Przejrzystość sytuacji politycznej polega dziś głównie na tym, że skończyło się kierowanie z tylnego siedzenia. Kazimierz Marcinkiewicz, patrząc we wsteczne lusterko, widział twarz Jarosława Kaczyńskiego - pisze w "Fakcie" Kamil Durczok, szef "Faktów" TVN.
Kiedy wódz marszczył czoło, mistrz politycznego PR-u przyspieszał albo zwalniał, skręcał w prawo albo w lewo, zgodnie z życzeniem prezesa.
Ten sam los szofera przez lata był udziałem także poprzednich premierów. We wstecznym lusterku widzieli zmieniające się oblicze, a to Mariana Krzaklewskiego, a to Aleksandra Kwaśniewskiego. Dziś Jarosław Kaczyński nie musi oglądać się za siebie. Rządowy wehikuł pojedzie tam, gdzie skieruje go premier i zabierze tych, z którymi Jarosławowi Kaczyńskiemu jest po drodze. Minister, którego szef uzna za zbędne obciążenie, wysiądzie w biegu. I nie trzeba żadnego postoju i rozmowy, bo przed oczyma premiera jest cel i tylko on się liczy. To, po co premierowi ministrowie na dywaniku, pozostanie jego tajemnicą. Z pewnością nie po to, aby rzeczywiście oceniać prace resortów. Kto sobie radzi, widać gołym okiem.
Ministrów zasługujących na pochwały jest tylu, co kot napłakał. Na krótkiej liście: Ziobro, Religa i Ujazdowski. Nie trzeba żadnych rozmów, żeby wiedzieć, że pozostały skład w dobrej firmie już dawno wyleciałby z hukiem. A jednak Jarosław Kaczyński, z właściwym sobie zamiłowaniem do formalności, wzywa na dywanik kolejne osoby, udając, że od tej rozmowy zależy ich dalsze być albo nie być w jego drużynie. Po co? Dla efektu.
Z takiego zagrania rysuje się podwójna korzyść. Pierwsza: to wrażenie, że nawet nad ważnym ministrem jest jeszcze czujne oko szefa. Druga: że podwładni Jarosława Kaczyńskiego pamiętają albo powinni pamiętać, że to, co robią jest ważne, ale jak to odbierze wyborca jest jeszcze ważniejsze. Gdyby rozmowy oceniające miały rzeczywiście przynieść efekt, w najbliższych dniach czekałaby nas zasadnicza rekonstrukcja gabinetu. Pierwszy odszedłby Ludwik Dorn. Po kompromitacji wiceministrów i dyrektorów departamentów, po ujawnieniu afery "blue taxi" i po sprowadzeniu policjantów do roli kelnerów w dworcowym barze, powinien powiedzieć tylko jedno: "Żegnam".
Za wicepremierem rządowe gabinety opuściliby: Roman Giertych i Andrzej Lepper. Papier jest cierpliwy, ale nie aż tak, żeby znieść długą listę powodów do dymisji obu panów. Kiedy premier podarował ministrowi edukacji pół miliarda złotych, po ulicach niosło się echem pytanie: "Gdzie jest minister finansów?" i co główny architekt budżetu myśli o takim przesuwaniu gigantycznych pieniędzy bez jego udziału. - I już mamy kolejną osobę do dymisji. Z gabinetu musiałby się też wyprowadzić minister skarbu. Jeśli polskie firmy państwowe i polski kapitał to jeszcze skarb, należałoby w trymiga wymienić ich strażnika. W przeciwnym razie za chwilę i skarbu nie będzie, i ministra do pilnowania też. Tak można by się pastwić jeszcze długo, tyle że sensu specjalnego tu nie ma. Premier o tym wie. Z jego rozmów z podwładnymi może być tylko taka pociecha, że dowiedzą się o tym sami zainteresowani, choć i w to wątpię. Trudno bowiem sobie wyobrazić Jarosława Kaczyńskiego rzeczywiście rugającego podczas takiej rozmowy Ludwika Dorna. Razem przeszli wiele.
Także (i piszę to bez ironii) naprawdę trudne chwile. Bycie razem w oblężonej, podsłuchiwanej, śledzonej i skłócanej twierdzy z pewnością cementuje. Tylko co to ma wspólnego z nowoczesnym, profesjonalnym rządzeniem? Więc ta, jak i wiele innych rozmów, w rzeczywistości pewnie dotyczyła zupełnie innych spraw. Na użytek publiczny nazwana została "oceniającą". Jeśli w tych rozmowach pojawiła się bądź pojawi się prawdziwa ocena, to powody do zadowolenia będą mieli nieliczni ministrowie. Pewnie miło pogawędzi się premierowi ze Zbigniewem Ziobro. Poruszenie skostniałego aparatu sprawiedliwości to jego zasługa. Jeśli do Polski wjedzie w kajdankach Edward Mazur, Ziobro będzie miał perłę w koronie plus szacunek ludzi, którzy pierwszy raz od dawna poczuli, że minister jest po ich stronie.
Czasem aż za bardzo, ale lepsze to niż obojętność urzędu. Z bałaganem w służbie zdrowia z nadludzkim wysiłkiem próbuje sobie radzić Zbigniew Religa. Pacjentów powinno cieszyć, że profesor okazał się człowiekiem wielu talentów i nie tylko kardiochirurgicznych. Z rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim powinien też wyjść zadowolony Kazimierz Michał Ujazdowski, bo polityka historyczna i kulturalna zaczynają coś oznaczać. Tylko pytanie, czy te rozmowy rzeczywiście dotyczyły tego, czego powinny? PiS dawno pokazał, że rządzi sprytniej niż poprzednicy. Arsenał sztuczek, którymi oddziaływuje na wyborców znacznie się poszerzył. Najwyraźniej zaliczono do nich tę kolejną, w myśl której dobry premier wzywa urzędników, by pochwalić albo pogrozić palcem. Czasem nawet zrugać i wyrzucić, bo wyborca musi wiedzieć, że ktoś czuwa - najlepiej na samej górze.
Ten sam los szofera przez lata był udziałem także poprzednich premierów. We wstecznym lusterku widzieli zmieniające się oblicze, a to Mariana Krzaklewskiego, a to Aleksandra Kwaśniewskiego. Dziś Jarosław Kaczyński nie musi oglądać się za siebie. Rządowy wehikuł pojedzie tam, gdzie skieruje go premier i zabierze tych, z którymi Jarosławowi Kaczyńskiemu jest po drodze. Minister, którego szef uzna za zbędne obciążenie, wysiądzie w biegu. I nie trzeba żadnego postoju i rozmowy, bo przed oczyma premiera jest cel i tylko on się liczy. To, po co premierowi ministrowie na dywaniku, pozostanie jego tajemnicą. Z pewnością nie po to, aby rzeczywiście oceniać prace resortów. Kto sobie radzi, widać gołym okiem.
Ministrów zasługujących na pochwały jest tylu, co kot napłakał. Na krótkiej liście: Ziobro, Religa i Ujazdowski. Nie trzeba żadnych rozmów, żeby wiedzieć, że pozostały skład w dobrej firmie już dawno wyleciałby z hukiem. A jednak Jarosław Kaczyński, z właściwym sobie zamiłowaniem do formalności, wzywa na dywanik kolejne osoby, udając, że od tej rozmowy zależy ich dalsze być albo nie być w jego drużynie. Po co? Dla efektu.
Z takiego zagrania rysuje się podwójna korzyść. Pierwsza: to wrażenie, że nawet nad ważnym ministrem jest jeszcze czujne oko szefa. Druga: że podwładni Jarosława Kaczyńskiego pamiętają albo powinni pamiętać, że to, co robią jest ważne, ale jak to odbierze wyborca jest jeszcze ważniejsze. Gdyby rozmowy oceniające miały rzeczywiście przynieść efekt, w najbliższych dniach czekałaby nas zasadnicza rekonstrukcja gabinetu. Pierwszy odszedłby Ludwik Dorn. Po kompromitacji wiceministrów i dyrektorów departamentów, po ujawnieniu afery "blue taxi" i po sprowadzeniu policjantów do roli kelnerów w dworcowym barze, powinien powiedzieć tylko jedno: "Żegnam".
Za wicepremierem rządowe gabinety opuściliby: Roman Giertych i Andrzej Lepper. Papier jest cierpliwy, ale nie aż tak, żeby znieść długą listę powodów do dymisji obu panów. Kiedy premier podarował ministrowi edukacji pół miliarda złotych, po ulicach niosło się echem pytanie: "Gdzie jest minister finansów?" i co główny architekt budżetu myśli o takim przesuwaniu gigantycznych pieniędzy bez jego udziału. - I już mamy kolejną osobę do dymisji. Z gabinetu musiałby się też wyprowadzić minister skarbu. Jeśli polskie firmy państwowe i polski kapitał to jeszcze skarb, należałoby w trymiga wymienić ich strażnika. W przeciwnym razie za chwilę i skarbu nie będzie, i ministra do pilnowania też. Tak można by się pastwić jeszcze długo, tyle że sensu specjalnego tu nie ma. Premier o tym wie. Z jego rozmów z podwładnymi może być tylko taka pociecha, że dowiedzą się o tym sami zainteresowani, choć i w to wątpię. Trudno bowiem sobie wyobrazić Jarosława Kaczyńskiego rzeczywiście rugającego podczas takiej rozmowy Ludwika Dorna. Razem przeszli wiele.
Także (i piszę to bez ironii) naprawdę trudne chwile. Bycie razem w oblężonej, podsłuchiwanej, śledzonej i skłócanej twierdzy z pewnością cementuje. Tylko co to ma wspólnego z nowoczesnym, profesjonalnym rządzeniem? Więc ta, jak i wiele innych rozmów, w rzeczywistości pewnie dotyczyła zupełnie innych spraw. Na użytek publiczny nazwana została "oceniającą". Jeśli w tych rozmowach pojawiła się bądź pojawi się prawdziwa ocena, to powody do zadowolenia będą mieli nieliczni ministrowie. Pewnie miło pogawędzi się premierowi ze Zbigniewem Ziobro. Poruszenie skostniałego aparatu sprawiedliwości to jego zasługa. Jeśli do Polski wjedzie w kajdankach Edward Mazur, Ziobro będzie miał perłę w koronie plus szacunek ludzi, którzy pierwszy raz od dawna poczuli, że minister jest po ich stronie.
Czasem aż za bardzo, ale lepsze to niż obojętność urzędu. Z bałaganem w służbie zdrowia z nadludzkim wysiłkiem próbuje sobie radzić Zbigniew Religa. Pacjentów powinno cieszyć, że profesor okazał się człowiekiem wielu talentów i nie tylko kardiochirurgicznych. Z rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim powinien też wyjść zadowolony Kazimierz Michał Ujazdowski, bo polityka historyczna i kulturalna zaczynają coś oznaczać. Tylko pytanie, czy te rozmowy rzeczywiście dotyczyły tego, czego powinny? PiS dawno pokazał, że rządzi sprytniej niż poprzednicy. Arsenał sztuczek, którymi oddziaływuje na wyborców znacznie się poszerzył. Najwyraźniej zaliczono do nich tę kolejną, w myśl której dobry premier wzywa urzędników, by pochwalić albo pogrozić palcem. Czasem nawet zrugać i wyrzucić, bo wyborca musi wiedzieć, że ktoś czuwa - najlepiej na samej górze.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zobacz
|