Czy za dolary, jakie Polska zarobi na uczestnictwie w amerykańskiej tarczy rakietowej, warto narażać kraj na zniszczenie? Takie pytanie muszą sobie dziś zadać polscy przywódcy - pisze w DZIENNIKU James O'Halloran, analityk spraw wojskowych, ekspert brytyjskiego Jane's Defence.
Ogłoszona właśnie decyzja o budowie bazy radarowej na terytorium Czech oznacza bowiem, że to w Polsce prawdopodobnie umieszczone zostaną wyrzutnie pocisków
przeciwrakietowych. Co ta decyzja oznacza dla Polaków? Otóż w razie jakiegokolwiek konfliktu czy ataku najpierw uderza się w systemy obronne przeciwnika. Pierwszym celem ataku na USA staną się
więc ulokowane na terytorium Polski czy Czech bazy, będące elementami tarczy rakietowej.
Jest to zresztą jeden z powodów, dla których system rozdzielono pomiędzy wiele krajów: Amerykanie nie chcą stracić wszystkich instalacji wojskowych w pojedynczym ataku i starają się, by były one możliwie jak najbardziej rozproszone.
Poza tym nie ufają nikomu i nie chcą, by rząd jednego kraju decydował o losie zbyt wielu istotnych elementów ich systemu obrony. Polska, choć może nie być ani celem ataku, ani stroną w wojnie, naraża się na uderzenie ze strony wrogów Ameryki.
Czy naprawdę tego chcecie? Trzeba pamiętać, że Amerykanie rozbudowują tarczę na własną rękę, nie włączając w ten projekt całego NATO, gdyż nie dowierzają paktowi, bo jego członkami są Francja i Niemcy. Tarcza antyrakietowa to mur, jaki Ameryka buduje wokół swego kraju, by obronić go przed potencjalnymi wrogami. Pierścień takich baz powstaje na całym świecie, by Amerykanie mogli prowadzić wojnę jak najdalej od swego terytorium. To samo dzieje się na Bliskim i Dalekim Wschodzie i w całej Europie, także w Wielkiej Brytanii; w bazie Fylingdales umieszczono radary wczesnego ostrzegania, stanowiące element systemu tarczy antyrakietowej.
Amerykanie twierdzą oczywiście, iż tarcza nie jest skierowana przeciw Rosji czy Chinom, ale przeciwko ewentualnym atakom rakietowym ze strony terrorystów lub państw zbójeckich; i dlatego poprawia bezpieczeństwo krajów uczestniczących w systemie. Jednak realistycznie rzecz biorąc, ten system zostanie użyty przeciw każdemu, kto zagrozi USA. I choć trudno sobie wyobrazić, by w najbliższym czasie doszło do wojny, której głównym teatrem stałaby się Europa Środkowa, to jednak trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: nowy wyścig zbrojeń już się rozpoczął.
Władimir Putin bardzo skutecznie przywraca Rosji jej dawną, mocarstwową pozycję. Rosjanie, w odpowiedzi na rozbudowę tarczy rakietowej, przesunęli w kierunku granicy systemy przeciwrakietowe dalekiego zasięgu S-300. Moskwa rozbudowuje system bardzo nowoczesnych międzykontynentalnych rakiet balistycznych Topol-M i Buława. To samo robią Chińczycy: w zeszłym tygodniu zestrzelili amerykańskiego satelitę, by przypomnieć o swoim istnieniu i militarnym potencjale.
Nie sądziłem, że Czesi i Polacy naprawdę znów wezmą aktywny udział w kolejnej odsłonie wyścigu zbrojeń, tym razem z własnej woli. I jeśli się na to zdecydują, powinni przynajmniej wynegocjować u Amerykanów jak najlepsze warunki.
James O'Halloran, analityk spraw wojskowych, ekspert brytyjskiego Jane's Defence
Jest to zresztą jeden z powodów, dla których system rozdzielono pomiędzy wiele krajów: Amerykanie nie chcą stracić wszystkich instalacji wojskowych w pojedynczym ataku i starają się, by były one możliwie jak najbardziej rozproszone.
Poza tym nie ufają nikomu i nie chcą, by rząd jednego kraju decydował o losie zbyt wielu istotnych elementów ich systemu obrony. Polska, choć może nie być ani celem ataku, ani stroną w wojnie, naraża się na uderzenie ze strony wrogów Ameryki.
Czy naprawdę tego chcecie? Trzeba pamiętać, że Amerykanie rozbudowują tarczę na własną rękę, nie włączając w ten projekt całego NATO, gdyż nie dowierzają paktowi, bo jego członkami są Francja i Niemcy. Tarcza antyrakietowa to mur, jaki Ameryka buduje wokół swego kraju, by obronić go przed potencjalnymi wrogami. Pierścień takich baz powstaje na całym świecie, by Amerykanie mogli prowadzić wojnę jak najdalej od swego terytorium. To samo dzieje się na Bliskim i Dalekim Wschodzie i w całej Europie, także w Wielkiej Brytanii; w bazie Fylingdales umieszczono radary wczesnego ostrzegania, stanowiące element systemu tarczy antyrakietowej.
Amerykanie twierdzą oczywiście, iż tarcza nie jest skierowana przeciw Rosji czy Chinom, ale przeciwko ewentualnym atakom rakietowym ze strony terrorystów lub państw zbójeckich; i dlatego poprawia bezpieczeństwo krajów uczestniczących w systemie. Jednak realistycznie rzecz biorąc, ten system zostanie użyty przeciw każdemu, kto zagrozi USA. I choć trudno sobie wyobrazić, by w najbliższym czasie doszło do wojny, której głównym teatrem stałaby się Europa Środkowa, to jednak trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: nowy wyścig zbrojeń już się rozpoczął.
Władimir Putin bardzo skutecznie przywraca Rosji jej dawną, mocarstwową pozycję. Rosjanie, w odpowiedzi na rozbudowę tarczy rakietowej, przesunęli w kierunku granicy systemy przeciwrakietowe dalekiego zasięgu S-300. Moskwa rozbudowuje system bardzo nowoczesnych międzykontynentalnych rakiet balistycznych Topol-M i Buława. To samo robią Chińczycy: w zeszłym tygodniu zestrzelili amerykańskiego satelitę, by przypomnieć o swoim istnieniu i militarnym potencjale.
Nie sądziłem, że Czesi i Polacy naprawdę znów wezmą aktywny udział w kolejnej odsłonie wyścigu zbrojeń, tym razem z własnej woli. I jeśli się na to zdecydują, powinni przynajmniej wynegocjować u Amerykanów jak najlepsze warunki.
James O'Halloran, analityk spraw wojskowych, ekspert brytyjskiego Jane's Defence
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|