Na koniec starego i początek nowego roku ludzie życzą sobie różnych dobrych rzeczy. Ja Czytelnikom "Faktu" oczywiście także życzę wszystkiego najlepszego. Jednak równie ważne wydaje mi się to, czego nie powinniśmy sobie życzyć w nowym roku 2007 - pisze Łukasz Warzecha.
Wiem, że Czytelnicy mogą już mieć dość polityki i wielu powie, że się nią nie interesuje. Cóż z tego, skoro polityka interesuje się nimi. Wystarczy jeden
głupi pomysł jakiegoś średnio rozgarniętego posła albo nadmiernie twórczego ministra, a możemy zubożeć o kilkaset złotych rocznie i ze złości wbić zęby w ścianę.
Życzyłbym więc sobie, żeby w 2007 roku wszyscy ministrowie i posłowie, cierpiący na umysłowe ADHD, dostali jakieś prestiżowe posady na placówkach dyplomatycznych, byle jak najdalej. Przemysław Gosiewski na ten przykład mógłby zostać oddelegowany na St. Kitts and Nevis. To taki wyspiarski kraik na Morzu Karaibskim. Zakładam, że nie mamy tam w tej chwili ambasady, ale można by ją zbudować specjalnie dla Gosiewskiego, niezbyt dużym kosztem, bo klimat gorący, więc wystarczyłaby jakaś przewiewna chatka z prefabrykatów. Wyszłoby taniej niż finansowanie kolejnych pomysłów ministra w Kieleckiem. Po przystanku kolejowym Włoszczowa-Północ przyszła pora na lotnisko. Następny może być choćby morski port wojenny. Za te wyczyny wszyscy płacimy. Za wysłanie Gosiewskiego na St. Kitts and Nevis też zapłacimy, ale tam narobi znacznie mniej szkód. Może nawet na coś się miejscowej społeczności przyda - ot, chociażby jakiś przystanek wybuduje, tylko raczej nie kolejowy, bo kolei tam nie ma.
Albo inny przykład: dzięki ministrowi Relidze wszyscy kierowcy - a to już ładnych parę milionów ludzi - odczują boleśnie wzrost cen ubezpieczeń. Pan minister wymyślił sobie bowiem, że niezależnie od tego, czy ktoś nie spowodował w życiu ani jednego wypadku, czy też spowodował ich 25, każdy będzie musiał zapłacić za leczenie ofiar wypadków. Innymi słowy - obarczył zbiorową odpowiedzialnością za wypadki powodowane przez niedużą część kierowców wszystkich posiadaczy aut. To myślenie żywcem przeniesione z komuny, ale pan minister jest ze swojego pomysłu niezmiernie dumny. Zatem kolejne życzenie: Religę wyślijmy na Antyle Holenderskie. Niedaleko do St. Kitts and Nevis, mogliby się z Gosiewskim odwiedzać.
Sporo kosztuje nas wszystkich utrzymanie taniego państwa. W jego ramach Kancelaria Prezydenta kosztuje więcej niż kiedykolwiek, premier i ministrowie mają rekordową liczbę doradców, utworzono kilka nowych ministerstw specjalnie dla drogocennych (czy może raczej po prostu drogich) koalicjantów, a wicepremierzy Lepper i Giertych ochoczo korzystają w przysługujących im helikopterów, lotów samolotami, limuzyn i w ogóle wszelkich atrybutów władzy.
Pisałem kilka dni temu o premierze Tonym Blairze, który wybrał się na prywatne wakacje do USA, lecąc z rodziną rejsowym samolotem British Airways i samemu płacąc za bilety. Wyobrażają sobie Państwo, jak musieli się z niego śmiać wicepremierzy Lepper i Giertych z wysokości swoich foteli w luksusowej limuzynie albo rządowym helikopterze?
Otóż wprowadzanie taniego państwa okazało się niezwykle drogie. Zgodnie zresztą z deklaracjami byłego premiera Marcinkiewicza, który stwierdził onegdaj, że państwo tanie nie może być tandetne. To ja już wolę zwykłe państwo zamiast taniego, może być nawet trochę tandetne, byle było nieco tańsze. Życzmy sobie zatem, żeby się tanie państwo jak najszybciej skończyło.
Życzyłbym sobie też - nie, nie żeby afer w ogóle nie było. Nie żebym nie chciał, ale to po prostu niemożliwe. Więc chciałbym tylko, żeby były chociaż trochę poważniejsze niż te obracające się wokół rozporka jednego lub drugiego posła albo tego, czy jakaś pani komuś dała lepszą posadę. I wolałbym, żeby w glorii obrońcy demokracji nie chodziły więcej osoby pokroju Renaty Beger, jak po aferze taśmowej. Równie dobrze moglibyśmy obrońcę demokracji robić z Pinokia. Skoro politycy muszą już babrać się w aferotwórczym bagienku, czy nie mogliby nam zafundować znowu jakiejś porządnej afery, choćby na miarę Rywina? Proszę sobie tylko przypomnieć dramaturgię tamtych przesłuchań przed komisją śledczą! Ech, gdzie te czasy… Marzy mi się profesjonalna, porządna polska afera na miarę Watergate, ale cóż - nie ten kaliber i nie ta klasa. W naszej polityce nadal amatorszczyzna, także w aspekcie afer.
Minister Zycie Gilowskiej życzę, żeby skończyły się jej jakiekolwiek pomysły. Żeby dopadła ją całkowita pustka umysłowa. To chyba jedyny sposób, żeby ocalić nasze portfele, ponieważ każdy kolejny pomysł pani minister to kolejne przyciśnięcie podatników. Jeśli Zyta Gilowska będzie ministrem przez kolejne dwa albo trzy lata, to wolę nie myśleć, ile w 2009 r. będzie kosztował litr benzyny albo oleju opałowego.
Generalnie zaś życzyłbym naszej politycznej elicie, żeby była czasem uprzejma spojrzeć dalej niż czubek własnego nosa. Ja rozumiem niesłabnącą fascynację Donalda Tuska Jarosławem Kaczyńskim i na odwrót. Obaj panowie niby się nie cierpią, ale tak naprawdę nie mogą się od siebie oderwać. Wszystko, co robi Tusk, jakoś się odnosi do Kaczyńskiego i odwrotnie. Faktycznie, obaj to ludzie inteligentni, interesujący, z dużą wiedzą. Nic dziwnego, że tak się sobą nawzajem zajmują. Tylko że ich rywalizacja zaczyna powoli przypominać kultowy niegdyś radziecki film rysunkowy o wilku i zającu, z tym zastrzeżeniem, że co jakiś czas następuje zamiana ról. Wilk goni zająca, zając dostaje w łeb, potem zając goni wilka, wilk dostaje w łeb i tak cały czas. A tymczasem poza Sejmem też toczy się jakieś życie. Puk puk, może by tak czasem warto wyjrzeć na ulicę, panowie?
Politycy wyobrażają sobie w swoim zadufaniu, że są niezbędni. Czy na pewno? Czy faktycznie kraj by się zawalił, gdyby tak nagle cały Sejm pojechał sobie na długie wakacje? Może nawet warto by im te wakacje sfinansować? Mogliby np. odwiedzić Przemysława Gosiewskiego, jakby już był tym ambasadorem na St. Kitts and Nevis. A wrócić stamtąd niełatwo, oj niełatwo.
To wcale nie jest takie nieprawdopodobne. 12 października, w trakcie jednego z gorących parlamentarnych spięć, klub PiS wystosował do marszałka Sejmu pismo, w którym proponował ogłosić przerwę w obradach do 17 października 2007 roku. Czyli na nieco ponad rok. Niestety, nim pismo trafiło do marszałka Jurka, ktoś zauważył błąd. A gdyby tak ten manewr niepostrzeżenie powtórzyć i ogłosić przerwę w obradach na cały nowy 2007 rok? Tak bardzo by nam tego wszystkiego brakowało?
Życzyłbym więc sobie, żeby w 2007 roku wszyscy ministrowie i posłowie, cierpiący na umysłowe ADHD, dostali jakieś prestiżowe posady na placówkach dyplomatycznych, byle jak najdalej. Przemysław Gosiewski na ten przykład mógłby zostać oddelegowany na St. Kitts and Nevis. To taki wyspiarski kraik na Morzu Karaibskim. Zakładam, że nie mamy tam w tej chwili ambasady, ale można by ją zbudować specjalnie dla Gosiewskiego, niezbyt dużym kosztem, bo klimat gorący, więc wystarczyłaby jakaś przewiewna chatka z prefabrykatów. Wyszłoby taniej niż finansowanie kolejnych pomysłów ministra w Kieleckiem. Po przystanku kolejowym Włoszczowa-Północ przyszła pora na lotnisko. Następny może być choćby morski port wojenny. Za te wyczyny wszyscy płacimy. Za wysłanie Gosiewskiego na St. Kitts and Nevis też zapłacimy, ale tam narobi znacznie mniej szkód. Może nawet na coś się miejscowej społeczności przyda - ot, chociażby jakiś przystanek wybuduje, tylko raczej nie kolejowy, bo kolei tam nie ma.
Albo inny przykład: dzięki ministrowi Relidze wszyscy kierowcy - a to już ładnych parę milionów ludzi - odczują boleśnie wzrost cen ubezpieczeń. Pan minister wymyślił sobie bowiem, że niezależnie od tego, czy ktoś nie spowodował w życiu ani jednego wypadku, czy też spowodował ich 25, każdy będzie musiał zapłacić za leczenie ofiar wypadków. Innymi słowy - obarczył zbiorową odpowiedzialnością za wypadki powodowane przez niedużą część kierowców wszystkich posiadaczy aut. To myślenie żywcem przeniesione z komuny, ale pan minister jest ze swojego pomysłu niezmiernie dumny. Zatem kolejne życzenie: Religę wyślijmy na Antyle Holenderskie. Niedaleko do St. Kitts and Nevis, mogliby się z Gosiewskim odwiedzać.
Sporo kosztuje nas wszystkich utrzymanie taniego państwa. W jego ramach Kancelaria Prezydenta kosztuje więcej niż kiedykolwiek, premier i ministrowie mają rekordową liczbę doradców, utworzono kilka nowych ministerstw specjalnie dla drogocennych (czy może raczej po prostu drogich) koalicjantów, a wicepremierzy Lepper i Giertych ochoczo korzystają w przysługujących im helikopterów, lotów samolotami, limuzyn i w ogóle wszelkich atrybutów władzy.
Pisałem kilka dni temu o premierze Tonym Blairze, który wybrał się na prywatne wakacje do USA, lecąc z rodziną rejsowym samolotem British Airways i samemu płacąc za bilety. Wyobrażają sobie Państwo, jak musieli się z niego śmiać wicepremierzy Lepper i Giertych z wysokości swoich foteli w luksusowej limuzynie albo rządowym helikopterze?
Otóż wprowadzanie taniego państwa okazało się niezwykle drogie. Zgodnie zresztą z deklaracjami byłego premiera Marcinkiewicza, który stwierdził onegdaj, że państwo tanie nie może być tandetne. To ja już wolę zwykłe państwo zamiast taniego, może być nawet trochę tandetne, byle było nieco tańsze. Życzmy sobie zatem, żeby się tanie państwo jak najszybciej skończyło.
Życzyłbym sobie też - nie, nie żeby afer w ogóle nie było. Nie żebym nie chciał, ale to po prostu niemożliwe. Więc chciałbym tylko, żeby były chociaż trochę poważniejsze niż te obracające się wokół rozporka jednego lub drugiego posła albo tego, czy jakaś pani komuś dała lepszą posadę. I wolałbym, żeby w glorii obrońcy demokracji nie chodziły więcej osoby pokroju Renaty Beger, jak po aferze taśmowej. Równie dobrze moglibyśmy obrońcę demokracji robić z Pinokia. Skoro politycy muszą już babrać się w aferotwórczym bagienku, czy nie mogliby nam zafundować znowu jakiejś porządnej afery, choćby na miarę Rywina? Proszę sobie tylko przypomnieć dramaturgię tamtych przesłuchań przed komisją śledczą! Ech, gdzie te czasy… Marzy mi się profesjonalna, porządna polska afera na miarę Watergate, ale cóż - nie ten kaliber i nie ta klasa. W naszej polityce nadal amatorszczyzna, także w aspekcie afer.
Minister Zycie Gilowskiej życzę, żeby skończyły się jej jakiekolwiek pomysły. Żeby dopadła ją całkowita pustka umysłowa. To chyba jedyny sposób, żeby ocalić nasze portfele, ponieważ każdy kolejny pomysł pani minister to kolejne przyciśnięcie podatników. Jeśli Zyta Gilowska będzie ministrem przez kolejne dwa albo trzy lata, to wolę nie myśleć, ile w 2009 r. będzie kosztował litr benzyny albo oleju opałowego.
Generalnie zaś życzyłbym naszej politycznej elicie, żeby była czasem uprzejma spojrzeć dalej niż czubek własnego nosa. Ja rozumiem niesłabnącą fascynację Donalda Tuska Jarosławem Kaczyńskim i na odwrót. Obaj panowie niby się nie cierpią, ale tak naprawdę nie mogą się od siebie oderwać. Wszystko, co robi Tusk, jakoś się odnosi do Kaczyńskiego i odwrotnie. Faktycznie, obaj to ludzie inteligentni, interesujący, z dużą wiedzą. Nic dziwnego, że tak się sobą nawzajem zajmują. Tylko że ich rywalizacja zaczyna powoli przypominać kultowy niegdyś radziecki film rysunkowy o wilku i zającu, z tym zastrzeżeniem, że co jakiś czas następuje zamiana ról. Wilk goni zająca, zając dostaje w łeb, potem zając goni wilka, wilk dostaje w łeb i tak cały czas. A tymczasem poza Sejmem też toczy się jakieś życie. Puk puk, może by tak czasem warto wyjrzeć na ulicę, panowie?
Politycy wyobrażają sobie w swoim zadufaniu, że są niezbędni. Czy na pewno? Czy faktycznie kraj by się zawalił, gdyby tak nagle cały Sejm pojechał sobie na długie wakacje? Może nawet warto by im te wakacje sfinansować? Mogliby np. odwiedzić Przemysława Gosiewskiego, jakby już był tym ambasadorem na St. Kitts and Nevis. A wrócić stamtąd niełatwo, oj niełatwo.
To wcale nie jest takie nieprawdopodobne. 12 października, w trakcie jednego z gorących parlamentarnych spięć, klub PiS wystosował do marszałka Sejmu pismo, w którym proponował ogłosić przerwę w obradach do 17 października 2007 roku. Czyli na nieco ponad rok. Niestety, nim pismo trafiło do marszałka Jurka, ktoś zauważył błąd. A gdyby tak ten manewr niepostrzeżenie powtórzyć i ogłosić przerwę w obradach na cały nowy 2007 rok? Tak bardzo by nam tego wszystkiego brakowało?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|