Wspólnym mianownikiem jest program. Mamy w Polsce opcję antyeuropejską, mamy skrajnie przeciwną opcję euroentuzjastyczną zmierzajacą do roztopienia się w unijnych
instytucjach...
To jest pytanie do pani Huebner, nie do mnie. Ja mam przekonanie, że wszyscy startując z list PO podpisujemy się pod trzecią możliwością – skutecznej obrony własnego interesu w
europejskich instytucjach, ale też uwzględnienia interesu Europy jako całości.
Wystarczy średnio uważnie obserwować politykę rządu Platformy Obywatelskiej w ostatnim czasie. Umiejętność zbudowania w Unii koalicji państw, które przeforsowały po części polski punkt
widzenia w negocjacjach nad pakietem klimatycznym to jest obrona naszego interesu. I to zupełna odwrotność polityki poprzedniego prezydenta i premiera. Wtedy ostrym zapowiedziom: na przykład
obrony pierwiastka jako metody liczenia głosów w Unii towarzyszyła ostatecznie kapitulacja.
Przecież pan doskonale wie, że od roku 2005 moja obecność w PiS to ciąg narastających sporów o politykę zagraniczną.
Tłumaczyłem, że nie należy traktować dobrych stosunków z Unią, zwłaszcza z Niemcami, jako alternatywy dla naszego euroatlantyckiego zaangażowania. Że Ameryka ceni nas jako sojusznika
dopiero wtedy, gdy mamy wpływ na Unię.
Prezydent się ze mną nie zgodził.
Zerwali ze mną kontakt tak dalece, że nie było możliwości wyjaśnienia sobie czegokolwiek. Jakiś czas temu, gdy spotkałem w sejmowych kuluarach Jarosława Kaczyńskiego, przytrzymałem mu
drzwi. Dokonał trudnej sztuki, skorzystał z tego, a równocześnie udało mu się na mnie nie spojrzeć. I niech tak zostanie.
(Długie milczenie). To człowiek o wyjątkowym potencjale. A równocześnie nie znam postaci, która by tak skutecznie swój potencjał roztrwoniła. Myśląc o nim, nie odczuwam niczego, żadnych
emocji. Choć jeszcze niedawno żal mi było straconej szansy.
Nie, żaden z braci Kaczyńskich nie jest człowiekiem pysznym. Wolę zresztą mówić o problemach niż o ludziach. I myślę, że zwłaszcza w polityce zagranicznej złym doradcą braci
Kaczyńskich były emocje.
Oni mieli poczucie, że Polska ma niewiele do powiedzenia. I że Unia Europejska to instrument narzucania woli państw największych, zwłaszcza Niemiec. Jarosław i Lech Kaczyńscy odpowiadali na to
wyzwanie prosto: odstąpmy od perswazji, prowadźmy politykę gestów. Do tych gestów używano bardziej krajowych mediów niż dyplomacji. Wiem to, bo wiele razy jeżdżąc jako szef komisji spraw
zagranicznych do europejskich stolic byłem pytany: o co wam tak naprawdę chodzi.
Zrozumienia, że polityka europejska opiera się na kompromisie, ba, na swoistej europejskiej nowomowie, którą pokrywa się często realne sprzeczności. A równocześnie na konsekwencji. Stąd
brał się paradoks. Ostra retoryka antyniemiecka, a potem ustępstwa w sprawie pakietu klimatycznego, żeby nie denerwować Angeli Merkel.
Moim zdaniem można było wtedy osiągnąć więcej bez korzystania z weta, ale prezydent kompletnie się zagubił. Ja jako szef komisji spraw zagranicznych przygotowałem wtedy uchwałę, która
dawała prezydentowi szerokie poparcie w negocjacjach. Ale jemu to nie było potrzebne. Wolał pozorny sukces – na użytek polityki wewnętrznej.
Mam wrażenie, że ten kontrast między werbalnym radykalizmem i ustępowaniem w wielu sprawach, było widać w postępowaniu Kaczyńskich wiele razy. Oto prezydent występuje z antyniemieckim
orędziem. Wkrótce okazuje się, że poparcie Niemiec jest mu potrzebne w zabiegach na szczycie NATO o członkostwo Ukrainy i Gruzji. Co robi? Przepycha traktat lizboński przez parlament dosłownie
kolanem.
Kiedy zaczęli rządzić. Nie przejmowali się programem zagranicznym partii, którego nie pisali i którego może nawet nie całkiem znali. A to był program zakładający ambitne cele w Unii, ale
nie odrzucający dyplomacji jako metody ich osiągania.
Nigdy nie odbierałem Kaczyńskich jako ludzi zakompleksionych. I nie chcę się bawić w psychologa. Może nie znali Unii, może ktoś im źle doradził. Wiem, że mnie nie udało się ich
przekonać do innej postawy. Może to moja porażka? Ale proszę zrozumieć, ja się nie umiałem wpasować w partyjny mechanizm, który nazwałbym klientelistycznym, dworskim. Nie wyczekiwałem na
korytarzu kancelarii premiera, żeby zamienić z liderem parę słów.
Proszę pamiętać: ja nie podjąłem tej decyzji od razu, choć po wyborach 2007 politycy PO proponowali mi współpracę. Starałem się zmienić PiS i zostałem z tej partii wypchnięty.
Przegrałem spór o politykę zagraniczną, ale i o model partii.
W 2005 roku PiS i PO szły do wyborów z założeniem, że stworzą po wyborach koalicję. Nie udało się. Poróżniła je przede wszystkim polityka wewnętrzna. I tak naprawdę o obliczu polityki
zagranicznej rządu PiS decydował nie tyle program co praktyka. Ja więcej wspólnego języka znajdowałem z Jackiem Saryuszem-Wolskim niż z osobami, które przy premierze Kaczyńskim kierowały
MSZ. Nowością polityki zagranicznej proponowanej przez PiS przed 2005 roku było skoncentrowanie się na walce o pozycje w Unii Europejskiej. My to robiliśmy, ale robiła to też Platforma. To
stamtąd padło hasło „Nicea albo śmierć”.
Nie nazwie pan partią białej flagi ugrupowania, które było w stanie wywalczyć korzystny dla Polski kompromis w kwestii pakietu klimatycznego czy wynegocjować partnerstwo wschodnie. Zmienił
się język, ale nie cele. A że są różne postawy wewnątrz partii? To normalne. Ja chcę się starać, aby polityka wewnętrzna oddziaływała jak najmniej na politykę zagraniczną.
Nie zgadzam się. Szanse były małe, ale prezydent mógł wytargować coś dla Polski za cenę poparcia Rassmusena. Tymczasem wycofał się bez walki – podobnie zresztą jak w przypadku
traktatu lizbońskiego. Tusk nie chciał forsować na siłę Sikorskiego. Ale można było odwlec decyzję. Gdyby Polska powiedziała razem z Turcją: nie jesteśmy gotowi na wybór sekretarza
generalnego, zostałaby spytana: jakie macie propozycje? Ale my wypadliśmy z gry. Na tym polega z problem z braćmi Kaczyńskimi. Oni są twardzi w sferze werbalnej, ale gdy przychodzi do
negocjacji, ich po prostu nie ma.
Ale nikt przecież nie kazał prezydentowi jechać na ten szczyt.
Ale w tym jednym przypadku mógł powiedzieć: skoro premier optuje za Sikorskim, niech jedzie. Zarobiłby za to punkty w kraju. A potem mógłby rozliczać Tuska. Ale pan prezydent wziął
odpowiedzialność za załatwienie czegoś i z załatwienia tego czegoś zrezygnował.
W moim przekonaniu zasadnicze cele obu partii są w tych kwestiach wspólne. Poprawne relacje z Rosją, a równocześnie zapewnienie europejskiego wyboru Ukrainie, Białorusi, w przyszłości
Gruzji.
Bo skuteczna jest polityka obecnego rządu – próba korekty wschodniej polityki unijnej. A to można zrobić w jeden sposób: przekonując Francuzów, Włochów, Niemców do wsparcia
aspiracji narodów tego regionu. Oni na to pójdą, jeśli nabiorą przekonania, że to nie jest wymierzone przeciw Rosji. Dlatego tak wielkim sukcesem jest Partnerstwo Wschodnie. Mam wrażenie, że
nawet Rosjanie się z nim godzą, to wynika z ostatniej wizyty Sikorskiego.
Ja nie wyśmiewałem, ale go krytykowałem. Nie znaliśmy intencji Rosji. Obowiązkiem władz polskich były zabiegi o skoordynowaną politykę europejską, a nie zwiększanie ryzyka konfliktu
polsko-rosyjskiego. Wyobraźmy sobie, że przez przypadek coś by się przytrafiło komuś z członków polskiej delegacji. Doceniam tę wyprawę w kategoriach symbolicznych, ale gesty są zazwyczaj
wyrazem bezsilności. A Polska nie była bezsilna. To Donald Tusk uzyskał szybkie zwołanie europejskiego szczytu. To on skontaktował się z Merkel, Sarkozym, Berlusconim.
Powtarzam – ta wyprawa do Gruzji była ryzykowna. Wolałbym, aby prezydent przekonywał do aktywności naszych zachodnich partnerów, na przykład prezydenta Busha.
Może miałem nadzieję na jakieś porozumienie w sprawach zagranicznych między PO i PIS? A ponadto przyglądałem się polityce obozu rządzącego. Nie mogłem jej poprzeć w ciemno.
Podoba mi się odpowiedzialna reakcja rządu Tuska na kryzys. Bałbym się zwiększania zadłużenia. Czy to jest sprzeczne z dawnymi poglądami PiS? Niekoniecznie – PiS nie posługiwał
się kiedyś frazeologią prawie socjalistyczną.
Nie ukrywam w tej kwestii własnego zdania: politycy nie powinni się zajmować historią. I jestem przeciwny krępowaniu IPN, to robi wrażenie obrony tych, którzy na obronę nie zasługują ludzi
dawnego systemu. Choć wolałbym też, aby kierownictwo Instytutu unikało politycznych wypowiedzi. Ale na pewno będę go bronił i zresztą mam w tej sprawie w Platformie znaczących
sojuszników.
To moje środowisko, konserwatystów, przygotowało kiedyś projekt IV Rzeczpospolitej, wtedy nie byliśmy jeszcze nawet w PiS. I ten projekt został skompromitowany. Nie chodzi o cel, ale o metody.
Ja nawet rozumiem, że Kaczyński musiał wejść w koalicję z Samoobroną i LPR, sam brałem za to odpowiedzialność. Ale konsekwencją była kompromitacja tej idei. Ona była do zrealizowania
tylko wspólnie z PO. Pojęciem „IV RP[ opisywano realną politykę rządu PiS, a jej nie da się dziś obronić.
Ustroju Platforma nie jest w stanie zmienić, bo nie ma odpowiedniej większości. Może powinna w tej sprawie energiczniej szukać porozumienia z PiS, będę ją do tego zachęcał, ale skutki
takich zabiegów są nie do przewidzenia.
Zgadzam się, z wielkiego projektu obu partii zostało niewiele, bo PO i PiS zajęły się nie reformowaniem państwa, a walką ze sobą. Wierzę, że wiele naprawczych pomysłów powróci. Ruch
należy do Platformy. Ale długofalowe cele zostaną tak naprawdę sformułowane w kampanii prezydenckiej Donalda Tuska w 2010 roku.
Z mojego doświadczenia wynika, że dostęp do Tuska jest jednak łatwiejszy niż do Kaczyńskiego. Ale zjawisko zamykania się partii oczywiście dostrzegam. Tyle że mając do wyboru w polityce
europejskiej politykę ofensywną lub defensywną, wybieram ofensywną. Tusk tworzy w eurowyborach listy solidarności narodowej, ściąga najkompetentniejszych ludzi. Mam to traktować wyłącznie
jako taktykę, grę o władzę dla władzy? Wierzę, że jemu o coś chodzi i udzielam kredytu zaufania, oczywiście nie bezwarunkowego. Trzeba ryzykować. Jeśli nie PO jest w Polsce siłą
modernizacyjną, to kto?
Ja ciągle wierzę, że Kaczyńscy mogą być partnerami w dziele modernizacji kraju. Ale Tusk sprawniej przekonuje do siebie ludzi, jest bardziej otwarty na nowe środowiska. Dziś to on formułuje
najdobitniej pozytywne cele np. w polityce zagranicznej. Choć na podsumowania przyjdzie czas, gdy zostanie prezydentem i będzie miał za sobą rząd z wyraźną większością. To będzie godzina
prawdy.
Nie odpowiada mi styl uprawiania polityki przez pana Palikota. Ale mam możliwość uczestniczenia w ambitnym projekcie: budowania wspólnej polityki zagranicznej i obronnej Unii Europejskiej.
Uważam to za cel fundamentalny. Mam z tego zrezygnować z powodu zachowania jednego człowieka, choćby tak znanego jak Palikot? Ja chcę przekonywać do polskich racji w europarlamencie. O
Palikocie nawet nie myślę.
*Paweł Zalewski, poseł niezrzeszony, kandydat PO do Parlamentu Europejskiego