Jedno jest jasne - życie ludzi, zagrożone przez ruch kołowy, nie może być stawiane ponad życiem i spokojem bytowania żab, jaszczurek, ważek i motyli - pisze Maciej Rybiński, publicysta "Faktu".
Protest ekologów w Dolinie Rospudy budzi nawet odruchowo sympatię. W każdym razie sprawia wrażenie bardziej autentycznego i mającego większy sens, niż podobne
protesty w ochronie środowiska naturalnego prowadzone w śródmieściu Warszawy - przeciwko centrum handlowemu Arkadia przy rondzie Babka albo przeciwko Złotym Tarasom obok Dworca Centralnego.
Sposób myślenia, jaki zaprezentowali idealiści ekologiczni w stolicy, mógłby ich doprowadzić do manifestacji przeciwko likwidacji wysypiska śmieci, które wszak też stanowi wyjątkowy
ekosystem, zasiedlony przez liczne gatunki zwierząt. Ale w Warszawie chodziło o szantaż prawny i pieniądze. W Dolinie Rospudy chodzi o zasady. Tak się przynajmniej wydaje.
W rzeczywistości chodzi o antycywilizacyjną ideologię i jej najlepszego sprzymierzeńca, emocje. Uczucia, zwłaszcza skrajne i gwałtowne, są wrogami racjonalnego myślenia. Każda ludzka interwencja w naturę zmienia warunki bytowania rozmaitych gatunków zwierząt i roślin. Uzasadnieniem dla tych interwencji bywa zazwyczaj poprawa jakości życia ludzi. Budowa dróg, mostów, osiedli, osuszanie bagien, regulacja rzek, wznoszenie tam, grobli, linie wysokiego napięcia, lotniska, tory kolejowe - każdy w zasadzie rodzaj dzialalności gospodarczej człowieka powoduje zmiany w naturze. Uzasadnieniem jest interes człowieka.
Ekologowie nie uznają po prostu nadrzędności tego interesu. Uważają, że zwierzęta mają prawo do równego traktowania z ludźmi.
Fundatorem idei równouprawnienia był angielski filozof Jeremy Bentham (1748-1832). Jego dzisiejszymi kontynuatorami są Australijczyk Peter Singer, Amerykanin Tom Regan i Austriak Helmut Kaplan. Niezgoda dotyczy tylko stopnia rozwoju zwierząt, od którego powinny one cieszyć się takimi samymi prawami jak ludzie. Tylko małpy człekokształtne, wszystkie ssaki, wszystkie kręgowce. W zasadzie zgoda dotyczy wyłącznie najbardziej prymitywnych form życia - wszyscy ekologowie wyjmują spod ochrony prawnej bakterie i wirusy.
Można więc niszczyć zarazki malarii, ale już likwidacja bagiennego środowiska naturalnego komara malarycznego mogłaby wywołać protesty.
Komar ma bowiem takie samo prawo do życia jak człowiek. Mamy do czynienia z ideologią, a właściwie ze specyficznym fragmentem większej, ideologicznej całości, z czego być może nasi ekologowie, siedzący na drzewach nad Rospudą, nawet nie zdają sobie sprawy, a co guru ich ruchu Peter Singer ujął tak: "Kto występuje przeciwko rasizmowi i seksizmowi, musi także walczyć przeciwko dyskryminacji innych gatunków".
I zdumiewające, jak ta najbardziej dziś postępowa ideologia pobrzmiewa faszyzmem, kiedy ten sam Singer powiada: "Jeżeli uważamy za członków naszego własnego gatunku osoby, których charakterystyka odbiega od normy, nie możemy nadal twierdzić, że ich życie ważniejsze jest od życia innych zwierząt".
Jakakolwiek jest charakterystyka poszczególnych mieszkańców Augustowa, jedno jest jasne - ich życie, zagrożone przez ruch kołowy nie może być stawiane ponad życiem i spokojem bytowania żab, jaszczurek, ważek i motyli. Tej ideologicznej zasady, przyświecającej protestom nad Rospudą, nie zmienią ani nie zaćmią deklaracje o pięknie krajobrazu. Nie o to chodzi, aby człowiek był opiekunem przyrody, a więc także jej architektem, tylko uznał się moralnie za taki sam efekt ewolucji jak bóbr albo traszka, jednakże pozbawiony pierwszego prawa ewolucji - prawa do walki o własny byt.
Jest to obłęd myślowy, z którego zdaje się ekologowie przykuci do drzew, zachwyceni własną szlachetnością, nie zdają sobie sprawy.
Lokalna awantura o obwodnicę Augustowa, w którą wciągnięto Unię Europejską, stwarza w świecie zupełnie fałszywe wrażenie, że Polska jest krajem ekologicznej katastrofy, w którym niszczy się z rozmysłem ostatki natury. Tymczasem jesteśmy krajem zacofanym cywilizacyjnie, o najuboższej sieci drogowej, za to bogatym w wartościowe biologicznie tereny.
Europejskie normy, stworzone dla krajów całkowicie już zabetonowanych i wyasfaltowanych, nie bardzo pasują do polskich realiów.
Kiedy w Niemczech wstrzymuje się budowę nowej autostrady, ponieważ na terenie, na którym ma przebiegać, gdzieś pod Lubeką, mieszka podobno jakiś żuczek, to nie ma nieszczęścia. Autostrad jest w RFN dość, a żuczków mało. W Polsce jest wciąż jeszcze odwrotnie. Owszem, wiele można zrobić na polu ekologii i u nas. Przede wszystkim budując oczyszczalnie ścieków i poprawiając jakość wód. Ale w tej sprawie jakoś żaden ekolog nie przykuwa się w toalecie. To nie dość widowiskowe.
W rzeczywistości chodzi o antycywilizacyjną ideologię i jej najlepszego sprzymierzeńca, emocje. Uczucia, zwłaszcza skrajne i gwałtowne, są wrogami racjonalnego myślenia. Każda ludzka interwencja w naturę zmienia warunki bytowania rozmaitych gatunków zwierząt i roślin. Uzasadnieniem dla tych interwencji bywa zazwyczaj poprawa jakości życia ludzi. Budowa dróg, mostów, osiedli, osuszanie bagien, regulacja rzek, wznoszenie tam, grobli, linie wysokiego napięcia, lotniska, tory kolejowe - każdy w zasadzie rodzaj dzialalności gospodarczej człowieka powoduje zmiany w naturze. Uzasadnieniem jest interes człowieka.
Ekologowie nie uznają po prostu nadrzędności tego interesu. Uważają, że zwierzęta mają prawo do równego traktowania z ludźmi.
Fundatorem idei równouprawnienia był angielski filozof Jeremy Bentham (1748-1832). Jego dzisiejszymi kontynuatorami są Australijczyk Peter Singer, Amerykanin Tom Regan i Austriak Helmut Kaplan. Niezgoda dotyczy tylko stopnia rozwoju zwierząt, od którego powinny one cieszyć się takimi samymi prawami jak ludzie. Tylko małpy człekokształtne, wszystkie ssaki, wszystkie kręgowce. W zasadzie zgoda dotyczy wyłącznie najbardziej prymitywnych form życia - wszyscy ekologowie wyjmują spod ochrony prawnej bakterie i wirusy.
Można więc niszczyć zarazki malarii, ale już likwidacja bagiennego środowiska naturalnego komara malarycznego mogłaby wywołać protesty.
Komar ma bowiem takie samo prawo do życia jak człowiek. Mamy do czynienia z ideologią, a właściwie ze specyficznym fragmentem większej, ideologicznej całości, z czego być może nasi ekologowie, siedzący na drzewach nad Rospudą, nawet nie zdają sobie sprawy, a co guru ich ruchu Peter Singer ujął tak: "Kto występuje przeciwko rasizmowi i seksizmowi, musi także walczyć przeciwko dyskryminacji innych gatunków".
I zdumiewające, jak ta najbardziej dziś postępowa ideologia pobrzmiewa faszyzmem, kiedy ten sam Singer powiada: "Jeżeli uważamy za członków naszego własnego gatunku osoby, których charakterystyka odbiega od normy, nie możemy nadal twierdzić, że ich życie ważniejsze jest od życia innych zwierząt".
Jakakolwiek jest charakterystyka poszczególnych mieszkańców Augustowa, jedno jest jasne - ich życie, zagrożone przez ruch kołowy nie może być stawiane ponad życiem i spokojem bytowania żab, jaszczurek, ważek i motyli. Tej ideologicznej zasady, przyświecającej protestom nad Rospudą, nie zmienią ani nie zaćmią deklaracje o pięknie krajobrazu. Nie o to chodzi, aby człowiek był opiekunem przyrody, a więc także jej architektem, tylko uznał się moralnie za taki sam efekt ewolucji jak bóbr albo traszka, jednakże pozbawiony pierwszego prawa ewolucji - prawa do walki o własny byt.
Jest to obłęd myślowy, z którego zdaje się ekologowie przykuci do drzew, zachwyceni własną szlachetnością, nie zdają sobie sprawy.
Lokalna awantura o obwodnicę Augustowa, w którą wciągnięto Unię Europejską, stwarza w świecie zupełnie fałszywe wrażenie, że Polska jest krajem ekologicznej katastrofy, w którym niszczy się z rozmysłem ostatki natury. Tymczasem jesteśmy krajem zacofanym cywilizacyjnie, o najuboższej sieci drogowej, za to bogatym w wartościowe biologicznie tereny.
Europejskie normy, stworzone dla krajów całkowicie już zabetonowanych i wyasfaltowanych, nie bardzo pasują do polskich realiów.
Kiedy w Niemczech wstrzymuje się budowę nowej autostrady, ponieważ na terenie, na którym ma przebiegać, gdzieś pod Lubeką, mieszka podobno jakiś żuczek, to nie ma nieszczęścia. Autostrad jest w RFN dość, a żuczków mało. W Polsce jest wciąż jeszcze odwrotnie. Owszem, wiele można zrobić na polu ekologii i u nas. Przede wszystkim budując oczyszczalnie ścieków i poprawiając jakość wód. Ale w tej sprawie jakoś żaden ekolog nie przykuwa się w toalecie. To nie dość widowiskowe.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zobacz
|