Michał Karnowski po przytoczeniu wielu cytatów doszedł do wniosku, że "Trybuna" jest złą gazetą (DZIENNIK 28.12.06). Trudno się z tą konstatacją nie zgodzić. Gdyby zresztą było inaczej, czytałoby "Trybunę" nie 18 tysięcy czytelników, jak obecnie, lecz wielokrotnie więcej - pisze w DZIENNIKU Janusz Rolicki.
Przyczyny obecnej kondycji gazety są jednak proste jak przysłowiowy drut. Ten lewicowy dziennik od lat nie ma inwestora, a za tym idzie jego anachroniczność i ubóstwo
formalne (12 stron codziennego wydania). To wszystko - w połączeniu z ceną o 25 procent wyższą od DZIENNIKA czy "Gazety Wyborczej" - przynosi oczywiste efekty. W tym miejscu
można by się zadumać nad kształtem polskiej prasy i zadać zgoła proste pytanie: dlaczego media mają w Polsce tak bardzo prawicowy przechył? Jest on zresztą znacznie bardziej prawicowy od
rzeczywistych sympatii społeczeństwa potwierdzonych bezspornie przez wieloletnie sukcesy wyborcze partii postpeerelowskiej, jaką jest SLD.
Prasa bez opcji lewicowej
Przyczyny tej, chcąc nie chcąc, nieadekwatności sympatii społeczeństwa w stosunku do kształtu istniejącej prasy nie są złożone. Jest to z jednej strony rezultat dosyć jednostronnego przed laty sposobu działania Komisji Likwidacyjnej RSW Prasa, a z drugiej odreagowanie przez środowisko dziennikarskie jak i czytelników okresu Polski Ludowej. W tym miejscu, na potwierdzenie tej tezy, przywołam decyzje Komisji Likwidacyjnej z lat dziewięćdziesiątych - formalnego przypisywania popularnych w PRL gazet do określonych partii politycznych. I tak na przykład nieistniejący już "Sztandar Młodych" został mianowany organem dogorywającej dziś KPN, a zlikwidowany dawno temu "Express Wieczorny" stał się oficjalnym dziennikiem poprzednika dzisiejszego PiS noszącego wówczas nazwę Porozumienie Centrum.
Generalnie można jednak powiedzieć, że ponieważ socjalizm à la PZPR miał kształt marksistowskiej dyktatury lewicowej, to wszystko, co wiązało się z tą opcją - w formie słowa drukowanego - było bezpośrednio po upadku PRL traktowane wstydliwie. Wyłom od tej zasady stanowi jedynie sukces Urbanowego "Nie". Przez wiele bowiem lat ten tygodnik, sprzedawany w rekordowych jak na nasz kraj nakładach (ponad pół miliona egzemplarzy), niezmiernie irytował środowiska prawicowe. Świadczył przekornie, że obraz czytelniczej Polski nie jest jednak tak jednoznaczny, jak sądzono. Dziś kontrowersyjna formuła "Nie" wyczerpała się, tygodnik ten sprzedaje się wielokrotnie słabiej i nie irytuje już tak prawicy.
Dodatkowym czynnikiem, który zaważył na kształcie dzisiejszej prasy, było wkroczenie na polski rynek wielkich zachodnich koncernów prasowych. Koncerny te z zasady stroniły od wydawania prasy politycznej, a następnie, gdy na nią się już zdecydowały, to wydając gazety i tygodniki opinii, jak zarazy obawiały się
przyjęcia przez nie opcji lewicowej. W rezultacie mamy dziś prasę nieomal jednoznacznie prawicowo-liberalną. Wiem, że obecnie przez przeciwników ideowych "Gazeta Wyborcza" zaliczana jest często do prasy lewicowej. Nic bardziej jednak błędnego. Fakt, że jest ona przeciwna polityce obecnego rządu prawicowego, to za mało, aby dawać jej - w naszych warunkach epitet - lewicowości. "Gazeta" bowiem jest od lat bardzo konsekwentnym dziennikiem liberalnym - optującym zdecydowanie za liberalną drogą rozwoju tak gospodarki kraju, jak i jego polityki.
W tym miejscu warto też zauważyć, że w ostatnich latach w Polsce niemodna stała się koncepcja wydawania prasy partyjnej. W rezultacie dziś nie ma w kraju gazet partyjnych. Każde medium, ledwie zostanie posądzone o nadmierne sympatie polityczne z jakąkolwiek partią, natychmiast energicznie od tego się
odżegnuje. W tym miejscu przypomnę, jak gęsto tłumaczyła się swego czasu "Gazeta Wyborcza" z wpłaty, jakiej dokonała niegdyś Agora na rzecz funduszu wyborczego byłej Unii Demokratycznej.
W tym kontekście tytuł artykułu Michała Karnowskiego: "Lewica nie ma dobrej gazety" brzmi lekko prowokacyjnie. Zwłaszcza w świetle oficjalnych, pełnych hipokryzji decyzji podjętych przez SLD jeszcze w 1999 roku. Otóż latem tamtego roku, tuż przed powołaniem SLD - jako nowej starej partii - Socjaldemokracja RP z ulicy Rozbrat sprzedała właścicielowi gazety, wraz z tytułem, posiadane wówczas 100 udziałów w "Trybunie". Był to co prawda zabieg tylko formalny, bowiem przez następne lata partia z ulicy Rozbrat wymuszała wszystkie zmiany na stanowisku redaktora naczelnego tego dziennika (poza nominacją w 2005 roku dla Wiesława Dębskiego). A tych zmian było więcej niż w jakiejkolwiek innej ogólnopolskiej gazecie codziennej w Polsce.
Nieudane próby SLD
W tym miejscu nie od rzeczy będzie przypomnienie, że nie jest prawdą, iż SLD nie próbował stworzyć swego własnego imperium medialnego. Z perspektywy lat najpoważniej wyglądają zabiegi podjęte jeszcze w połowie lat dziewięćdziesiątych przez Universal. Wydawał on wtedy i "Trybunę", i "Przegląd Tygodniowy". Gdyby też nie szybki upadek finansowy Universalu, kto wie, czy dziś lewica nie dysponowałaby tytułami liczącymi się na rynku. Kolejną jeszcze próbę założenia znaczącego lewicowego tygodnika opinii podjął w drugiej
połowie lat dziewięćdziesiątych Leszek Miller - wtedy minister spraw wewnętrznych, kokieteryjnie zwany kanclerzem. Dzięki tak wysokiemu stanowisku w rządach Oleksego i Cimoszewicza zdołał on zgromadzić fundusze pochodzące z kilku firm państwowych i prywatnych. Założony przez niego tygodnik nazywał się "Fakty" i był redagowany przez Artura Howzana.
To przedsięwzięcie edytorskie było jednak równie nieudane, co niedawno podjęta przez posła PO Janusza Palikota próba wydawania tygodnika "Ozon" sympatyzującego z prawicą. Wydawanie "Faktów" w roku 1997, a więc przed nastaniem ery Krzaklewskiego, w obliczu prawdopodobnej klęski wyborczej rządzącej koalicji czerwono-zielonej okazało się jednak dodatkowo bardzo niebezpieczne. Wydane na tygodnik miliony pochodziły bowiem z kas firm państwowych. Gdyby też nie szybka wówczas pomoc tzw. nomenklaturowych biznesmenów, którzy odkupili gorące udziały, minister sponsor stanąłby pewnie przed Trybunałem Stanu.
Była to najpoważniejsza i w gruncie rzeczy ostatnia próba zbudowania poważnego medium lewicowego. Podjęto jeszcze co prawda bez dużego rozgłosu prace nad stworzeniem lewicowego tabloidu latem 2002 roku. Wtedy to, a więc w okresie dreptaniny Rywina i Jakubowskiej wokół ustawy telewizyjnej - choć to z pewnością przypadek - została wydzielona grupa kilkunastu pracowników "Trybuny", którzy prowadzili prace w siedzibie PAI w Alejach Stanów Zjednoczonych nad tak zwanym layoutem, czyli formą graficzną nowego tytułu. Zamierzano go wydawać w nakładzie 200-300 tysięcy egzemplarzy. Rzecz całą odłożono jednak ad Calendas Graecas w sierpniu 2002 roku!
"Trybuna" na równi pochyłej
Wobec niepowodzeń opisanych tu prób nie może dziwić dzisiejszy uwiąd "Trybuny". Gazeta ta, mówiąc kolokwialnie, od kilku lat już ledwie dyszy. Ostatnio wydawca stara się zbilansować jej wydatki i dochody stałym zmniejszaniem nakładu, objętości, wielkości zatrudnienia oraz wysokości zarobków i honorariów dziennikarzy. W rezultacie te 12 stron codziennej gazety upodobniło się raczej do biuletynu niż normalnego dziennika. O ile jeszcze w 2000 roku "Trybuna" zatrudniała wraz z wydawnictwem przeszło 150 osób, to obecnie zostało ich niewiele ponad pięćdziesiąt. W gazecie pozostali w większości jedynie ci dziennikarze, dla których ucieczka z getta prasowego, jakim w gruncie rzeczy jest "Trybuna", jest po prostu niemożliwa. Los ludzi tam pracujących doprawdy nie jest godny pozazdroszczenia. Dość powiedzieć, że Wiesław Dębski - bardzo zdolny i wzięty medialnie dziennikarz o dużym doświadczeniu i dużej wiedzy - po zwolnieniu z funkcji naczelnego nie może od pół roku nigdzie dostać pracy. Dzieje się tak, pomimo że sprawnych dziennikarzy redakcje zdecydowanie poszukują, o ile oczywiście nie mają oni - trefnego jak widać - rodowodu lewicowego!
Chociaż "Trybuna" ukazuje się na rynku już tylko dzięki wirtuozerskim - że tak powiem - sztukom wydawcy, okazuje się, że wciąż może być ona smakowitym kąskiem dla eseldowskich liderów. W czerwcu ubiegłego roku przejął nad nią, jak wiadomo, kontrolę były premier Leszek Miller. Dzięki niej usiłuje on, jak na razie bez powodzenia, odbudować swą pozycję polityczną. Wykorzystując formalne szefostwo w nieistniejącej tak naprawdę Radzie Programowej dziennika, jeździ po kraju, aby przypominać o sobie zwolennikom SLD.
Ten nieformalny zamach stanu w redakcji udał się ekspremierowi dzięki zamieszaniu w szefostwie SLD. O ile jeszcze bowiem w roku 2005 partia z Rozbrat wspierała "Trybunę" kwotą około miliona złotych, to w roku minionym to źródełko zostało formalnie nieomal zamknięte. Wtedy też były premier wysłał do wydawnictwa sygnał: wywalcie Dębskiego, a będziecie mieli forsy jak lodu...
Efekt znamy - redaktorem dziennika został Marek Barański, a pieniędzy na "Trybunę" jak nie było, tak nie ma. W tej sytuacji dziennikarzom pisma pozostają, zgodnie z dyrektywami byłego szefa partii: wyśmiewanie pomysłów stworzenia koalicji wyborczej Lewica i Demokraci oraz... zawzięte ataki na Marka Borowskiego. Metoda jak metoda, natomiast efekt można uznać za zerowy, bowiem czytelnictwo "Trybuny" nie wzrasta.
Sytuacja ta skłania do refleksji nad kształtem mediów w Polsce. Natomiast na lewicy pojawia się pytanie: czy prasa nieprawicowa ma w Polsce przyszłość? Janusz Rolicki, historyk, publicysta. W latach 1997-2000 redaktor naczelny "Trybuny", autor licznych zbiorów reportaży oraz znanego wywiadu rzeki z Edwardem Gierkiem. Obecnie związany z "Faktem"
Prasa bez opcji lewicowej
Przyczyny tej, chcąc nie chcąc, nieadekwatności sympatii społeczeństwa w stosunku do kształtu istniejącej prasy nie są złożone. Jest to z jednej strony rezultat dosyć jednostronnego przed laty sposobu działania Komisji Likwidacyjnej RSW Prasa, a z drugiej odreagowanie przez środowisko dziennikarskie jak i czytelników okresu Polski Ludowej. W tym miejscu, na potwierdzenie tej tezy, przywołam decyzje Komisji Likwidacyjnej z lat dziewięćdziesiątych - formalnego przypisywania popularnych w PRL gazet do określonych partii politycznych. I tak na przykład nieistniejący już "Sztandar Młodych" został mianowany organem dogorywającej dziś KPN, a zlikwidowany dawno temu "Express Wieczorny" stał się oficjalnym dziennikiem poprzednika dzisiejszego PiS noszącego wówczas nazwę Porozumienie Centrum.
Generalnie można jednak powiedzieć, że ponieważ socjalizm à la PZPR miał kształt marksistowskiej dyktatury lewicowej, to wszystko, co wiązało się z tą opcją - w formie słowa drukowanego - było bezpośrednio po upadku PRL traktowane wstydliwie. Wyłom od tej zasady stanowi jedynie sukces Urbanowego "Nie". Przez wiele bowiem lat ten tygodnik, sprzedawany w rekordowych jak na nasz kraj nakładach (ponad pół miliona egzemplarzy), niezmiernie irytował środowiska prawicowe. Świadczył przekornie, że obraz czytelniczej Polski nie jest jednak tak jednoznaczny, jak sądzono. Dziś kontrowersyjna formuła "Nie" wyczerpała się, tygodnik ten sprzedaje się wielokrotnie słabiej i nie irytuje już tak prawicy.
Dodatkowym czynnikiem, który zaważył na kształcie dzisiejszej prasy, było wkroczenie na polski rynek wielkich zachodnich koncernów prasowych. Koncerny te z zasady stroniły od wydawania prasy politycznej, a następnie, gdy na nią się już zdecydowały, to wydając gazety i tygodniki opinii, jak zarazy obawiały się
przyjęcia przez nie opcji lewicowej. W rezultacie mamy dziś prasę nieomal jednoznacznie prawicowo-liberalną. Wiem, że obecnie przez przeciwników ideowych "Gazeta Wyborcza" zaliczana jest często do prasy lewicowej. Nic bardziej jednak błędnego. Fakt, że jest ona przeciwna polityce obecnego rządu prawicowego, to za mało, aby dawać jej - w naszych warunkach epitet - lewicowości. "Gazeta" bowiem jest od lat bardzo konsekwentnym dziennikiem liberalnym - optującym zdecydowanie za liberalną drogą rozwoju tak gospodarki kraju, jak i jego polityki.
W tym miejscu warto też zauważyć, że w ostatnich latach w Polsce niemodna stała się koncepcja wydawania prasy partyjnej. W rezultacie dziś nie ma w kraju gazet partyjnych. Każde medium, ledwie zostanie posądzone o nadmierne sympatie polityczne z jakąkolwiek partią, natychmiast energicznie od tego się
odżegnuje. W tym miejscu przypomnę, jak gęsto tłumaczyła się swego czasu "Gazeta Wyborcza" z wpłaty, jakiej dokonała niegdyś Agora na rzecz funduszu wyborczego byłej Unii Demokratycznej.
W tym kontekście tytuł artykułu Michała Karnowskiego: "Lewica nie ma dobrej gazety" brzmi lekko prowokacyjnie. Zwłaszcza w świetle oficjalnych, pełnych hipokryzji decyzji podjętych przez SLD jeszcze w 1999 roku. Otóż latem tamtego roku, tuż przed powołaniem SLD - jako nowej starej partii - Socjaldemokracja RP z ulicy Rozbrat sprzedała właścicielowi gazety, wraz z tytułem, posiadane wówczas 100 udziałów w "Trybunie". Był to co prawda zabieg tylko formalny, bowiem przez następne lata partia z ulicy Rozbrat wymuszała wszystkie zmiany na stanowisku redaktora naczelnego tego dziennika (poza nominacją w 2005 roku dla Wiesława Dębskiego). A tych zmian było więcej niż w jakiejkolwiek innej ogólnopolskiej gazecie codziennej w Polsce.
Nieudane próby SLD
W tym miejscu nie od rzeczy będzie przypomnienie, że nie jest prawdą, iż SLD nie próbował stworzyć swego własnego imperium medialnego. Z perspektywy lat najpoważniej wyglądają zabiegi podjęte jeszcze w połowie lat dziewięćdziesiątych przez Universal. Wydawał on wtedy i "Trybunę", i "Przegląd Tygodniowy". Gdyby też nie szybki upadek finansowy Universalu, kto wie, czy dziś lewica nie dysponowałaby tytułami liczącymi się na rynku. Kolejną jeszcze próbę założenia znaczącego lewicowego tygodnika opinii podjął w drugiej
połowie lat dziewięćdziesiątych Leszek Miller - wtedy minister spraw wewnętrznych, kokieteryjnie zwany kanclerzem. Dzięki tak wysokiemu stanowisku w rządach Oleksego i Cimoszewicza zdołał on zgromadzić fundusze pochodzące z kilku firm państwowych i prywatnych. Założony przez niego tygodnik nazywał się "Fakty" i był redagowany przez Artura Howzana.
To przedsięwzięcie edytorskie było jednak równie nieudane, co niedawno podjęta przez posła PO Janusza Palikota próba wydawania tygodnika "Ozon" sympatyzującego z prawicą. Wydawanie "Faktów" w roku 1997, a więc przed nastaniem ery Krzaklewskiego, w obliczu prawdopodobnej klęski wyborczej rządzącej koalicji czerwono-zielonej okazało się jednak dodatkowo bardzo niebezpieczne. Wydane na tygodnik miliony pochodziły bowiem z kas firm państwowych. Gdyby też nie szybka wówczas pomoc tzw. nomenklaturowych biznesmenów, którzy odkupili gorące udziały, minister sponsor stanąłby pewnie przed Trybunałem Stanu.
Była to najpoważniejsza i w gruncie rzeczy ostatnia próba zbudowania poważnego medium lewicowego. Podjęto jeszcze co prawda bez dużego rozgłosu prace nad stworzeniem lewicowego tabloidu latem 2002 roku. Wtedy to, a więc w okresie dreptaniny Rywina i Jakubowskiej wokół ustawy telewizyjnej - choć to z pewnością przypadek - została wydzielona grupa kilkunastu pracowników "Trybuny", którzy prowadzili prace w siedzibie PAI w Alejach Stanów Zjednoczonych nad tak zwanym layoutem, czyli formą graficzną nowego tytułu. Zamierzano go wydawać w nakładzie 200-300 tysięcy egzemplarzy. Rzecz całą odłożono jednak ad Calendas Graecas w sierpniu 2002 roku!
"Trybuna" na równi pochyłej
Wobec niepowodzeń opisanych tu prób nie może dziwić dzisiejszy uwiąd "Trybuny". Gazeta ta, mówiąc kolokwialnie, od kilku lat już ledwie dyszy. Ostatnio wydawca stara się zbilansować jej wydatki i dochody stałym zmniejszaniem nakładu, objętości, wielkości zatrudnienia oraz wysokości zarobków i honorariów dziennikarzy. W rezultacie te 12 stron codziennej gazety upodobniło się raczej do biuletynu niż normalnego dziennika. O ile jeszcze w 2000 roku "Trybuna" zatrudniała wraz z wydawnictwem przeszło 150 osób, to obecnie zostało ich niewiele ponad pięćdziesiąt. W gazecie pozostali w większości jedynie ci dziennikarze, dla których ucieczka z getta prasowego, jakim w gruncie rzeczy jest "Trybuna", jest po prostu niemożliwa. Los ludzi tam pracujących doprawdy nie jest godny pozazdroszczenia. Dość powiedzieć, że Wiesław Dębski - bardzo zdolny i wzięty medialnie dziennikarz o dużym doświadczeniu i dużej wiedzy - po zwolnieniu z funkcji naczelnego nie może od pół roku nigdzie dostać pracy. Dzieje się tak, pomimo że sprawnych dziennikarzy redakcje zdecydowanie poszukują, o ile oczywiście nie mają oni - trefnego jak widać - rodowodu lewicowego!
Chociaż "Trybuna" ukazuje się na rynku już tylko dzięki wirtuozerskim - że tak powiem - sztukom wydawcy, okazuje się, że wciąż może być ona smakowitym kąskiem dla eseldowskich liderów. W czerwcu ubiegłego roku przejął nad nią, jak wiadomo, kontrolę były premier Leszek Miller. Dzięki niej usiłuje on, jak na razie bez powodzenia, odbudować swą pozycję polityczną. Wykorzystując formalne szefostwo w nieistniejącej tak naprawdę Radzie Programowej dziennika, jeździ po kraju, aby przypominać o sobie zwolennikom SLD.
Ten nieformalny zamach stanu w redakcji udał się ekspremierowi dzięki zamieszaniu w szefostwie SLD. O ile jeszcze bowiem w roku 2005 partia z Rozbrat wspierała "Trybunę" kwotą około miliona złotych, to w roku minionym to źródełko zostało formalnie nieomal zamknięte. Wtedy też były premier wysłał do wydawnictwa sygnał: wywalcie Dębskiego, a będziecie mieli forsy jak lodu...
Efekt znamy - redaktorem dziennika został Marek Barański, a pieniędzy na "Trybunę" jak nie było, tak nie ma. W tej sytuacji dziennikarzom pisma pozostają, zgodnie z dyrektywami byłego szefa partii: wyśmiewanie pomysłów stworzenia koalicji wyborczej Lewica i Demokraci oraz... zawzięte ataki na Marka Borowskiego. Metoda jak metoda, natomiast efekt można uznać za zerowy, bowiem czytelnictwo "Trybuny" nie wzrasta.
Sytuacja ta skłania do refleksji nad kształtem mediów w Polsce. Natomiast na lewicy pojawia się pytanie: czy prasa nieprawicowa ma w Polsce przyszłość? Janusz Rolicki, historyk, publicysta. W latach 1997-2000 redaktor naczelny "Trybuny", autor licznych zbiorów reportaży oraz znanego wywiadu rzeki z Edwardem Gierkiem. Obecnie związany z "Faktem"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|