"Wśród planów Rokity są propozycje wyraźnie sprzeczne z tym, czego chce PiS. Są i pomysły zgłaszane wyraźnie pod publiczkę, a czasem niespójne z wizją państwa, którą głosi sam Rokita" - pisze w DZIENNIKU publicysta Piotr Zaremba.
W "Alfabecie Rokity" jego bohater wyznał, że najbardziej pasowałyby do niego urzędnicze zarękawki. Tak się jednak złożyło, że widzimy tego
polityka z reguły ze szpadą. A to na kogoś naciera, a to się przed kimś osłania. Zarękawki czekają nieużywane.
Jan Rokita może tylko oglądać przechowywaną w domu pieczęć, którą przystawiał na dokumentach w zastępstwie premier Suchockiej jako szef Urzędu Rady Ministrów. To było czternaście lat temu.
Tym razem jednak Rokita podjął walkę nie za pomocą szpady. Nie z użyciem ostrych słów, zjadliwych docinków, zręcznie podobieranych dowcipów. Wyciągnął nagle na stół opasłe tomiszcze ze swoim rządowym programem? O co wojuje za jego pomocą? O stworzenie własnej partii? A może - jak napisał w "Dzienniku" Michał Karnowski - składa ofertę zarówno liderom swojego obecnego ugrupowania, jak i braciom Kaczyńskim?
Zauważcie mnie i doceńcie - możecie mieć moje opracowania na swoje usługi, ale też mogę wykazać dzięki nim waszą programową pustkę.
Można odnieść wrażenie, że Rokita jest coraz bliższy opuszczenia Platformy, a zupełnie niegotowy na ściślejszy związek z rządem Jarosława Kaczyńskiego. Może więc program ten szykuje niczym posag panny, która wie, że będzie wyczekiwała na wybranka jeszcze przez długi czas. Dziś może nikt go uważnie nie przeczyta.
Za kilka lat i owszem - inni politycy sięgną po ten dorobek w momencie kryzysu. Kto sięgnie? Nie wiadomo. Bo choć scena polityczna jest stabilniejsza niż kilka lat temu, dramatycznych zawirowań, choćby w łonie istniejących ugrupowań, wykluczyć nie sposób.
Mnie co najmniej równie mocno, jak spekulacje na temat celów Rokity, zaintrygowała zawartość opasłego tomu. Bo Rokita nie jest Leszkiem Millerem, który kazał zapełnić tony papieru szczegółowymi scenariuszami rządzenia, aby zaraz po zwycięstwie w wyborach pozamykać je na klucz w szufladach.
Odkurzanie programu
Jan Rokita to polityk dający się ponieść często temperamentowi i ambicjom, ale też traktujący serio proces rządzenia.
Zdaniem obu Kaczyńskich - dawali temu kilkakrotnie wyraz - nawet zbyt mocno przywiązany do wymyślonych przez siebie modeli. Odpłaca im się opinią, że bracia są skoncentrowani na zmianach kadrowych i ideologicznych hasłach, nie przykładają zaś nadmiernej wagi do przekształcania instytucji. Z kolei Tuskowi Rokita zarzuca ostatnio wyłącznie rytualne zaprzeczanie temu, co mówi i robi PiS.
Sam zastanawia się, co uczynić, aby Polska było skutecznie i dobrze rządzona. Polityków, którzy myślą o tym serio, można w Polsce policzyć na palcach jednej, no może dwóch rąk. Polityków, którzy chcą naprawdę rządzić, a nie uprawiać polityczną publicystykę, jest jeszcze mniej.
Dlatego, przy całej doraźności odkurzenia rządowego programu Jana Rokity, nie należy ignorować tego, co tam zapisał. To prawda, jest mu on dziś potrzebny w rozgrywce z całym nieomal politycznym światem. Ale w jednym Rokita ma niewątpliwie rację.
Reformatorski wstrząs wywołany aferą Rywina i kryzysem wiary w skuteczność i uczciwość polskiego państwa dał na razie zadziwiająco mało. Nie było żadnych reformatorskich "stu dni", żadnego pakietu naprawczych ustaw. Na początku media i opozycja przestrzegały przed chybotaniem podstawami państwa.
Ja słyszę od ekipy Kaczyńskiego głównie niejasne zapowiedzi remontu. No, jestem trochę niesprawiedliwy. Tu i ówdzie - w MSWiA, w resorcie sprawiedliwości, u minister Gęsickiej zajmującej się rozdziałem unijnych środków - zaczęto stukać w ściany.
Zwolennicy tezy, że prawie nic nie wymaga w Polsce korekty, bo III RP to ideał, szydzą dzisiaj otwarcie z bezsilności "rewolucjonistów". A partia rządząca, prezentując urzędowy optymizm, nieoficjalnie powołuje się na tysiące powodów swojej niepełnej skuteczności. Mają nimi być: garb niechcianej koalicji z LPR i Samoobroną, a również i tak zwany opór materii.
Brak odpowiednich kadr, obstrukcja niespragnionych reform starych urzędników, siła korporacyjnych interesów, które trudno przełamywać, zwłaszcza przy równoczesnych permanentnych awanturach z mediami i wpływowymi środowiskami.
Czy z tego powodu łatwiej było zlikwidować WSI, niż na przykład przygotować reformę budżetu państwa, tak żeby o wydatkach decydowały zadania, a nie pozycja poszczególnych resortów w budżecie ubiegłorocznym? To pierwsze zrobiono dość szybko jedną ustawą. To drugie jest wciąż przedmiotem "studiów" o niewiadomym skutku.
Inny przykład: czy pozabudżetowych agencji i funduszów nie da się zlikwidować, bo - jak przebąkują dzisiaj politycy PiS - wiele z nich jest potrzebnych do zagospodarowania unijnych środków? Czy może również dlatego, że, dla przykładu, gdy Zyta Gilowska chciała ruszyć wojewódzkie fundusze ochrony środowiska, opór stawił zagnieżdżony w nich również PiS-owski aparat.
Administrowanie zamiast reform
Jedno widać gołym okiem: przy zachowaniu radykalnej retoryki premier Kaczyński zamienił się w administratora próbującego załatwiać raczej to, co nie wymaga natychmiastowej zmiany prawa. Ten administrator zawiera nieustanne kompromisy: z urzędniczym aparatem, z własną wizją świata, wreszcie z interesami własnej partii i własnego elektoratu. Pilnuje spraw często ważnych, na przykład lepszych zasad wykorzystania unijnych pieniędzy. Ale niewątpliwie nie rusza wielu istotnych elementów państwa. W obawie, aby nie rozsypało mu się w rękach? A może wręcz zawaliło, przygniatając jego i jego partię?
Na tym tle Rokita zza stolika recenzenta sypie swobodnie tytułami i pomysłami. Zapowiada i budżet zadaniowy, i rozprawę z marnotrawnymi agencjami. Wiele z jego propozycji jest tak oczywistych, że chciałoby mu się przyklasnąć.
Afera Rywina i inne, ujawnione mniej więcej w tym samym czasie skandale z niedopuszczalnym lobbingiem, wywołały jeszcze w poprzednim parlamencie falę obietnic gruntownej reformy systemu stanowienia prawa. Takie zapowiedzi pojawiały się wielokrotnie, zwłaszcza gdy okazywało się, że parlament wyprodukował kolejnego bubla albo na którejś z komisji jakieś lobby podrzuciło mu kukułcze jajo w postaci sponsorowanego przez kogoś paragrafu.
Takie sugestie wpisano też, co prawda bez konkretów, do końcowego raportu rywinowskiej komisji śledczej. I co? I nic! Tak jak nie postawiono Leszka Millera przed Trybunałem Stanu, tak nie spróbowano załatwić tej sprawy. Partia rządząca uznała to za problem marginalny. Właściwie techniczny. Rokita tak nie uważa.
Przypadek Romana Kluski, ostatnio dowartościowanego przez premiera kurtuazyjnym spotkaniem, to z kolei historia przemocy urzędów wobec jednostki.
Reformatorzy powinni z niej wyciągnąć trwalsze nauki i zwiększyć odpowiedzialność urzędników publicznych własnym majątkiem i karierą. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
PiS stoi na straży interesów urzędniczej korporacji? A może jedynie uważa, że starcie z nią jest ponad jego siły? Rokita proponuje ustawę o sanacji życia publicznego. Poza konkretnymi zapisami dyscyplinującymi administrację miałaby ona rangę symbolu. Można zakładać, że pomimo wszystkich zniechęcających bijatyk i zgniłych kompromisów ostatniego roku znaczna część Polaków wciąż czeka na taki symbol.
Wśród planów Rokity są propozycje wyraźnie sprzeczne z tym, czego chce PiS. Dzieli ich wszak wiele różnic co do zasadniczych wartości, na przykład decentralizacja kontra silne państwo. Są i pomysły zgłaszane wyraźnie pod publiczkę, a czasem niespójne z wizją państwa, którą głosi sam Rokita.
Czy rzeczywiście rząd powinien się wyzbywać wpływu na decyzje prokuratury? I czy to sądy są najwłaściwszą instytucją, aby nadzorować prokuratorów? A taka propozycja znalazła się także w jego pakiecie.
Przecież o determinacji w walce z przestępczością powinna decydować wola polityczna wyłonionej w demokratycznych wyborach ekipy, a nie korporacyjna zmowa prawników. Ryzyko sterowania prokuraturą na telefon przez polityków jest realne i może należałoby szukać na nie recepty, nie burząc dotychczasowego systemu.
Na przykład powołując - Rokita to kiedyś proponował - instytucję niezależnych oskarżycieli wyłączonych ze zwykłej prokuratorskiej hierarchii i zajmujących się drażliwymi politycznie śledztwami.
Za to uniezależnienie prokuratury od ministra sprawiedliwości wydaje się ślepym zaułkiem. Co zabawniejsze, Jan Rokita kiedyś głosił pogląd, który teraz zwalcza. Głosił, bo miał świadomość, że sprężysty zorganizowany hierarchicznie system prokuratury jest mimo wszystko lepszą receptą na bezsilność i apatię obecnego wymiaru sprawiedliwości. Dziś jednak szermuje tą reformą chyba głównie na przekór rządzącym.
Opór materii
Nie zmienia to tego, że w wielu jego pomysłach widać świeżość, którą w Polsce zatraca każda kolejna ekipa rządząca. Czy to wynika tylko z oportunizmu lub braku kwalifikacji rządzących? Niekoniecznie. W każdym razie nie tylko.
Opór materii jest czymś realnym. Doznałby go również Rokita, gdyby zza recenzenckiego stolika przesiadł się na fotel rządowy. Więcej, już go doznał. Na przykład przekonując bezskutecznie klub Platformy Obywatelskiej do projektu "sanacji życia publicznego".
Na razie to jednak PiS ma oczywisty kłopot z wyzwoleniem się z okowów codziennej rutyny. Nie zawsze dlatego, że - jak głosi opozycja - zajęło się samym tylko konsumowaniem władzy (choć ten problem także istnieje).
Wręcz instruktywnym przykładem jest dotychczasowy bilans PiS-owskiego szefa MSWiA Ludwika Dorna. Trudno mu odmówić poważnego traktowania własnej misji. Przygotowywał się do objęcia stanowiska przez wiele miesięcy, studiując temat i szykując wiele zmian wręcz rewolucyjnych. A jednak...
Jeszcze za rządów lewicy Dorn sugerował nawet likwidację biurokratycznej Komendy Głównej Policji. O tym zapomniano najszybciej. Ale już po wygranych wyborach wiceminister tego resortu Władysław Stasiak zapowiadał utrudnienia w uzyskiwaniu zwolnień lekarskich przez policjantów nagminnie pracujących w tym czasie na drugim etacie.
Z tych zapowiedzi nie pozostało wiele. Zniknęły wraz z wiceministrem Stasiakiem.
Skruszyły się w zderzeniu z korporacyjnym oporem policyjnego "stanu".
Czy należy obwiniać za to Dorna? Trzeba przyznać, że równocześnie za jego czasów skuteczność policyjnych akcji znacznie wzrosła. Wykazują to statystyki. Pierwszy efekt - okopania się na ministerialnych pozycjach i skutecznego ręcznego sterowania - został więc osiągnięty. Można jednak mieć wrażenie, że bojąc się oporu policji, która może przecież pracować lepiej lub gorzej, urzędnicy MSWiA nie chcą pójść dalej. Stąd obecność tak wielu byłych funkcjonariuszy policji na cywilnych stanowiskach stworzonych po to, aby policję nadzorować.
Wszyscy ci ludzie dbają o to, aby ich kolegom nie stała się nadmierna krzywda. Niezależnie, co o tym myśli minister Dorn.
Pobudka dla polityków
Piszę to bez złośliwości. Dorn jest jednym z bardziej pracowitych i bezinteresownych członków rządu. Co więcej, próbuje restrukturyzować policję tak, żeby mniej było w niej biurokracji, a cywilni de facto pracownicy nie korzystali z przywilejów, jakie dają policyjne etaty. Tyle że robi to wolno. Krok po kroku.
To lekcja, jak najlepsze modele ulegają zniekształceniom w zderzeniu z rzeczywistością. Trudno orzec - powtórzę to raz jeszcze - jak zniósłby taką lekcję Jan Rokita.
Ale przy wszystkich przerysowaniach i naiwnościach przygotowanego przez niego tekstu warto potraktować jego pakiet choćby jako materiał do dyskusji. Jako okazję do wyrwania klasy politycznej z letargu. Będzie jednak dokładnie odwrotnie. Nikt tych propozycji nie potraktuje poważnie. Nie przejmie, nawet w złej wierze, aby je wykorzystać dla własnego interesu.
Twardzi zwolennicy III RP uznają je za demagogię albo będą - jak Witold Gadomski w "Gazecie Wyborczej" - pogrążać ten tekst rozważaniami, jak dalece jest podobny do programu PiS.
Trudno zresztą liczyć na rzetelne recenzje. Żadna sensowna debata o państwie dziś się nie toczy albo toczy gdzieś półgębkiem na marginesie rytualnych wygrażań. Rządzącym nie wypomina się, czego nie zrobili albo co robią zbyt wolno. Łatwiej porównać ich do Gomułki czy Putina, impregnując w konsekwencji na wszelką krytykę.
Z kolei politycy PiS przyjmą go ze zdawkowym zainteresowaniem, dopóki Rokita będzie dla nich cenny jako narzędzie do skrzywdzenia Platformy. Ale tak naprawdę ocenią ten tekst jako przejaw niedoceniania ich dobrej woli i wysiłków. A kierownictwo PO potraktuje go, choć nieco wstydliwie, jako przejaw warcholstwa zmarginalizowanego polityka.
Wszyscy pogratulują sobie dobrego samopoczucia - odegrali wszak swoje role. Pójdą spać. Aż do następnego poważnego kryzysu zaufania do polskiego państwa.
Jan Rokita może tylko oglądać przechowywaną w domu pieczęć, którą przystawiał na dokumentach w zastępstwie premier Suchockiej jako szef Urzędu Rady Ministrów. To było czternaście lat temu.
Tym razem jednak Rokita podjął walkę nie za pomocą szpady. Nie z użyciem ostrych słów, zjadliwych docinków, zręcznie podobieranych dowcipów. Wyciągnął nagle na stół opasłe tomiszcze ze swoim rządowym programem? O co wojuje za jego pomocą? O stworzenie własnej partii? A może - jak napisał w "Dzienniku" Michał Karnowski - składa ofertę zarówno liderom swojego obecnego ugrupowania, jak i braciom Kaczyńskim?
Zauważcie mnie i doceńcie - możecie mieć moje opracowania na swoje usługi, ale też mogę wykazać dzięki nim waszą programową pustkę.
Można odnieść wrażenie, że Rokita jest coraz bliższy opuszczenia Platformy, a zupełnie niegotowy na ściślejszy związek z rządem Jarosława Kaczyńskiego. Może więc program ten szykuje niczym posag panny, która wie, że będzie wyczekiwała na wybranka jeszcze przez długi czas. Dziś może nikt go uważnie nie przeczyta.
Za kilka lat i owszem - inni politycy sięgną po ten dorobek w momencie kryzysu. Kto sięgnie? Nie wiadomo. Bo choć scena polityczna jest stabilniejsza niż kilka lat temu, dramatycznych zawirowań, choćby w łonie istniejących ugrupowań, wykluczyć nie sposób.
Mnie co najmniej równie mocno, jak spekulacje na temat celów Rokity, zaintrygowała zawartość opasłego tomu. Bo Rokita nie jest Leszkiem Millerem, który kazał zapełnić tony papieru szczegółowymi scenariuszami rządzenia, aby zaraz po zwycięstwie w wyborach pozamykać je na klucz w szufladach.
Odkurzanie programu
Jan Rokita to polityk dający się ponieść często temperamentowi i ambicjom, ale też traktujący serio proces rządzenia.
Zdaniem obu Kaczyńskich - dawali temu kilkakrotnie wyraz - nawet zbyt mocno przywiązany do wymyślonych przez siebie modeli. Odpłaca im się opinią, że bracia są skoncentrowani na zmianach kadrowych i ideologicznych hasłach, nie przykładają zaś nadmiernej wagi do przekształcania instytucji. Z kolei Tuskowi Rokita zarzuca ostatnio wyłącznie rytualne zaprzeczanie temu, co mówi i robi PiS.
Sam zastanawia się, co uczynić, aby Polska było skutecznie i dobrze rządzona. Polityków, którzy myślą o tym serio, można w Polsce policzyć na palcach jednej, no może dwóch rąk. Polityków, którzy chcą naprawdę rządzić, a nie uprawiać polityczną publicystykę, jest jeszcze mniej.
Dlatego, przy całej doraźności odkurzenia rządowego programu Jana Rokity, nie należy ignorować tego, co tam zapisał. To prawda, jest mu on dziś potrzebny w rozgrywce z całym nieomal politycznym światem. Ale w jednym Rokita ma niewątpliwie rację.
Reformatorski wstrząs wywołany aferą Rywina i kryzysem wiary w skuteczność i uczciwość polskiego państwa dał na razie zadziwiająco mało. Nie było żadnych reformatorskich "stu dni", żadnego pakietu naprawczych ustaw. Na początku media i opozycja przestrzegały przed chybotaniem podstawami państwa.
Ja słyszę od ekipy Kaczyńskiego głównie niejasne zapowiedzi remontu. No, jestem trochę niesprawiedliwy. Tu i ówdzie - w MSWiA, w resorcie sprawiedliwości, u minister Gęsickiej zajmującej się rozdziałem unijnych środków - zaczęto stukać w ściany.
Zwolennicy tezy, że prawie nic nie wymaga w Polsce korekty, bo III RP to ideał, szydzą dzisiaj otwarcie z bezsilności "rewolucjonistów". A partia rządząca, prezentując urzędowy optymizm, nieoficjalnie powołuje się na tysiące powodów swojej niepełnej skuteczności. Mają nimi być: garb niechcianej koalicji z LPR i Samoobroną, a również i tak zwany opór materii.
Brak odpowiednich kadr, obstrukcja niespragnionych reform starych urzędników, siła korporacyjnych interesów, które trudno przełamywać, zwłaszcza przy równoczesnych permanentnych awanturach z mediami i wpływowymi środowiskami.
Czy z tego powodu łatwiej było zlikwidować WSI, niż na przykład przygotować reformę budżetu państwa, tak żeby o wydatkach decydowały zadania, a nie pozycja poszczególnych resortów w budżecie ubiegłorocznym? To pierwsze zrobiono dość szybko jedną ustawą. To drugie jest wciąż przedmiotem "studiów" o niewiadomym skutku.
Inny przykład: czy pozabudżetowych agencji i funduszów nie da się zlikwidować, bo - jak przebąkują dzisiaj politycy PiS - wiele z nich jest potrzebnych do zagospodarowania unijnych środków? Czy może również dlatego, że, dla przykładu, gdy Zyta Gilowska chciała ruszyć wojewódzkie fundusze ochrony środowiska, opór stawił zagnieżdżony w nich również PiS-owski aparat.
Administrowanie zamiast reform
Jedno widać gołym okiem: przy zachowaniu radykalnej retoryki premier Kaczyński zamienił się w administratora próbującego załatwiać raczej to, co nie wymaga natychmiastowej zmiany prawa. Ten administrator zawiera nieustanne kompromisy: z urzędniczym aparatem, z własną wizją świata, wreszcie z interesami własnej partii i własnego elektoratu. Pilnuje spraw często ważnych, na przykład lepszych zasad wykorzystania unijnych pieniędzy. Ale niewątpliwie nie rusza wielu istotnych elementów państwa. W obawie, aby nie rozsypało mu się w rękach? A może wręcz zawaliło, przygniatając jego i jego partię?
Na tym tle Rokita zza stolika recenzenta sypie swobodnie tytułami i pomysłami. Zapowiada i budżet zadaniowy, i rozprawę z marnotrawnymi agencjami. Wiele z jego propozycji jest tak oczywistych, że chciałoby mu się przyklasnąć.
Afera Rywina i inne, ujawnione mniej więcej w tym samym czasie skandale z niedopuszczalnym lobbingiem, wywołały jeszcze w poprzednim parlamencie falę obietnic gruntownej reformy systemu stanowienia prawa. Takie zapowiedzi pojawiały się wielokrotnie, zwłaszcza gdy okazywało się, że parlament wyprodukował kolejnego bubla albo na którejś z komisji jakieś lobby podrzuciło mu kukułcze jajo w postaci sponsorowanego przez kogoś paragrafu.
Takie sugestie wpisano też, co prawda bez konkretów, do końcowego raportu rywinowskiej komisji śledczej. I co? I nic! Tak jak nie postawiono Leszka Millera przed Trybunałem Stanu, tak nie spróbowano załatwić tej sprawy. Partia rządząca uznała to za problem marginalny. Właściwie techniczny. Rokita tak nie uważa.
Przypadek Romana Kluski, ostatnio dowartościowanego przez premiera kurtuazyjnym spotkaniem, to z kolei historia przemocy urzędów wobec jednostki.
Reformatorzy powinni z niej wyciągnąć trwalsze nauki i zwiększyć odpowiedzialność urzędników publicznych własnym majątkiem i karierą. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
PiS stoi na straży interesów urzędniczej korporacji? A może jedynie uważa, że starcie z nią jest ponad jego siły? Rokita proponuje ustawę o sanacji życia publicznego. Poza konkretnymi zapisami dyscyplinującymi administrację miałaby ona rangę symbolu. Można zakładać, że pomimo wszystkich zniechęcających bijatyk i zgniłych kompromisów ostatniego roku znaczna część Polaków wciąż czeka na taki symbol.
Wśród planów Rokity są propozycje wyraźnie sprzeczne z tym, czego chce PiS. Dzieli ich wszak wiele różnic co do zasadniczych wartości, na przykład decentralizacja kontra silne państwo. Są i pomysły zgłaszane wyraźnie pod publiczkę, a czasem niespójne z wizją państwa, którą głosi sam Rokita.
Czy rzeczywiście rząd powinien się wyzbywać wpływu na decyzje prokuratury? I czy to sądy są najwłaściwszą instytucją, aby nadzorować prokuratorów? A taka propozycja znalazła się także w jego pakiecie.
Przecież o determinacji w walce z przestępczością powinna decydować wola polityczna wyłonionej w demokratycznych wyborach ekipy, a nie korporacyjna zmowa prawników. Ryzyko sterowania prokuraturą na telefon przez polityków jest realne i może należałoby szukać na nie recepty, nie burząc dotychczasowego systemu.
Na przykład powołując - Rokita to kiedyś proponował - instytucję niezależnych oskarżycieli wyłączonych ze zwykłej prokuratorskiej hierarchii i zajmujących się drażliwymi politycznie śledztwami.
Za to uniezależnienie prokuratury od ministra sprawiedliwości wydaje się ślepym zaułkiem. Co zabawniejsze, Jan Rokita kiedyś głosił pogląd, który teraz zwalcza. Głosił, bo miał świadomość, że sprężysty zorganizowany hierarchicznie system prokuratury jest mimo wszystko lepszą receptą na bezsilność i apatię obecnego wymiaru sprawiedliwości. Dziś jednak szermuje tą reformą chyba głównie na przekór rządzącym.
Opór materii
Nie zmienia to tego, że w wielu jego pomysłach widać świeżość, którą w Polsce zatraca każda kolejna ekipa rządząca. Czy to wynika tylko z oportunizmu lub braku kwalifikacji rządzących? Niekoniecznie. W każdym razie nie tylko.
Opór materii jest czymś realnym. Doznałby go również Rokita, gdyby zza recenzenckiego stolika przesiadł się na fotel rządowy. Więcej, już go doznał. Na przykład przekonując bezskutecznie klub Platformy Obywatelskiej do projektu "sanacji życia publicznego".
Na razie to jednak PiS ma oczywisty kłopot z wyzwoleniem się z okowów codziennej rutyny. Nie zawsze dlatego, że - jak głosi opozycja - zajęło się samym tylko konsumowaniem władzy (choć ten problem także istnieje).
Wręcz instruktywnym przykładem jest dotychczasowy bilans PiS-owskiego szefa MSWiA Ludwika Dorna. Trudno mu odmówić poważnego traktowania własnej misji. Przygotowywał się do objęcia stanowiska przez wiele miesięcy, studiując temat i szykując wiele zmian wręcz rewolucyjnych. A jednak...
Jeszcze za rządów lewicy Dorn sugerował nawet likwidację biurokratycznej Komendy Głównej Policji. O tym zapomniano najszybciej. Ale już po wygranych wyborach wiceminister tego resortu Władysław Stasiak zapowiadał utrudnienia w uzyskiwaniu zwolnień lekarskich przez policjantów nagminnie pracujących w tym czasie na drugim etacie.
Z tych zapowiedzi nie pozostało wiele. Zniknęły wraz z wiceministrem Stasiakiem.
Skruszyły się w zderzeniu z korporacyjnym oporem policyjnego "stanu".
Czy należy obwiniać za to Dorna? Trzeba przyznać, że równocześnie za jego czasów skuteczność policyjnych akcji znacznie wzrosła. Wykazują to statystyki. Pierwszy efekt - okopania się na ministerialnych pozycjach i skutecznego ręcznego sterowania - został więc osiągnięty. Można jednak mieć wrażenie, że bojąc się oporu policji, która może przecież pracować lepiej lub gorzej, urzędnicy MSWiA nie chcą pójść dalej. Stąd obecność tak wielu byłych funkcjonariuszy policji na cywilnych stanowiskach stworzonych po to, aby policję nadzorować.
Wszyscy ci ludzie dbają o to, aby ich kolegom nie stała się nadmierna krzywda. Niezależnie, co o tym myśli minister Dorn.
Pobudka dla polityków
Piszę to bez złośliwości. Dorn jest jednym z bardziej pracowitych i bezinteresownych członków rządu. Co więcej, próbuje restrukturyzować policję tak, żeby mniej było w niej biurokracji, a cywilni de facto pracownicy nie korzystali z przywilejów, jakie dają policyjne etaty. Tyle że robi to wolno. Krok po kroku.
To lekcja, jak najlepsze modele ulegają zniekształceniom w zderzeniu z rzeczywistością. Trudno orzec - powtórzę to raz jeszcze - jak zniósłby taką lekcję Jan Rokita.
Ale przy wszystkich przerysowaniach i naiwnościach przygotowanego przez niego tekstu warto potraktować jego pakiet choćby jako materiał do dyskusji. Jako okazję do wyrwania klasy politycznej z letargu. Będzie jednak dokładnie odwrotnie. Nikt tych propozycji nie potraktuje poważnie. Nie przejmie, nawet w złej wierze, aby je wykorzystać dla własnego interesu.
Twardzi zwolennicy III RP uznają je za demagogię albo będą - jak Witold Gadomski w "Gazecie Wyborczej" - pogrążać ten tekst rozważaniami, jak dalece jest podobny do programu PiS.
Trudno zresztą liczyć na rzetelne recenzje. Żadna sensowna debata o państwie dziś się nie toczy albo toczy gdzieś półgębkiem na marginesie rytualnych wygrażań. Rządzącym nie wypomina się, czego nie zrobili albo co robią zbyt wolno. Łatwiej porównać ich do Gomułki czy Putina, impregnując w konsekwencji na wszelką krytykę.
Z kolei politycy PiS przyjmą go ze zdawkowym zainteresowaniem, dopóki Rokita będzie dla nich cenny jako narzędzie do skrzywdzenia Platformy. Ale tak naprawdę ocenią ten tekst jako przejaw niedoceniania ich dobrej woli i wysiłków. A kierownictwo PO potraktuje go, choć nieco wstydliwie, jako przejaw warcholstwa zmarginalizowanego polityka.
Wszyscy pogratulują sobie dobrego samopoczucia - odegrali wszak swoje role. Pójdą spać. Aż do następnego poważnego kryzysu zaufania do polskiego państwa.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|