Czytając o Brytyjczykach, którzy ściągają do siebie polskich przedsiębiorców, oferując im wszystko, co zechcą - od natychmiastowej rejestracji firmy po łatwy kredyt - muszę wyznać szczerze: nie lubię polskiego kapitalizmu - pisze Robert Krasowski, redaktor naczelny DZIENNIKA.
Nie lubię go właśnie dlatego, że gardzi drobnymi właścicielami. A w wyniku tej pogardy tworzy rzeczywistość, w której dostać możemy jedynie pensję, a prawie
nigdy własność. A różnica jest przecież zasadnicza. Bo pensja, nawet najlepsza, to tylko komfort, własność natomiast to wolność.
Nad Wisłą nie pamiętamy już, czym jest własność. Kto ma spłacone mieszkanie albo małą działkę, czuje się właścicielem. Tymczasem nim nie jest. Właściciel to człowiek, który ma własne źródło utrzymania. Ma swoją firmę, która sprawia, że jego los zależy tylko od niego. Nie ma nad sobą ani szefa, ani kierującego nim państwa. Może mieć malutki kiosk, dwa na dwa metry, ale w tym kiosku jest sobie panem.
Tacy właśnie ludzie w Polsce mieli wyjątkowego pecha. W czasach PRL byli nękanymi przez państwo prywaciarzami. Po 1989 roku wysiłek kolejnych rządów poszedł w stronę tworzenia dużego kapitału. To jego państwo wspierało, jemu dawało kredyty, w jego ręce oddawało prywatyzowane zakłady. Politycy widzieli tylko duże liczby - silnych graczy, wielkie transakcje. Może tak musiało być, co nie zmienia faktu, że silni stawali się coraz silniejsi, a mali zaczęli padać. W żywiołowo rodzącym się kapitalizmie nikt nie zadbał o równe szanse. Duzi wygryzali więc z rynku małe rodzinne firmy - sklepy, hurtownie, usługi.
Potem było jeszcze gorzej. Bo państwo postanowiło wprowadzić reguły do gospodarki. Chciało zwalczyć szarą strefę, jednak osiągnęło coś odwrotnego. Zbudowało biurokratyczną machinę, która poprzez kolejne utrudnienia - koncesje, formularze, podatki, kontrole - niemal zupełnie zniszczyła małych właścicieli. Odcięci od kredytów, zbyt mali, by mieć polityczne znajomości, zbyt biedni, by korumpować urzędników, zaczęli padać. Wielka rewolucja właścicielska po kilka latach upadła. Poza Centrum im. Smitha nikt po niej nawet nie zapłakał.
A przecież wraz z nią upadła okazja na zbudowanie tak oczekiwanej klasy średniej. Ludzi zaradnych, niezależnych, rozważnych, z natury wrogich populizmowi, raczej zadowolonych niż sfrustrowanych. I w dodatku nieżądających niczego od państwa. Ludzi, którzy stabilizują demokrację za darmo.
Dziwne, że w Polsce tego nie zrozumiano. Nawet zwolennicy własności się pogubili. Mówili o small businessie, o ułatwieniach w rejestracji firm, o walce z biurokracją... A przecież chodzi o coś zasadniczego. O społeczeństwo bardziej podmiotowe, bardziej stabilne i bardziej sprawiedliwe.
Decyzja, aby zostać właścicielem, aby założyć własną firmę, to jedna z trudniejszych. To wzięcie na siebie ryzyka samodzielności. Taką decyzję rząd powinien wspierać ze wszelkich sił. Powinien do niej namawiać, załatwiać wszelkie papiery, zwalniać z podatków, dawać kredyty na rozruch. I to robi. Ale rząd brytyjski.
Nad Wisłą nie pamiętamy już, czym jest własność. Kto ma spłacone mieszkanie albo małą działkę, czuje się właścicielem. Tymczasem nim nie jest. Właściciel to człowiek, który ma własne źródło utrzymania. Ma swoją firmę, która sprawia, że jego los zależy tylko od niego. Nie ma nad sobą ani szefa, ani kierującego nim państwa. Może mieć malutki kiosk, dwa na dwa metry, ale w tym kiosku jest sobie panem.
Tacy właśnie ludzie w Polsce mieli wyjątkowego pecha. W czasach PRL byli nękanymi przez państwo prywaciarzami. Po 1989 roku wysiłek kolejnych rządów poszedł w stronę tworzenia dużego kapitału. To jego państwo wspierało, jemu dawało kredyty, w jego ręce oddawało prywatyzowane zakłady. Politycy widzieli tylko duże liczby - silnych graczy, wielkie transakcje. Może tak musiało być, co nie zmienia faktu, że silni stawali się coraz silniejsi, a mali zaczęli padać. W żywiołowo rodzącym się kapitalizmie nikt nie zadbał o równe szanse. Duzi wygryzali więc z rynku małe rodzinne firmy - sklepy, hurtownie, usługi.
Potem było jeszcze gorzej. Bo państwo postanowiło wprowadzić reguły do gospodarki. Chciało zwalczyć szarą strefę, jednak osiągnęło coś odwrotnego. Zbudowało biurokratyczną machinę, która poprzez kolejne utrudnienia - koncesje, formularze, podatki, kontrole - niemal zupełnie zniszczyła małych właścicieli. Odcięci od kredytów, zbyt mali, by mieć polityczne znajomości, zbyt biedni, by korumpować urzędników, zaczęli padać. Wielka rewolucja właścicielska po kilka latach upadła. Poza Centrum im. Smitha nikt po niej nawet nie zapłakał.
A przecież wraz z nią upadła okazja na zbudowanie tak oczekiwanej klasy średniej. Ludzi zaradnych, niezależnych, rozważnych, z natury wrogich populizmowi, raczej zadowolonych niż sfrustrowanych. I w dodatku nieżądających niczego od państwa. Ludzi, którzy stabilizują demokrację za darmo.
Dziwne, że w Polsce tego nie zrozumiano. Nawet zwolennicy własności się pogubili. Mówili o small businessie, o ułatwieniach w rejestracji firm, o walce z biurokracją... A przecież chodzi o coś zasadniczego. O społeczeństwo bardziej podmiotowe, bardziej stabilne i bardziej sprawiedliwe.
Decyzja, aby zostać właścicielem, aby założyć własną firmę, to jedna z trudniejszych. To wzięcie na siebie ryzyka samodzielności. Taką decyzję rząd powinien wspierać ze wszelkich sił. Powinien do niej namawiać, załatwiać wszelkie papiery, zwalniać z podatków, dawać kredyty na rozruch. I to robi. Ale rząd brytyjski.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|