Świat rozwinięty coraz
silniej się integruje bez nas. Inwestycje przenoszą się tam, gdzie są najnowsze technologie. Albo Polska się obudzi, albo przegra całą tę rozgrywkę. A zawalczyć trzeba już teraz, w
grudniu. Bo od stycznia, kiedy prezydencję w Unii przejmie Vaclav Klaus, nie będzie już presji na traktat lizboński. Będzie za to bardzo wygodny pretekst, żeby Unia podzieliła się na
dobre.