Dziennik Gazeta Prawana logo

"Afganistan: misja specjalna"

12 października 2007, 15:24
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
"Talibowie uważają, że współpraca ekonomiczna ze światem i praktyczna edukacja nie są zgodne z islamem. Szkoły powinny uczyć wyłącznie religii i być przeznaczone tylko dla chłopców" - pisze w DZIENNIKU James Dunnigan, amerykański ekspert wojskowy.
W Afganistanie przebywa obecnie 40 tysięcy żołnierzy amerykańskich i natowskich, ale proporcjonalnie najwięcej zabitych nieprzyjaciół ma na swoim koncie ledwie dwa tysiące komandosów, w tym jedna trzecia z amerykańskich sił specjalnych. Od pięciu lat w kraju tym trwa swoista olimpiada dla komandosów.

W ciągu ostatnich miesięcy, do późnej jesieni, przeprowadzono całą serię operacji przeciwko talibom. Większość z nich polegała na tym, że komandosi namierzali wrogie oddziały, nakierowywali na nie bomby, a potem wzywali wojska amerykańskie, natowskie lub afgańskie, żeby dobiły wroga.

W tego typu akcjach poległo około połowy z czterech tysięcy zeszłorocznych ofiar po stronie talibów. 40 proc. z tych strat talibowie zanotowali podczas jednej tylko operacji "Meduza", która odbyła się we wrześniu w prowincji Kandahar. Miała ona na celu udaremnienie ich planów przejęcia kontroli nad terenami wokół Kandaharu - tradycyjnej "stolicy" talibów i być może tymczasowo także nad samym miastem.

Wojska koalicyjne odniosły zdecydowane zwycięstwo, głównie za sprawą międzynarodowych oddziałów komandosów. Polski oddział GROM będzie brał udział w podobnych operacjach. Nawiasem mówiąc, Polacy po raz pierwszy od II wojny światowej będą walczyli ramię w ramię z Niemcami po tej samej stronie.

Talibowie ogłosili, że ich ubiegłoroczne działania zakończyły się sukcesem, chociaż prawie trzy tysiące islamskich bojowników zginęło, a jeszcze więcej odniosło rany. Teraz walki ustały ze względu na trudne warunki zimowe.

Mimo tych ofiar talibowie nie będą jednak mieli problemów z werbowaniem kolejnych ochotników: płacą bowiem więcej niż afgańska armia i policja. Pieniądze na ten cel pochodzą od baronów narkotykowych i bogatych Arabów znad Zatoki Perskiej, zwolenników radykalnej odmiany islamu.

Talibowie wymuszają współpracę lokalnych plemion. Ich taktyka polega na kontrolowaniu wiosek i miast, ale w taki sposób, by nie dać się przy tym zlikwidować wojskom afgańskim lub natowskim. Najbardziej obawiają się oni właśnie komandosów i lotnictwa.

Bezzałogowe aparaty latające (UAV) mogą bardzo długo przebywać nad danym obszarem, śledząc podejrzane ruchy. Kiedy wytropią talibów, uderzają komandosi. Dzięki lepszemu wyszkoleniu bojowemu i wyposażeniu rozbijają całe ich oddziały, często liczące nawet kilkuset bojowników.

Talibowie rzecz jasna nie czekają na zmasakrowanie, stosują technikę rozpraszania sił. Ale nawet wtedy nie są bezpieczni, dzięki amerykańskiemu rozpoznaniu powietrznemu próby ucieczki samochodami są bardzo niebezpieczne, z kolei przemieszczających się piechurów stosunkowo łatwo mogą doścignąć komandosi.

Ponieważ wielu żołnierzy talibów pochodzi z Pakistanu i nie zna terenu, metoda rozpraszania sił nie zawsze się sprawdza. Skutkiem tego pakistańscy talibowie całymi setkami giną podczas tych operacji, wzięci w pułapkę na obcym terenie.

Mówiąc o "zwycięstwie" w 2006 roku, talibowie mają na myśli to, że większość z nich przeżyła oraz że udało im się spalić wiele szkół, zamordować wielu nauczycieli, zlikwidować kilkuset Afgańczyków, którzy nie chcieli z nimi współpracować oraz zabić 56 zagranicznych wojskowych, jak również kilkuset afgańskich żołnierzy i policjantów.

Śmierć każdego wroga talibowie przypłacili jednak dziesięcioma ofiarami po swojej stronie. Poza tym wzbudzili gniew wielu Afgańczyków, którzy mają dość wojny.

W Afganistanie działają nie tylko taibowie, ale także wiele innych sił wrogich koalicji: baronowie narkotykowi, wodzowie plemion produkujących opium i heroinę. Talibowie tolerują gangi narkotykowe, ponieważ zostały przez nich opodatkowane i są źródłem finansowania wojny. Natomiast rząd znajduje się pod silną presją, aby zdławić przemysł narkotykowy, ale nie jest to łatwe zadanie.

Wielu Afgańczyków targanych jest sprzecznościami. Z jednej strony pragną żyć w pokoju, edukować swoje dzieci, oczekują rozwoju gospodarczego, z drugiej zaś trybalizm i konserwatyzm obyczajowy od tysięcy lat stanowią opokę ich życia. Zmiany ich przerażają. Demokracja ma dla nich swoje zalety, ale duże pieniądze z handlu narkotykami dają rezultaty szybciej.

Wojska NATO przynoszą na swoich bagnetach zmiany i wielu Afgańczyków walczy właśnie z nadchodzącym "nowym". Z pewnością nie jest to typowa wojna.

James Dunnigan, specjalista wywiadu wojskowego USA
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj