"Nie mogę zgodzić się z tezą Guya Sormana byśmy mieli do czynienia z końcem ery dyktatorów. Kończą tylko ci, którzy umierają ze starości lub ci, z którymi nie jest po drodze administracji Busha." - pisze w "Fakcie" Siergiej Kowaliow, były rosyjski Rzecznik Praw Obywatelskich.
Polityczni liderzy USA wybierają wśród dyktatorów tych, którzy są na tyle głupi lub słabi, że Ameryka poradzi sobie z ich usunięciem. Jednocześnie z wieloma
innymi utrzymują w pełni przyjacielskie relacje. To jest stosowanie klasycznej realpolitik. Ta strategia mi się zupełnie nie podoba.
Oczywiście, uprawia ją nie tylko Ameryka. Nawet polska polityka nie jest od niej wolna. Cały świat z jednej strony głosi sprawiedliwe, uznane za powszechnie obowiązujące we wspólnocie międzynarodowej, wartości.
Jednak politycy wypierają się ich, gdy tylko okazuje się, że są bezsilni i nie potrafią szybko i skutecznie wprowadzić ich w życie. Zapominają o tych wartościach, gdy tylko okazuje się, że one są bardzo niewygodne dla praktyki politycznej.
Spójrzmy na relacje świata z Chinami. Wszyscy na wyścigi starają się nawiązać, jeśli nie przyjacielskie, to przynajmniej partnerskie stosunki z Pekinem. A czy Chiny naprawdę się zmieniły? Czy w Chinach szanuje się prawa człowieka? Czy przywódcy Chin żałują tego, co stało się w Tybecie i robią coś, by zmienić sytuację? Czy wyrazili skruchę za masakrę studentów na placu Tienanmen?
Nic podobnego! W polityce chińskiej nadal obowiązuje doktryna, że obozy knocentracyjne, tortury, zwalczanie opozycji to wewnętrzna sprawa tego kraju. A przecież społeczność międzynarodowa nieraz potwierdzała w licznych deklaracjach, że prawa człowieka to nie jest sprawa wewnętrzna jakiegokolwiek państwa.
Jednak jakoś nikt nie pali się, by powiedzieć o tym prezydentowi Jintao, czy premierowi Jiabao, bo Chiny to duży kraj mający nowoczesne uzbrojenie, w tym broń masowego rażenia. Chinami rządzi ideologia będąca prostą kontynuacją zbrodniczego maoizmu, a mimo to nikt nie wyklucza tego kraju ze stosunków międzynarodowych. Wszystko to mieści się bowiem w realpolitik.
Nie trzeba doszukiwać się szczególnych złych zamiarów prezydenta Busha, w tym, że kieruje się on ideologią "rury z ropą" w amerykańskiej polityce zagranicznej. To logiczne zachowanie z perspektywy Ameryki. Bush po prostu uważa, że tam, gdzie on i jego administracja nic nie mogą zdziałać, lepiej milczeć lub się zaprzyjaźnić.
Tak zrobił w przypadku Władimira Putina. A jednak uważam, że taka strategia do niczego dobrego nie doprowadzi. Akceptacja sytuacji w Rosji sprawia, że dyskusja na temat tego, że prawo powinno stanowić linię graniczną, której polityce nie wolno przekraczać, staje się jałowa.
Z jednej strony postuluje się co innego, a z drugiej akceptuje władzę, która za nic ma prawo, gdy wchodzi ono w drogę jej polityce. Władimir Putin o tym wie. Wie, że to, co robi będzie zaakceptowane, bo jest silny.
Władze Rosji żyją według dawnych marksistowskich zasad, że prawo to instrument polityki. Zachód patrzy na to przez palce. To jeden z najbardziej dotkliwych politycznych problemów współczesności. Dawno już uznano, że nasze współczesne polityczne realia wymagają nowego politycznego myślenia. Wszyscy niby się zgodzili.
Ale co tak naprawdę zmieniło się w naszym myśleniu politycznym? Kłamiemy jak kłamaliśmy i wszystkie nasze głoszone wartości potrzebne są tylko jako deklaracje bez pokrycia. Relacje Zachodu z panem Putinem są tego najlepszym przykładem. Tymczasem teraz to Rosja bardziej potrzebuje Zachodu niż Zachód jej.
Zachodni politycy grzeszą niewykorzystując tych okoliczności w celu domagania się zmian w rosyjskiej polityce wewnętrznej i zagranicznej. Zachód nie robi nic. Gdy rozmawiam z zachodnimi dyplomatami wprost, w końcu muszą przyznać, jaka jest prawda. I mówią, że nie liczą na sukces w wywieraniu wpływu na Rosję. Jedynie próbują pozwolić działać cichej dyplomacji. Bezpośrednie działania przynoszą tylko rozdrażnienie.
Czy ci ludzie nie pamiętają przykładów Związku Radzieckiego? Zawsze tak było. Putin odnawia sowiecką konstrukcję polityczną, tylko że w bardziej współczesnej, nowocześniejszej szacie. Tak że nic na tym polu się nie zmieniło. Do schyłku ery dyktatorów jeszcze bardzo nam daleko.
Siergiej Kowaliow, były rosyjski rzecznik praw obywatelskich, zasłynął z odwagi w upominaniu się o łamanie praw człowieka w Czeczenii i całej Rosji, były dysydent i więzień polityczny w czasach ZSRR, najbliższy przyjaciel noblisty i opozycjonisty Andrieja Sacharowa
Oczywiście, uprawia ją nie tylko Ameryka. Nawet polska polityka nie jest od niej wolna. Cały świat z jednej strony głosi sprawiedliwe, uznane za powszechnie obowiązujące we wspólnocie międzynarodowej, wartości.
Jednak politycy wypierają się ich, gdy tylko okazuje się, że są bezsilni i nie potrafią szybko i skutecznie wprowadzić ich w życie. Zapominają o tych wartościach, gdy tylko okazuje się, że one są bardzo niewygodne dla praktyki politycznej.
Spójrzmy na relacje świata z Chinami. Wszyscy na wyścigi starają się nawiązać, jeśli nie przyjacielskie, to przynajmniej partnerskie stosunki z Pekinem. A czy Chiny naprawdę się zmieniły? Czy w Chinach szanuje się prawa człowieka? Czy przywódcy Chin żałują tego, co stało się w Tybecie i robią coś, by zmienić sytuację? Czy wyrazili skruchę za masakrę studentów na placu Tienanmen?
Nic podobnego! W polityce chińskiej nadal obowiązuje doktryna, że obozy knocentracyjne, tortury, zwalczanie opozycji to wewnętrzna sprawa tego kraju. A przecież społeczność międzynarodowa nieraz potwierdzała w licznych deklaracjach, że prawa człowieka to nie jest sprawa wewnętrzna jakiegokolwiek państwa.
Jednak jakoś nikt nie pali się, by powiedzieć o tym prezydentowi Jintao, czy premierowi Jiabao, bo Chiny to duży kraj mający nowoczesne uzbrojenie, w tym broń masowego rażenia. Chinami rządzi ideologia będąca prostą kontynuacją zbrodniczego maoizmu, a mimo to nikt nie wyklucza tego kraju ze stosunków międzynarodowych. Wszystko to mieści się bowiem w realpolitik.
Nie trzeba doszukiwać się szczególnych złych zamiarów prezydenta Busha, w tym, że kieruje się on ideologią "rury z ropą" w amerykańskiej polityce zagranicznej. To logiczne zachowanie z perspektywy Ameryki. Bush po prostu uważa, że tam, gdzie on i jego administracja nic nie mogą zdziałać, lepiej milczeć lub się zaprzyjaźnić.
Tak zrobił w przypadku Władimira Putina. A jednak uważam, że taka strategia do niczego dobrego nie doprowadzi. Akceptacja sytuacji w Rosji sprawia, że dyskusja na temat tego, że prawo powinno stanowić linię graniczną, której polityce nie wolno przekraczać, staje się jałowa.
Z jednej strony postuluje się co innego, a z drugiej akceptuje władzę, która za nic ma prawo, gdy wchodzi ono w drogę jej polityce. Władimir Putin o tym wie. Wie, że to, co robi będzie zaakceptowane, bo jest silny.
Władze Rosji żyją według dawnych marksistowskich zasad, że prawo to instrument polityki. Zachód patrzy na to przez palce. To jeden z najbardziej dotkliwych politycznych problemów współczesności. Dawno już uznano, że nasze współczesne polityczne realia wymagają nowego politycznego myślenia. Wszyscy niby się zgodzili.
Ale co tak naprawdę zmieniło się w naszym myśleniu politycznym? Kłamiemy jak kłamaliśmy i wszystkie nasze głoszone wartości potrzebne są tylko jako deklaracje bez pokrycia. Relacje Zachodu z panem Putinem są tego najlepszym przykładem. Tymczasem teraz to Rosja bardziej potrzebuje Zachodu niż Zachód jej.
Zachodni politycy grzeszą niewykorzystując tych okoliczności w celu domagania się zmian w rosyjskiej polityce wewnętrznej i zagranicznej. Zachód nie robi nic. Gdy rozmawiam z zachodnimi dyplomatami wprost, w końcu muszą przyznać, jaka jest prawda. I mówią, że nie liczą na sukces w wywieraniu wpływu na Rosję. Jedynie próbują pozwolić działać cichej dyplomacji. Bezpośrednie działania przynoszą tylko rozdrażnienie.
Czy ci ludzie nie pamiętają przykładów Związku Radzieckiego? Zawsze tak było. Putin odnawia sowiecką konstrukcję polityczną, tylko że w bardziej współczesnej, nowocześniejszej szacie. Tak że nic na tym polu się nie zmieniło. Do schyłku ery dyktatorów jeszcze bardzo nam daleko.
Siergiej Kowaliow, były rosyjski rzecznik praw obywatelskich, zasłynął z odwagi w upominaniu się o łamanie praw człowieka w Czeczenii i całej Rosji, były dysydent i więzień polityczny w czasach ZSRR, najbliższy przyjaciel noblisty i opozycjonisty Andrieja Sacharowa
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl