Prawdę powiedziawszy, każdy może robić, co mu się podoba, ale trzeba mieć świadomość, że każde działanie ma swoją moralną sankcję. W ramach ogólnych norm
zachowania można w przypadku opowiadania takich dowcipów pytać o kindersztubę i takt. W poważniejszej perspektywie praktykowania wiary zaś takie zachowanie będzie jakoś świadczyło o nas
jako o chrześcijanach. Postawa szydercza wobec wszystkiego wokół rzutuje na to, jak zachowujemy się w innych sytuacjach naszego życia i jakie, już znacznie poważniejsze, grzechy popełniamy.
Przyznam szczerze, że dowcip o Obamie, który podobno opowiadał Radek Sikorski, średnio mnie rozbawił.
Takie badania potwierdzają tylko moją intuicję. Niezależnie od opcji politycznej i światopoglądowej,kultura bardzo silnie wpływa na kanon wychowania. Partyjne kadry w SLD rzeczywiście w
swojej większości traktują tego typu kwestie w sposób charakterystyczny dla tradycyjnej etyki chrześcijańskiej. Oficjalnie mówią o różnych liberalnych rozwiązaniach obyczajowych w życiu
publicznym, ale kiedy przychodzi do decyzji osobistych, to większość robi coś dokładnie odwrotnego. Przy okazji komisji ds. Rywina świetnie dała temu wyraz Alicja Błochowiak, która wobec
homoseksualistów użyła pogardliwego określenia "pedały". Z drugiej strony istnieje oczywiście coś takiego jak katolicka nowomowa. Są pewne sformułowania charakterystyczne
dla księży głoszących kazania, jest pewna polityczna poprawność odnosząca się np. do osoby katolickiego księdza, który niezależnie od swego postępowania jest autorytetem, można by rzec,
niepodważalnym.
W przypadku papieża przyjęło się, że nie tylko nie dyskutuje się z jego wypowiedziami głoszonymi ex cathedra, ale również np. z encyklikami czy przemówieniami publicznymi, których waga
jest przecież znacznie niższa. Elementem polskiej, katolickiej politycznej poprawności jest często bałwochwalczy stosunek do Jana Pawła II. Przyjmujemy papieskie nauki sucho, w pewnej
statyczności, nie aktualizując jego wskazań do tego, co się dzieje w naszym życiu. Nie ośmielamy się również krytycznie zastanawiać nad pewnymi aspektami jego pontyfikatu, jak chociażby
nad jego koncepcją uprawiania ekumenizmu.
Polityczna poprawność w różnych swoich odmianach jest rodzajem oficjalnego języka instytucji. Jego wpływ na ludzi często jednak, zwłaszcza w Polsce, bywa złudny. Podam przykład. Pewien
działacz lewicowy narzekał w rozmowie ze mną, że internet jest na całym świecie domeną ludzi o przekonaniach lewicowych, gdy tymczasem w Polsce dominują w nim opinie konserwatywne. Moim
zdaniem internet w Polsce pozostaje obszarem względnej wolności i swobodnej wymiany myśli, której nie ma już w takim stopniu w telewizji i prasie. I tutaj nie chodzi o prawicowość i
lewicowość, ludzie są różni, ale mają swobodę wypowiedzi, których nie narzuca im żaden strażnik politycznej poprawności. A zdrowy rozsądek podpowiada opinie o zabarwieniu raczej
konserwatywnym.
Polityczna poprawność jest domeną środowisk lewicowych i liberalnych. Stała się ona instrumentem nowego języka, podobnie jak tzw. mowa nienawiści czy "życzliwe
dialogowanie" o wszystkim bez względu na prawdę obiektywną bądź znaczenie tego, o czym dyskutujemy. Wpisuje się w długą tradycję uprawiania sporów politycznych i ma swoje źródło
w schopenhauerowskiej erystyce. W tym sensie nie jest więc niczym nowym. Jest jednak zawsze jakimś fałszem w debacie publicznej. Moim zdaniem uprawianie jej jest oczywistą patologią. W
dziedzictwie postoświeceniowym podmiotem wychowania nie jest już rodzina, ale instytucje publiczne. Społeczeństwa wychowuje się poprzez aplikowanie im zbioru selektywnie dobranych poglądów.
Zaangażowane instytucje wychowują nas z zewnątrz, redukując pewne obszary naszej wolności do schematów, według których mamy myśleć. Owe schematy stały się dla ludzi lewicy rodzajem
dogmatów i zostały skodyfikowane w ideologiach lansowanych przez różnego rodzaju organizacje takie jak np. stowarzyszenie Kampania Przeciw Homofobii.
Jeśli pyta pan o słynną ostatnio "mowę nienawiści", to z politycznego punktu widzenia poseł Artur Górski zachował się z pewnością niedyplomatyczne i głupio. I jego
sejmowa publicystyka spotkała się z oczywistą konsekwencją. Jednak mimo oburzenia lewicowych ideologów czy propagandystów określenie "cywilizacja białego człowieka" było w
naukach społecznych przez wiele lat powszechnie stosowane. Teraz na pewno się od niego odchodzi, ale jeśli użył go poseł Górski, to miało to swoje uzasadnienie. Ja osobiście jestem na
przykład wielkim admiratorem kultury czarnoskórych muzyków z Detroit - UR, Juana Atkinsa czy Carla Craiga. Albo niezwykle inteligentnych filmów Spike’a Lee. Zbudowali oni nie tyle
subkulturę, co prężną kulturę, która intryguje. Nie ośmieliłbym się jednak powiedzieć, że funkcjonuje ona w ramach jakiejś innej niż europejska cywilizacji. Oczywiście w jej szerokim
rozumieniu. Kiedy wypowiedzi publiczne uwzględniają z jakichś powodów kolor skóry, pojawia się napiętnowanie czy ostracyzm społeczny. Tymczasem - znów nawiązując do wypowiedzi Górskiego -
określenie "czarny mesjasz" nie zostało przez niego wymyślone. Jest zbitką stosowaną choćby w odniesieniu do tradycji Martina Luthera Kinga czy Malcolma X i reprezentowanych
przez nich ruchów społecznych. W internetowych dyskusjach zwracano też uwagę, że argument koloru skóry Obamy był jedną z podstawowych broni w rękach jego sztabu. To, że był kandydatem
czarnoskórym, miało go pozytywnie pozycjonować w odniesieniu do pozostałych konkurentów. Podczas kampanii pojawiły się po stronie prezydenta elekta, co wyśledzili jego adwersarze, wyraźne
przykłady "hate speech". Szczególnie wtedy, gdy ujawniano fakty z jego przeszłości - konkretnie kontakty z osobami publicznymi, dla których mowa nienawiści jest
codziennością.
Trudno mi sobie wyobrazić jeszcze twardszą reakcję. W pewien sposób problemem nie jest wypowiedź posła Górskiego, ale reakcja mediów, z jaką mieliśmy do czynienia. Ten lincz medialny był
precyzyjnym zastosowaniem dokładnych wytycznych, które środowiska lewicowe musiały wprowadzić w życie, aby uzyskać zamierzony efekt w wymiarze politycznym. Niestety nie skończyło się tylko
na polityce. Ludzie dzisiaj patrzą na Górskiego nie tylko jak na oszołoma politycznego, ale również jak na człowieka niegodnego podania ręki.
Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że wygrywają instytucje komunikacji społecznej, które ze swych obowiązków piętnowania i stygmatyzowania wywiązują się bardzo efektownie. Na
szczęście, gdy zdeformowana informacja nacechowana ideologicznie dociera do ludzi, wspomniana sfera tradycyjnego wychowania pozwala im samodzielnie wyłuskać techniki manipulacyjne. Zatem z całą
pewnością wojna o język wciąż trwa.
Ideolodzy, którym nie zależy na prawdzie, tylko na partykularnym interesie. Często z dużym zapleczem finansowym. Swoją drogą zastanawiam się, co działoby się gdyby w miejsce posła
Górskiego wstawić jakiegoś lewicowego performera, który posługuje się artystyczną mową nienawiści wobec swoich tradycyjnych wrogów - religii czy klasycznej etyki - i posłuchać jego
przemówienia. Ciekawe, czy taki artysta będący osobą o niepodważalnym autorytecie międzynarodowym spotkałby się z tak samo ostrą reakcją i społecznym ostracyzmem, z jakim miał do
czynienia monarchista Artur Górski?
Oczywiście, że nie.
*Marek Horodniczy, politolog, redaktor naczelny pisma "44/ Czterdzieści i Cztery", wcześniej związany z "Frondą". Ostatnio w TV Puls prowadził program autorski pt. "Portret trumienny"