"To żarty, że teraz w Polsce jest bezpieczniej niż przed kilku laty, jak z dumą ogłasza to szef MSWiA Ludwik Dorn" - pisze w DZIENNIKU publicysta Jerzy Jachowicz.
Bo to, że spadła nieco liczba przestępstw, to nie znaczy, że możemy czuć się bezpieczniej.
Kiedy wychodzę z domu, to mimo założonego systemu alarmowego, kiedy wracam późnym wieczorem wkładam klucz z drżeniem, czy zamki działają, a w domu nie zastanę jedynie pustych ścian. Kiedy bliscy wyjeżdżają w podróż, to drżę, czy nie zostaną staranowani przez pijanych młodych ludzi wracających z dyskoteki lub potrąceni przez pirata prowadzącego tira.
Większość z nas ciągle narażona jest na to, że albo nie znajdziemy samochodu pozostawionego na ulicy, albo będzie tam stał, ale z rozbitą szybą, z wyrwanym radiem.
Nie byłbym takim hura optymistą jak Ludwik Dorn. W jego przypadku o wiele słuszniejszą rzeczą byłaby powściągliwość w roztaczaniu statystycznych bajeczek.
Bo statystyki niczym kolorowa tęcza zasłaniają szary, a często czarny obraz rzeczywistości. O ileż prawdziwiej brzmiałaby skromna wypowiedź szefa MSWiA, że poprawiła się nieco sytuacja w niektórych sprawach związanych z bezpieczeństwem obywateli, ale jeszcze jest ogromnie dużo do zrobienia, a przede wszystkim do naprawy. Wtedy jego wypowiedź byłaby bliższa prawdy.
Prof. Andrzej Siemaszko słusznie zwraca uwagę na to, że głównym powodem zmniejszenia się liczby przestępstw są sprawy, które nie zależą od organów ścigania, takie jak demografia i emigracja. Z przykrością trzeba więc powiedzieć, że w lepszej statystyce niewielka zasługa polskiej policji. Przy czym od razu chcę powiedzieć niezwykle ważną rzecz.
Nie można za ten stan rzeczy obciążać szeregowych policjantów. Dziesiątki tysięcy zwykłych funkcjonariuszy pracuje niezwykle uczciwie. Nie tylko z oddaniem, ale z ofiarnością i poświęceniem robią wszystko, co mogą aby nasze mieszkania pozostały nieokradzione, abyśmy mogli bezpiecznie wrócić do domu z nocnej zabawy, aby wykryć bandytów napadających na banki i kantory.
Ta godna pochwały postawa nie idzie w parze z podstawowymi rzeczami, które powinny cechować dobrą policję. I to decyduje właśnie, że polska policja jako całość jest jedną z najgorszych w Europie.
Po pierwsze stopień profesjonalizmu jest skandalicznie niski. Zaczyna się już na etapie szkolenia. Okres szkolenia jest stanowczo za krótki.
Wielu nauczycieli od lat nie miało styczności z ciężką codzienną pracą policjanta na pierwszej linii frontu. Patrolowania ulic, melin, ścigania i poszukiwania przestępców.
Nie ma też zajęć lub jest ich bardzo niewiele, które by przygotowywały policjanta do właściwych reakcji w realnych sytuacjach zagrożenia życia lub zdrowia innych osób bądź samych funkcjonariuszy.
Młodzi policjanci nie mają szans szybkiego, często zasłużonego awansu, bo na szczeblach kierowniczych policji wszystkich komend, począwszy od rejonowych poprzez powiatowe i wojewódzkie, pierwszeństwo mają nepotyzm, kolesiostwo, protekcja polityczna.
Okresowe kursy mające na celu podniesienie kwalifikacji stają się fikcją, jeśli nie ma tam możliwości stykania się z nowymi zaskakującymi sytuacjami, które choćby w minimalny sposób naśladowałyby prawdziwe przypadki.
Polscy policjanci nie mają szans nauczenia się strzelania w każdych warunkach. Nie umieją strzelać do tarczy, do manekinów, nie mówiąc już o sytuacjach stresowych, kiedy trzeba stanąć oko w oko z bandytą, który ma wycelowaną w funkcjonariusza broń.
Decydują o tym braki finansowe, które każą w drastyczny sposób oszczędzać na wystrzelonych w powietrze pociskach. Bieda policji sprawia też, że brakuje ciągle pieniędzy na system szybkiej łączności, nie ma pieniędzy na nowe dobrze wyposażone samochody, wreszcie na godziwą zapłatę dla szeregowych policjantów, tak aby mieli oni wolną głowę od trosk o utrzymanie rodziny.
Kiedy wychodzę z domu, to mimo założonego systemu alarmowego, kiedy wracam późnym wieczorem wkładam klucz z drżeniem, czy zamki działają, a w domu nie zastanę jedynie pustych ścian. Kiedy bliscy wyjeżdżają w podróż, to drżę, czy nie zostaną staranowani przez pijanych młodych ludzi wracających z dyskoteki lub potrąceni przez pirata prowadzącego tira.
Większość z nas ciągle narażona jest na to, że albo nie znajdziemy samochodu pozostawionego na ulicy, albo będzie tam stał, ale z rozbitą szybą, z wyrwanym radiem.
Nie byłbym takim hura optymistą jak Ludwik Dorn. W jego przypadku o wiele słuszniejszą rzeczą byłaby powściągliwość w roztaczaniu statystycznych bajeczek.
Bo statystyki niczym kolorowa tęcza zasłaniają szary, a często czarny obraz rzeczywistości. O ileż prawdziwiej brzmiałaby skromna wypowiedź szefa MSWiA, że poprawiła się nieco sytuacja w niektórych sprawach związanych z bezpieczeństwem obywateli, ale jeszcze jest ogromnie dużo do zrobienia, a przede wszystkim do naprawy. Wtedy jego wypowiedź byłaby bliższa prawdy.
Prof. Andrzej Siemaszko słusznie zwraca uwagę na to, że głównym powodem zmniejszenia się liczby przestępstw są sprawy, które nie zależą od organów ścigania, takie jak demografia i emigracja. Z przykrością trzeba więc powiedzieć, że w lepszej statystyce niewielka zasługa polskiej policji. Przy czym od razu chcę powiedzieć niezwykle ważną rzecz.
Nie można za ten stan rzeczy obciążać szeregowych policjantów. Dziesiątki tysięcy zwykłych funkcjonariuszy pracuje niezwykle uczciwie. Nie tylko z oddaniem, ale z ofiarnością i poświęceniem robią wszystko, co mogą aby nasze mieszkania pozostały nieokradzione, abyśmy mogli bezpiecznie wrócić do domu z nocnej zabawy, aby wykryć bandytów napadających na banki i kantory.
Ta godna pochwały postawa nie idzie w parze z podstawowymi rzeczami, które powinny cechować dobrą policję. I to decyduje właśnie, że polska policja jako całość jest jedną z najgorszych w Europie.
Po pierwsze stopień profesjonalizmu jest skandalicznie niski. Zaczyna się już na etapie szkolenia. Okres szkolenia jest stanowczo za krótki.
Wielu nauczycieli od lat nie miało styczności z ciężką codzienną pracą policjanta na pierwszej linii frontu. Patrolowania ulic, melin, ścigania i poszukiwania przestępców.
Nie ma też zajęć lub jest ich bardzo niewiele, które by przygotowywały policjanta do właściwych reakcji w realnych sytuacjach zagrożenia życia lub zdrowia innych osób bądź samych funkcjonariuszy.
Młodzi policjanci nie mają szans szybkiego, często zasłużonego awansu, bo na szczeblach kierowniczych policji wszystkich komend, począwszy od rejonowych poprzez powiatowe i wojewódzkie, pierwszeństwo mają nepotyzm, kolesiostwo, protekcja polityczna.
Okresowe kursy mające na celu podniesienie kwalifikacji stają się fikcją, jeśli nie ma tam możliwości stykania się z nowymi zaskakującymi sytuacjami, które choćby w minimalny sposób naśladowałyby prawdziwe przypadki.
Polscy policjanci nie mają szans nauczenia się strzelania w każdych warunkach. Nie umieją strzelać do tarczy, do manekinów, nie mówiąc już o sytuacjach stresowych, kiedy trzeba stanąć oko w oko z bandytą, który ma wycelowaną w funkcjonariusza broń.
Decydują o tym braki finansowe, które każą w drastyczny sposób oszczędzać na wystrzelonych w powietrze pociskach. Bieda policji sprawia też, że brakuje ciągle pieniędzy na system szybkiej łączności, nie ma pieniędzy na nowe dobrze wyposażone samochody, wreszcie na godziwą zapłatę dla szeregowych policjantów, tak aby mieli oni wolną głowę od trosk o utrzymanie rodziny.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl