Podobnie jak Andrzej Nowak, mam wrażenie, że znaczna część klasy intelektualnej - i to nie tylko w Polsce - tworzy złe schematy myślowe, tłumaczy rzeczywistość bałamutnie i daje wsparcie szkodliwym ideologiom - pisze w "Fakcie" prof. Ryszard Legutko. To kolejny głos w debacie o polskiej inteligencji.
Projekt III RP był ukochanym dzieckiem dużej części intelektualistów zaangażowanych w opozycję antykomunistyczną. Ale choć ojcowie chrzestni III RP, tacy jak
Geremek, Michnik i Mazowiecki, uważali się i byli uważani przez wielu za najświatlejszą warstwę społeczeństwa, nie ustrzegli się wielu błędów, również podstawowych.
Nie mieli oni właściwego obrazu rzeczywistości polskiej i wykazywali nadmierną skłonność do doktrynerstwa. Wierzyli w proste zasady demokracji i wolnego rynku, nie będąc świadomi wieloznaczności tych zasad oraz wielce skomplikowanych relacji między modelami teoretycznymi i społeczną rzeczywistością. Prostodusznie uważali, że wystarczy zastosować teoretyczne rozwiązania, a reszta sama się rozwiąże. Kogoś, kto sądził inaczej i nie podzielał tej prostoduszności, uważano za nieuka, obstrukcjonistę, oszołoma, populistę, demagoga oraz człowieka sowieckiego.
Intelektualistów charakteryzowało więc szczególne połączenie prostoduszności oraz arogancji. Rzetelny opis rzeczywistości ich nie interesował, bo z jednej strony podważał ich wiarę w prostotę rozwiązań, a z drugiej podważał ich status oświeconych, których - jak sądzili - otaczała społeczna i umysłowa ciemnota. Zapewne lepiej, by się stało, gdyby polityką zajmowali się profesjonalni politycy a administracją sprawni menedżerowie, a nie intelektualiści teoretycy. Jednak taki scenariusz stanowił oczywistą fikcję. Nie było innej grupy gotowej do przejęcia władzy w państwie niż kadry polityczne "Solidarności", na które składały się w przeważającej części grupy intelektualistów. To sytuacja zmusiła ich do zajęcia się polityką. Jedyną alternatywą były kadry dawnego PZPR-u, ale przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł ich uznać za politycznych fachowców.
Sam fakt pojawienia się dużej grupy intelektualistów u władzy nie był zatem ani przypadkowy, ani niefortunny. Problemem był panujący w tej grupie niewystarczający poziom krytycyzmu i autokrytycyzmu. Z powodu swojej postawy, w której pycha mieszała się z naiwnością przegrali oni ostatecznie ze starymi wyjadaczami z aparatu PZPR, którzy przejęli znaczną część nieformalnej władzy w Polsce.
Dlatego nie całkiem przekonuje mnie profesor Richard Pipes, powołując się na łamach "Faktu" na francuskiego myśliciela Alexisa de Tocqueville'a i twierdząc, że lepsza jest sytuacja, gdy państwem rządzi egoistyczna klasa średnia niż żyjąca w chmurach idealistyczna elita intelektualna. O ile sprawdziło się to w sytuacji amerykańskiej demokracji, to w Polsce na początku lat 90. klasę średnią tworzyli głównie byli działacze PZPR.
Przedstawiciele niezależnego małego i średniego biznesu w sytuacji gwałtownych zmian społeczno- ekonomicznych, nie mieli czasu na zajmowanie się polityką. Dzieła Tocqueville'a dobrze tłumaczyły sytuację społeczno-polityczną w ustabilizowanych warunkach, a my działaliśmy w sytuacji rewolucyjnej. Nie można więc mieć pretensji do intelektualistów, że znaleźli się w roli polityków. Zarzucić im można nie samo zaangażowanie, lecz gnuśność, gdyż niezbyt przenikliwie diagnozowali pojawiające się problemy.
Możemy dyskutować, czy wieszczony przez prof. Andrzeja Nowaka zmierzch inteligencji jako klasy społecznej ma rzeczywiście miejsce. W XIX wieku inteligentem mógł się nazywać lekarz, kupiec czy inżynier, który oprócz pracy i zdobywania majątku rozwijał życie duchowe i artystyczne, gromadził biblioteki, organizował koncerty w domu i finansował akcje edukacyjne. Trudno powiedzieć, czy w XXI wieku istnieją tacy inżynierowie czy przedsiębiorcy, którzy czytają książki, organizują wydarzenia kulturalne dla samych doznań artystycznych oraz w poczuciu obowiązku wobec społeczeństwa. W dobie niezbyt wysublimowanej rozrywki, jakiej dostarczają nam media coraz trudniej znaleźć aptekarzy czy inżynierów, którzy inwestując w swoje życie intelektualne i duchowe, starają się coś zrobić dla szerszych grup społecznych. Ja wierzę, że tacy ludzie nadal istnieją, choć mówi się o nich mało, bo nie mogą się przebić przez tumult masowej rozrywki.
Inną część inteligencji stanowią ludzie utrzymujący się z pracy intelektualnej. Znaczenie tej grupy wzrasta, gdyż to oni tworzą zbiorową świadomość i określają tematy i schematy myślowe, dzięki którym komunikujemy się w społeczeństwie. To oni nam mówią, co jest dobre, a co złe, na co należy się oburzać, a co chwalić, jakiego języka trzeba używać, kogo kochać, a kogo potępiać. Podstawowym pytaniem jest, czy ich propozycje są dobre i wynikają z dobrego rozpoznania rzeczywistości, czy też nie.
Podobnie jak Andrzej Nowak mam wrażenie, że znaczna część klasy intelektualnej i to nie tylko w Polsce tworzy złe schematy myślowe, tłumaczy rzeczywistość bałamutnie i daje wsparcie szkodliwym ideologiom. Grupa ta ma niewielką zdolność do krytycyzmu i autokrytycyzmu, przez co charakteryzuje się instynktem stadnym. Żyje w świecie własnych stereotypów, które uważa za ucieleśnienie szlachetności i mądrości. Tę skłonność idealnie wyraził prof. Jerzy Jedlicki, sugerując, że prawdziwy polski inteligent to ktoś taki, kto aprobatywnie czytuje tylko "Gazetę Wyborczą", "Tygodnik Powszechny" i "Politykę".
Konsekwencja takiej definicji jest oczywista. Kto nie odczuwa aprobaty przy lekturze tych pism, ten nie kwalifikuje się do grupy inteligenckiej. Taki sposób mylenia skazuje środowisko samozwańczych inteligentów na zamknięcie i paraliż umysłowy.
Mam wrażenie, że wielu intelektualistów cierpi na tę przypadłość, co powoduje, że jakakolwiek interakcja intelektualna z nimi jest trudna. Intelektualiści utwierdzają się przez swoje środowisko w przekonaniu, że są arystokratami ducha, szczycąc się swoim nonkonformizmem wobec reszty. Ale nie są oni ani jednym, ani drugim. Nie ma w nich niczego arystokratycznego ani niekonformistycznego. Niechętnie wdają się w spory z przeciwnikami, bo zadufanie uniemożliwia im prowadzenie racjonalnej dysputy.
Nie przeszkadza im to jednak nieustannie powoływać się na hasła tolerancji i dialogu, których używają jako pałki do okładania przeciwników. Nonkonformizm bierze się z ciekawości, odwagi intelektualnej i samodzielności, której wielu intelektualistom brakuje. Nieobecność tych cech oznacza w rzeczywistości brak prawdziwej debaty i prowadzi tylko do gier środowiskowych. Odwagę manifestuje się przez wyjście poza swoje środowisko.
Jednak taka odwaga jest dzisiaj rzadkością. Niezwykle trudno być dzisiaj samotnym intelektualistą, bo naraża to na lekceważenie, a nawet wzgardę. Każdy, kto dzisiaj chce zrobić karierę intelektualną i artystyczną, musi się podpiąć pod jakieś środowisko. Samotnicy są bez szans. To bardzo smutne, ale taka jest prawda. Polscy intelektualiści politycy popełniali przez długi czas podstawowy błąd. Z jednej strony chwalili demokrację, czyli rządy większości, a z drugiej lekceważyli tę większość, a nawet ją obrażali.
Prawda jest taka, iż jak ktoś chce demokracji, to nie może się obrażać na większość, a jak ktoś nie lubi większości, to nie powinien się powoływać na demokrację. Oczywiście nie wynika z tego wcale, że większość jest niepodzielnym władcą. Umiejętność polityka polega na tym, że z jednej strony poszukuje większości, która będzie go popierała, a z drugiej stara się wprowadzić w życie projekty, które uważa za słuszne, a które mogą większości się nie podobać. Wybitny polityk musi umieć łączyć te dwa elementy - akceptować wolę większości i być zdolny tej większości przewodzić.
W żadnym wypadku intelektualista polityk nie może zarzucać elektoratowi, że nie dorósł do demokracji, jak zrobił to kiedyś prof. Geremek przy okazji porażki swojego kandydata. Fakt, że takie słowa nigdy potem nie padły, świadczy, że klasa polityczna się profesjonalizuje, a intelektualiści działający w polityce wiele się nauczyli. Ustabilizowanie się klasy politycznej doprowadzi do tego, że intelektualiści nie będą na siłę wciągani do polityki, a będzie to ich świadomy wybór, by ze świata abstrakcyjnych teorii przenieść się na grunt praktyki politycznej.
Polityka jest grą o swoistych zasadach. Widać to we wszelkich instytucjach politycznych, a więc w takich, gdzie powstaje problem wyłaniania władzy i jej sprawowania: w parlamencie, na uniwersytetach, w samorządach. Intelektualista, który chce wejść w struktury władzy, musi zdawać sobie sprawę z ryzyka, jaką ta gra niesie. Może on przez to utracić swoją niezależność ocen i ostrość widzenia. Intelektualista, by zostać politykiem, musi zaakceptować dwie strony polityki: dobrą i złą, a także musi nauczyć się pokory wobec rzeczywistości.
Ryszard Legutko, profesor filozofii, wicemarszałek Senatu
Nie mieli oni właściwego obrazu rzeczywistości polskiej i wykazywali nadmierną skłonność do doktrynerstwa. Wierzyli w proste zasady demokracji i wolnego rynku, nie będąc świadomi wieloznaczności tych zasad oraz wielce skomplikowanych relacji między modelami teoretycznymi i społeczną rzeczywistością. Prostodusznie uważali, że wystarczy zastosować teoretyczne rozwiązania, a reszta sama się rozwiąże. Kogoś, kto sądził inaczej i nie podzielał tej prostoduszności, uważano za nieuka, obstrukcjonistę, oszołoma, populistę, demagoga oraz człowieka sowieckiego.
Intelektualistów charakteryzowało więc szczególne połączenie prostoduszności oraz arogancji. Rzetelny opis rzeczywistości ich nie interesował, bo z jednej strony podważał ich wiarę w prostotę rozwiązań, a z drugiej podważał ich status oświeconych, których - jak sądzili - otaczała społeczna i umysłowa ciemnota. Zapewne lepiej, by się stało, gdyby polityką zajmowali się profesjonalni politycy a administracją sprawni menedżerowie, a nie intelektualiści teoretycy. Jednak taki scenariusz stanowił oczywistą fikcję. Nie było innej grupy gotowej do przejęcia władzy w państwie niż kadry polityczne "Solidarności", na które składały się w przeważającej części grupy intelektualistów. To sytuacja zmusiła ich do zajęcia się polityką. Jedyną alternatywą były kadry dawnego PZPR-u, ale przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł ich uznać za politycznych fachowców.
Sam fakt pojawienia się dużej grupy intelektualistów u władzy nie był zatem ani przypadkowy, ani niefortunny. Problemem był panujący w tej grupie niewystarczający poziom krytycyzmu i autokrytycyzmu. Z powodu swojej postawy, w której pycha mieszała się z naiwnością przegrali oni ostatecznie ze starymi wyjadaczami z aparatu PZPR, którzy przejęli znaczną część nieformalnej władzy w Polsce.
Dlatego nie całkiem przekonuje mnie profesor Richard Pipes, powołując się na łamach "Faktu" na francuskiego myśliciela Alexisa de Tocqueville'a i twierdząc, że lepsza jest sytuacja, gdy państwem rządzi egoistyczna klasa średnia niż żyjąca w chmurach idealistyczna elita intelektualna. O ile sprawdziło się to w sytuacji amerykańskiej demokracji, to w Polsce na początku lat 90. klasę średnią tworzyli głównie byli działacze PZPR.
Przedstawiciele niezależnego małego i średniego biznesu w sytuacji gwałtownych zmian społeczno- ekonomicznych, nie mieli czasu na zajmowanie się polityką. Dzieła Tocqueville'a dobrze tłumaczyły sytuację społeczno-polityczną w ustabilizowanych warunkach, a my działaliśmy w sytuacji rewolucyjnej. Nie można więc mieć pretensji do intelektualistów, że znaleźli się w roli polityków. Zarzucić im można nie samo zaangażowanie, lecz gnuśność, gdyż niezbyt przenikliwie diagnozowali pojawiające się problemy.
Możemy dyskutować, czy wieszczony przez prof. Andrzeja Nowaka zmierzch inteligencji jako klasy społecznej ma rzeczywiście miejsce. W XIX wieku inteligentem mógł się nazywać lekarz, kupiec czy inżynier, który oprócz pracy i zdobywania majątku rozwijał życie duchowe i artystyczne, gromadził biblioteki, organizował koncerty w domu i finansował akcje edukacyjne. Trudno powiedzieć, czy w XXI wieku istnieją tacy inżynierowie czy przedsiębiorcy, którzy czytają książki, organizują wydarzenia kulturalne dla samych doznań artystycznych oraz w poczuciu obowiązku wobec społeczeństwa. W dobie niezbyt wysublimowanej rozrywki, jakiej dostarczają nam media coraz trudniej znaleźć aptekarzy czy inżynierów, którzy inwestując w swoje życie intelektualne i duchowe, starają się coś zrobić dla szerszych grup społecznych. Ja wierzę, że tacy ludzie nadal istnieją, choć mówi się o nich mało, bo nie mogą się przebić przez tumult masowej rozrywki.
Inną część inteligencji stanowią ludzie utrzymujący się z pracy intelektualnej. Znaczenie tej grupy wzrasta, gdyż to oni tworzą zbiorową świadomość i określają tematy i schematy myślowe, dzięki którym komunikujemy się w społeczeństwie. To oni nam mówią, co jest dobre, a co złe, na co należy się oburzać, a co chwalić, jakiego języka trzeba używać, kogo kochać, a kogo potępiać. Podstawowym pytaniem jest, czy ich propozycje są dobre i wynikają z dobrego rozpoznania rzeczywistości, czy też nie.
Podobnie jak Andrzej Nowak mam wrażenie, że znaczna część klasy intelektualnej i to nie tylko w Polsce tworzy złe schematy myślowe, tłumaczy rzeczywistość bałamutnie i daje wsparcie szkodliwym ideologiom. Grupa ta ma niewielką zdolność do krytycyzmu i autokrytycyzmu, przez co charakteryzuje się instynktem stadnym. Żyje w świecie własnych stereotypów, które uważa za ucieleśnienie szlachetności i mądrości. Tę skłonność idealnie wyraził prof. Jerzy Jedlicki, sugerując, że prawdziwy polski inteligent to ktoś taki, kto aprobatywnie czytuje tylko "Gazetę Wyborczą", "Tygodnik Powszechny" i "Politykę".
Konsekwencja takiej definicji jest oczywista. Kto nie odczuwa aprobaty przy lekturze tych pism, ten nie kwalifikuje się do grupy inteligenckiej. Taki sposób mylenia skazuje środowisko samozwańczych inteligentów na zamknięcie i paraliż umysłowy.
Mam wrażenie, że wielu intelektualistów cierpi na tę przypadłość, co powoduje, że jakakolwiek interakcja intelektualna z nimi jest trudna. Intelektualiści utwierdzają się przez swoje środowisko w przekonaniu, że są arystokratami ducha, szczycąc się swoim nonkonformizmem wobec reszty. Ale nie są oni ani jednym, ani drugim. Nie ma w nich niczego arystokratycznego ani niekonformistycznego. Niechętnie wdają się w spory z przeciwnikami, bo zadufanie uniemożliwia im prowadzenie racjonalnej dysputy.
Nie przeszkadza im to jednak nieustannie powoływać się na hasła tolerancji i dialogu, których używają jako pałki do okładania przeciwników. Nonkonformizm bierze się z ciekawości, odwagi intelektualnej i samodzielności, której wielu intelektualistom brakuje. Nieobecność tych cech oznacza w rzeczywistości brak prawdziwej debaty i prowadzi tylko do gier środowiskowych. Odwagę manifestuje się przez wyjście poza swoje środowisko.
Jednak taka odwaga jest dzisiaj rzadkością. Niezwykle trudno być dzisiaj samotnym intelektualistą, bo naraża to na lekceważenie, a nawet wzgardę. Każdy, kto dzisiaj chce zrobić karierę intelektualną i artystyczną, musi się podpiąć pod jakieś środowisko. Samotnicy są bez szans. To bardzo smutne, ale taka jest prawda. Polscy intelektualiści politycy popełniali przez długi czas podstawowy błąd. Z jednej strony chwalili demokrację, czyli rządy większości, a z drugiej lekceważyli tę większość, a nawet ją obrażali.
Prawda jest taka, iż jak ktoś chce demokracji, to nie może się obrażać na większość, a jak ktoś nie lubi większości, to nie powinien się powoływać na demokrację. Oczywiście nie wynika z tego wcale, że większość jest niepodzielnym władcą. Umiejętność polityka polega na tym, że z jednej strony poszukuje większości, która będzie go popierała, a z drugiej stara się wprowadzić w życie projekty, które uważa za słuszne, a które mogą większości się nie podobać. Wybitny polityk musi umieć łączyć te dwa elementy - akceptować wolę większości i być zdolny tej większości przewodzić.
W żadnym wypadku intelektualista polityk nie może zarzucać elektoratowi, że nie dorósł do demokracji, jak zrobił to kiedyś prof. Geremek przy okazji porażki swojego kandydata. Fakt, że takie słowa nigdy potem nie padły, świadczy, że klasa polityczna się profesjonalizuje, a intelektualiści działający w polityce wiele się nauczyli. Ustabilizowanie się klasy politycznej doprowadzi do tego, że intelektualiści nie będą na siłę wciągani do polityki, a będzie to ich świadomy wybór, by ze świata abstrakcyjnych teorii przenieść się na grunt praktyki politycznej.
Polityka jest grą o swoistych zasadach. Widać to we wszelkich instytucjach politycznych, a więc w takich, gdzie powstaje problem wyłaniania władzy i jej sprawowania: w parlamencie, na uniwersytetach, w samorządach. Intelektualista, który chce wejść w struktury władzy, musi zdawać sobie sprawę z ryzyka, jaką ta gra niesie. Może on przez to utracić swoją niezależność ocen i ostrość widzenia. Intelektualista, by zostać politykiem, musi zaakceptować dwie strony polityki: dobrą i złą, a także musi nauczyć się pokory wobec rzeczywistości.
Ryszard Legutko, profesor filozofii, wicemarszałek Senatu
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl