W 1969 r. prezydent Francji Charles de Gaulle zarządził referendum na temat przyszłej reformy ustroju. Od wyniku uzależnił pozostanie na urzędzie. Referendum zostało przegrane i de Gaulle zastosował się do obietnicy - wycofał się z polityki. A miało być jego triumfem. Choć niektórzy twierdzili, że zmęczony władzą starzejący się prezydent świadomie popełnił polityczne samobójstwo.

Reklama

Węgierski lewicowy premier Ferenc Gyurcsany wyznał dwa lata temu na partyjnym zebraniu, że jego rząd oszukiwał naród o stanie gospodarki. Wywołało to rozruchy i zatruło na długie miesiące tamtejszą politykę. Agonia Gyurcsanya rozciągnęła się w czasie. Ostatnio zapowiedział dymisję, padając ofiarą własnego cynizmu.

Ale samobójcami okazał się także amerykański senator Gary Hart, który w latach 80. zapłacił za swój romans nominacją na prezydenta. I brytyjski minister ds. Walii przyłapany cztery lata temu przez fotografa brukowego "Sun" na podrywaniu w miejskim parku mężczyzn (gustował w krzepkich robotnikach). Jednym szkodził pryncypializm, innym chorobliwy brak zasad. Jednym brak powagi, innym powaga nadmierna.

A w Polsce? Paradę samobójców III RP zacznijmy od anegdoty. Niedawno Kazimierz Marcinkiewicz poprosił o radę grupę dawnych przyjaciół, którzy pracowali z nim w kancelarii premiera. Zebrani w warszawskiej restauracji radzili to, co doradziłby każdy - zamilknięcie, przeczekanie. Słuchał parę godzin, zgadzał się ze wszystkim. A już przy pożegnaniu bąknął: - Tak tak. Jeszcze tylko ostatni występ w "Dzień dobry TVN". Potęga nałogu!

1. SAMOBÓJCY TOTALNI - czyli tacy, którzy albo od początku, albo w następstwie przemian osobowości kusili los tym, co robili i jacy byli. Upadek był tylko kwestią czasu.

MACIEJ ZALEWSKI

Reklama

Piekielnie utalentowany polonista i działacz antykomunistycznego podziemia, który wpadł w latach 80. w ręce milicji z powodu nadmiernej brawury. Brawurą odznaczał się także jako minister w Kancelarii Prezydenta Wałęsy i czołowy działacz Porozumienia Centrum. Podczas kampanii wyborczej 1991 r. w pewnej sudeckiej miejscowości próbował zwołać nocą po pijanemu defiladę tamtejszych członków swojej partii. Jeszcze jako minister wdał się w konszachty z Bagsikiem i Gąsiorowskim, szefami firmy Art B. i autorami głośnego przekrętu. Oskarżono go o to, że im ułatwił ucieczkę za granicę, a Sejm pozbawił go w 1993 r. immunitetu poselskiego. Wówczas Zalewski... spowodował na ulicach Warszawy wypadek samochodowy i zrzekł się mandatu. Potem przesiedział dwa lata w wiezieniu. Nie wiadomo, czy był winien. Niewątpliwie życiem pełnym ułańskiej fantazji prowokował los, a potrzebę bratania się z biznesmenami zaspokajał wyjątkowo niezręcznie. Na dokładkę próbował tworzyć swój mały układzik, działając w partii mającej z układem walczyć, co było szczególnie nieostrożne. Od lat żyje w zapomnieniu.

GABRIEL JANOWSKI

Żywy dowód na to, że z polityki polskiej wypaść niełatwo, ale i na to, że wypaść z niej można. Był ekscentrykiem już jako lider Solidarności Rolników Indywidualnych i jako minister rolnictwa. Od 1997 r. poseł AWS. To wówczas zasłynął z utrwalonego przez kamery występu. Na spotkaniu z rolnikami w Sejmie podskakiwał, krzyczał i całował swoich gości po rękach, a potem twierdził, że służby (nie wiadomo jakie) dosypały mu czegoś do herbaty. W Sejmie następnej kadencji jako poseł LPR blokował sejmową mównicę tak długo, aż na polecenie marszałka Borowskiego został wyniesiony przez straż z sali. Niewybrany do kolejnego parlamentu, po paru latach zaczął napomykać o powrocie do polityki w ramach PiS, ale Jarosław Kaczyński powiedział "nie". Zapewne nie z powodu krucjat Janowskiego w obronie rodzimych producentów cukru - to pasuje do PiS-owskiego programu i elektoratu. Ale w dobie postępującej profesjonalizacji polityki jego styl rodem ze slapstickowych komedii jawi się każdej partii jako zbyt ryzykowny.

KAZIMIERZ MARCINKIEWICZ

Konserwatywny nauczyciel fizyki z Gorzowa zręcznie przedzierzgnął się w latach 90. w ideowego i kompetentnego, ale też umiejącego zawiązywać przyjaźnie z biznesem polityka. To procentowało awansami - najpierw w ZChN i AWS, potem w PiS. Aż w końcu manewr podrzucony przez spindoktorów: Adama Bielana i Michała Kamińskiego przeniósł go w 2005 r. na fotel premiera. Marcinkiewicz czuł bluesa, doskonale bawił się na fotelu szefa rządu i zyskał ogromną popularność prostymi PR-owskimi gestami. Mimo to utracił stanowisko. Być może był na to skazany, od kiedy Lech Kaczyński postanowił sobie, że premierem będzie jego brat, choć politycy PiS ganili Marcinkiewicza za "skłonności samobójcze" - w czerwcu 2006 r., tuż przed dymisją, odmówił odwiedzenia prezydenta przed ważną wizytą zagraniczną i do końca wierzył, że uzyskał w PiS samodzielną pozycję pozwalającą przeciwstawić się Kaczyńskim. Po rozstaniu z nimi ulokowany w międzynarodowej bankowości, szybko zmieniający poglądy i wciąż popularny, ekspremier miał jednak szanse na dalszą karierę - w obozie PO. Pogrążył go rozwód lub może bardziej styl, w jakim dowiedziała się o nim opinia publiczna. Teraz dawni sojusznicy narzekają, że w narkotycznym uzależnieniu Marcinkiewicza od fotograficznych sesji w tabloidach krył się od początku zalążek zagłady. Gdy "Fakt" i "Super Express" zrobiły tasiemcowy serial z jego sercowych przygód, Marcinkiewicz szykował się do firmowania kampanii PO do europarlamentu. Początkowo platformerscy stratedzy pocieszali się, że w szczegółowych badaniach były premier zachowuje popularność. Ale kolejne sondaże przyniosły wyrok. - This fish is dead - obwieścił jeden z najważniejszych ludzi w Platformie.

2. SAMOBÓJCY ORALNI - czyli tacy, którzy zaszkodzili sobie słowami. Pokazując, że nie potrafią ich trzymać za zębami, co w demokracji jest może jeszcze ważniejsze niż na królewskim dworze.

KAZIMIERZ KAPERA

Stomatolog z Łodzi, o poglądach konserwatywnego katolika i wyjątkowo mało dyplomatycznym języku. W 1991 r. jako wiceminister zdrowia, wypowiadając się na temat AIDS, opisał homoseksualistów jako "dewiantów". Premier Bielecki odwołał go natychmiast przez telefon. To przy okazji tej politycznej kontrowersji szef rządu z KLD nazwał Józefa Glempa "panem prymasem". W 1997 r. wybrany posłem z list AWS Kapera został z woli Mariana Krzaklewskiego pełnomocnikiem rządu ds. rodziny. Zniszczyła go w 1999 r. jego druga słynna wypowiedź. Tłumacząc, dlaczego trzeba wspierać rozrodczość, przestrzegał w Radiu RMF przed zdominowaniem razy żółtej przed białą. Zrobiono z niego rasistę. Nie pomogły głosy obrony nawet ze strony tak liberalnych postaci jak historyk Andrzej Paczkowski. Kapera stracił stanowisko, a po wyborach 2001 r. znalazł się poza polityką - jako pierwsza ofiara politycznej poprawności.

WIESŁAW KACZMAREK

Dawny działacz komunistycznego ruchu studenckiego, biznesmen przedzierzgnięty w polityka, pragmatyczny sybaryta, był ostatnią osobą, która mogła się kojarzyć z samobójstwem. A jednak to jego efektowne samospalenie oświetlało spektakl pt. "Zagłada postkomunistycznej lewicy". Odwołany w 2003 r. przez premiera Millera z funkcji ministra skarbu Kaczmarek coraz głośniej wyrażał swoje niezadowolenie. W kwietniu 2004 r., gdy protestował przeciw odwoływaniu ze spółek Skarbu Państwa jego własnych ludzi, dziennikarka "Gazety Wyborczej" Dominika Wielowieyska wypomniała mu, że sam godził się z gorszymi praktykami: prezesa Orlenu Modrzejewskiego odwołano po krótkim zatrzymaniu przez UOP. Sprowokowany wystąpił jako demaskator własnego obozu. Udzielił "Wyborczej" wywiadu, twierdząc, że akcja przeciw Modrzejewskiemu miała podtekst biznesowy - chciano zablokować niepożądany kontrakt. Ten jeden wywiad wywołał tzw. orlenowskie dochodzenie komisji śledczej. "Wyborcza" zamieściła wywiad pośpiesznie, bojąc się do końca, że Kaczmarek się wycofa. Autoryzował go przez telefon. Ta wypowiedź oznaczała w praktyce jego brak szansy na powrót do polityki i gwóźdź do trumny całej lewicy. Dlaczego to zrobił? Był postacią pełną sprzeczności - zręcznym graczem rozdającym posady w spółkach i człowiekiem chętnie opowiadającym dziennikarzom, jak prześladuje go Jan Kulczyk, a potem garnącym się przed kamery, aby dywagować o patologiach rządów Millera. Jego samobójstwo przyniosło korzyści Polsce - komisja orlenowska napiętnowała szereg brzydkich praktyk.

3. SAMOBÓJCY SYSTEMOWI - czyli tacy, którzy nie krzyczą, nie tupią, a jednak tworzą system, który grzebie ich w końcu pod swoimi gruzami. To z reguły samobójcy z najwyższej półki.

MARIAN KRZAKLEWSKI

Można by rzec, że cały jego styl kierowania AWS był rozłożonym na lata samobójstwem. Ale najbardziej charakterystyczne były ostatnie miesiące rządów. W 2000 r., po przegranych wyborach prezydenckich, z blisko 16-proc. poparciem miał szanse na utworzenie na bazie części AWS partii politycznej. Gdyby pokierował nią silną ręką, wprowadziłby ją z pewnością do następnego parlamentu i utrzymał się na scenie. Nie zrobił tego, tolerując luźny, skłócony blok wielu partyjek. Co więcej, gdy na początku 2001 r. Sejm rozpatrywał poprawkę do ordynacji wyborczej obniżający próg dla koalicji z 8 do 5 proc., Krzaklewski osobiście biegał między sejmowymi ławami, pilnując, aby została odrzucona. Bał się, że będzie to zachęta do startu dla nowych ugrupowań. W kilka miesięcy później sama AWS startująca jako wyborcza koalicja dostała niespełna 6 proc. i wraz z Krzaklewskim wylądowała na śmietniku historii.

BRONISŁAW GEREMEK

Historyk średniowiecza, zręczny dyplomata, ale z biegiem lat przekonany coraz mocniej, że ze względu na własne historyczne zasługi i na koneksje swojego środowiska na partnerów i rywali można, a nawet trzeba spoglądać z góry. W 2000 r., w kilka miesięcy po odejściu z rządu Buzka, gdzie był szefem MZS, 68-letni profesor Geremek dał się wybrać na przewodniczącego Unii Wolności. Wygrał konkurencję z Donaldem Tuskiem i na własne nieszczęście dał swoim zwolennikom przyzwolenie na wycięcie liberałów z nowo wyłanianych władz Unii Wolności. - To jeszcze chłopcy, niech sobie poczekają - powiedział jednemu z bliskich sobie unitów tonem, jakim jego ukochani średniowieczni monarchowie mówili o zbuntowanych poddanych. Liberałowie wyszli z Unii, założyli Platformę Obywatelską, a kierowana przez Geremka UW nie przekroczyła pięcioprocentowego progu. A choć on sam został w 2004 r. wybrany do europarlamentu, do wielkiej polityki krajowej już nie wrócił. Niedługo przed śmiercią zabiegano o miejsce dla niego na liście PO do kolejnego parlamentu w Brukseli. Ale Tusk mówił "nie"...

LESZEK MILLER

Sam zmieniony z niedouczonego PZPR-owskiego aparatczyka w zręcznego gracza demokratycznej polityki, przekształcił SLD w zwartą polityczną maszynę, odniósł błyskotliwe wyborcze zwycięstwo w 2001 r. i został żelaznym kanclerzem. Ale stał się grabarzem własnej formacji. Tajemnicę porażki objaśnia może najlepiej scena, gdy na sylwestra z 2002 na 2003 r. premier Miller składał Polakom z telewizyjnego ekranu życzenia w stroju górala. Był wtedy gościem na kuligu, który urządzał w Zakopanem farmaceutyczny potentat Jerzy Starak. Nie o strój rzecz jasna chodzi, lecz o przyjaźnie, które jako lider lewicowej formacji zawierał ostentacyjnie z takimi magnatami jak Starak czy Kulczyk. Miller nie umiał powściągnąć pokus swojego środowiska, ale też - uważany za bezwzględnego twardziela - nie potrafił przeciwdziałać ich skutkom. Jak sam dziś twierdzi, godząc się na parlamentarne dochodzenie w sprawie afery Rywina, zgotował sobie polityczny koniec.

4. SAMOBÓJCY DOBROWOLNI - czyli tacy, którzy z różnych powodów zgodzili się na własną polityczną śmierć, dokonując wyborów na własną niekorzyść

ARTUR BALAZS I ALEKSANDER HALL

Od lat para politycznych przyjaciół skontrastowanych niczym Flip i Flap. Hall po inteligencku zaniedbany, niepraktyczny prawicowy intelektualista z Gdańska, Balazs - kosmaty, ruchliwy weteran rolniczej "Solidarności", zmieniony w latyfundystę z wyspy Wolin. Obaj działali w Stronnictwie Konserwatywno-Ludowym, obaj wchodzili wraz nim najpierw do AWS potem do PO. I obaj każde z tych ugrupowań porzucali jako niespełniające ich oczekiwań. Było to zdumiewające zwłaszcza w przypadku Balazsa. Uchodził od zawsze za człowieka do bólu praktycznego, łączącego politykę z biznesem, zachowującego świetne stosunki z najróżniejszymi środowiskami - od dworu prezydenta Kwaśniewskiego po liderów PiS a nawet Samoobrony. A jednak w dużej mierze godnościowy zatarg Balazsa z Tuskiem o formułę obecności SKL w strukturach PO spowodował, że udzielający innym celnych rad "król Wolina" pozwolił na stopniowe wyparcie własnej osoby z życia politycznego. Po 2005 r. pojawia się już tylko jako mediator (na przykład godzący PiS z Samoobroną). Hall, który zdecydował się na życie z wykładania historii i pisania książek, zdobył się na rzecz jeszcze bardziej zaskakującą. W 2004 r. mógł wejść do Sejmu na miejsce Janusza Lewandowskiego wybranego do europarlamentu, ale zrezygnował ze względu na wcześniejsze rozstanie z PO. Ich trwała niezgoda z realną polityką zdaje się mieć charakter estetyczny. Nie potrafiliby się dogadać nawet z partią, w której byliby tylko we dwóch. Może dlatego Balazs ma od lat kłopoty z ostatecznym rozwiązaniem kierowanego przez siebie SKL.

MAREK JUREK

Wypowiadający łagodnym językiem mocne tezy narodowo-katolicki polityk z Poznania pozostawał przez lata rycerzem kilku podstawowych dla niego tematów z zakazem aborcji na czele. Można było odnieść wrażenie, że nawet polityka ZChN, której był współzałożycielem, jest dla niego zbyt oportunistyczna. Sprzeciwiał się wchodzeniu tej partii do kolejnych rządów, na ogół przegrywał rozgrywki o najwyższe partyjne stanowiska. W 2001 r. wszedł do tworzącego się PiS. Bracia Kaczyńscy traktowali go nieufnie (jako katolickiego integrystę), ale też lubili jako partnera do pogaduszek o francuskiej kulturze i człowieka pozbawionego ambicji przywódczych. W 2005 r. Jurek pozwolił się wybrać marszałkiem Sejmu. Starał się w jak najłagodniejszej formie realizować linię partii, nie protestując, gdy naginano regulamin Sejmu do PiS-owskiego interesu. Odszedł jednak dosłownie z dnia na dzień, kiedy Kaczyński nie chciał zaakceptować jego strategii walki o konstytucyjną poprawkę chroniącą życie. Z tego konfliktu wyniósł głęboki niesmak wobec lidera PiS. Oferował mu on wprawdzie status lidera narodowo-katolickiej frakcji, ale gdy nie znaleźli wspólnego języka, miał go zwymyślać od agentów wroga. Decyzja Jurka była w praktyce krokiem w przepaść, nawet jeśli jego współpracownicy roili sobie o wejściu do następnego parlamentu przy poparciu ojca Rydzyka. Pozostając liderem marginalnej partyjki, pojawia się czasami w mediach, ale bez nadziei powrotu do wielkiej polityki. On wybrał zasady.

5. LUDZIE O SAMOBÓJCZYCH SKŁONNOŚCIACH, czyli tacy, którzy nie zakończyli politycznego żywota, ale przejawiają dziwną skłonność do strzelania sobie samemu w stopę, a czasem też w kolano. Mogą kiedyś umrzeć choćby z upływu krwi.

ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI

Jak to? Czy można uznać za potencjalnego samobójcę kogoś po 10 latach udanej, korzystającej z medialnej osłony prezydentury? Rzeczywiście Aleksander Kwaśniewski to polityk nie tylko zręczny, ale wręcz do bólu ostrożny. Pozostawał niekontrowersyjny, nawet rzucając kłody pod nogi AWS-owskiemu rządowi i wetując forsowaną przez Leszka Balcerowicza reformę podatkową. Był politykiem w typie: każdy ma rację. Jeśli piszę o skłonnościach do samookaleczenia się, to dlatego że w ostatnim czasie Kwaśniewski zdradzał nadmierną już tendencję do utraty samokontroli. Tyle razy wybaczano mu ewidentne wpadki, że nie zauważył, jak mocno zmienia się Polska. Gdy podczas kampanii 2007 r. wystąpił na odczycie w Kijowie z niewyraźną dykcją, można było to uznać za epizod. Gdy powtórzył ten wyczyn podczas lewicowego wiecu w Szczecinie, pozwolił uczynić z siebie dyżurny temat dla komentatorów i satyryków. Może to tylko chwilowy zły okres, choć przecież już u schyłku prezydentury potrafił epatować nonszalanckimi wypowiedziami w stylu: "mogę zaśpiewać i zatańczyć", a rewelacje na temat jego związków z biznesem uczyniły z niego łatwiejszy cel. Być może zaledwie 54-letni eksprezydent musi po prostu znaleźć swoje miejsce w życiu publicznym, bo z tym ma ostatnio największy kłopot.

PAWEŁ PISKORSKI

Na pierwszy rzut oka ten jeszcze młody, tryskający energią i optymizmem polityk, o ładnej NZS-owskiej przeszłości i wielu talentach, jest zaprzeczeniem myśli o politycznym zgonie. Jednak w przeszłości zbyt często przypominał ćmę lecącą do ognia. Znakomicie odmalowuje to głośna scena z 2001 r.: na naradzie czołowych polityków PO wśród dymu z cygar właśnie Piskorski rwie się do ujawnienia własnego majątku opinii publicznej, choć jako prezydent Warszawy nie musi tego robić. Następnego dnia dziennikarze poznają stosowne sumy i reagują szokiem. Zaczyna się długa debata, czy nieco ponad 30-letni człowiek zajmujący się całe życie polityką ma prawo do takich sum. Piskorski reaguje zdziwieniem i złością, zapewnia, że handlował antykami i obracał akcjami i że ma prawo do pokaźnych oszczędności. Dwa lata później na fali rozrachunków z politycznymi elitami po aferze Rywina jako domniemany patron biznesowego układu w Warszawie zostaje zesłany do parlamentu europejskiego. Jednak największy szok przeżywa w 2006 r. Prasowe odkrycie, że europoseł jest właścicielem dużych połaci lasu, staje się przyczyną jego wyrzucenia z PO. Piskorski reaguje oskarżeniem Donalda Tuska o spisek, choć przecież tak ostentacyjne bogactwo polityka byłoby dla każdej partii wizerunkowym kłopotem. Sprawa ma też drugie dno. Tuż przed swoim wyrzuceniem młody polityk wrócił do Warszawy namawiać partyjnych kolegów do ograniczenia władzy Tuska. Czy nie powinien się liczyć z kontratakiem? I czy podejmując takie akcje, nie powinien najpierw wybrać: bogactwo albo władza? Dziś próbuje wrócić na scenę polityczną, przejmując na wpół obumarłe Stronnictwo Demokratyczne - znów dla jego majątku. Czeka go więc kolejna walka o własny wizerunek.

ANTONI MACIEREWICZ

Dawny weteran antykomunistycznej opozycji, potem bojownik najbardziej radykalnej wersji politycznego antykomunizmu w III RP, robił zawsze rzeczy, które można z powodzeniem uznać za próby samobójcze. W 1992 r. jako minister zobowiązany do lustracji polityków wpisał na listę lidera swojej partii, szefa ZChN Wiesława Chrzanowskiego. Został oczywiście wyrzucony. W 1998 r. przystąpił ro rozbijania kolejnego swego ugrupowania - Ruchu dla Rzeczpospolitej - które dopiero co ledwie przekroczyło barierę pięcioprocentową i wprowadziło Macierewicza do parlamentu. W 2002 r., po tym jak wszedł do kolejnego Sejmu z list LPR, z tą partią także rozstał się szybko i bezboleśnie. Głosi od lat, zawsze podniesionym głosem, te same poglądy - dekomunizacja plus walka ze zjednoczoną Europą - a jednocześnie jest archetypem prawicowego rozbijacza. Gdy zaś przycupnął pod skrzydłami braci Kaczyńskich, bynajmniej się nie uspokoił. Jego oskarżenie byłych ministrów spraw zagranicznych o związki ze służbami specjalnymi byłoby kłopotem dla każdej partii, nawet tak rozwichrzonej jak PiS. A jednak strzelając na lewo i prawo, a czasem trafiając samego siebie w łokieć, Macierewicz zdumiewająco łatwo wychodzi z kłopotów. Tyle że kiedyś wynikało to z chaosu wciąż przepoczwarzających się partii, dziś z łaski lidera. Kiedy przyszedł do kancelarii premiera tłumaczyć się Jarosławowi Kaczyńskiemu ze swojego ataku na ministrów, ten o nic go nie dopytywał i poradził mu jedno: aby skorzystał z tylnego wyjścia, unikając tłumu dziennikarzy.

W ostateczności bowiem polscy politycy Anno Domini 2009 przeżywają wszystkie kłopoty obu rodzajów polityki: demokratycznej i dworskiej. Muszą uprawiać slalom pośród ataków mediów i konkurencji, ale też dbać aby, jeśli nie są takimi wolnymi elektronami jak Aleksander Kwaśniewski, nie zagniewać własnych przywódców. Studiowanie przykładów z przeszłości może być dla nich ciekawe. Ale każdy rok, miesiąc, dzień, przynosi nowe wyzwania, prawidła, niebezpieczeństwa.

Czy błyskotliwy, ale niesystematyczny, lubiący zanikać i nie odbierać własnej komórki Michał Kamiński zachowa zawsze swoją pozycję w typowo dworskim otoczeniu braci Kaczyńskich? A czy z drugiej strony Janusz Palikot zachowa swój immunitet rzekomego niezależnego kpiarza, gdy ostatnio wystąpił przeciw niemu wróg dużo gorszy niż bracia Kaczyńscy - własna była żona? A czy Józefa Oleksego opuści wielki pech, który kazał mu wdawać się w nieostrożne pogawędki - kiedyś z Władimierem Ałganowem, ostatnio z Aleksandrem Gudzowatym? A czy...

Tego wszystkiego nie wiemy. Wiemy jedno. Roczna kwarantanna Kazimierza Marcinkiewicza to recepta może już nawet nie na powrót do polityki, ale na przejście w miarę dorzecznej formie do historii.