Ostry spór lustracyjno-aborcyjny osłabi polskie państwo, podważy i tak słabe więzi społeczne, obniży kapitał zaufania do instytucji publicznych i zainteresowanie życiem publicznym. Zdeformuje też debatę publiczną i zabije w zarodku nowe istotne nurty dyskusji - pisze w DZIENNIKU politolog Rafał Matyja.
Cofnie nas do pierwszych liter demokratycznego alfabetu, które przerabialiśmy już na początku lat 90. Poszerzy nieuchronnie skalę zjawiska, które Ryszard Legutko
słusznie nazwał "dyskursem histerycznym".
Ostatnie tygodnie publicystycznych zmagań na łamach głównych dzienników to powrót do retoryki bardzo ostrego sporu z początku lat 90. Suma lustracyjnych lęków i nadziei oraz moralnych napięć związanych z prawem chroniącym życie od poczęcia jest porównywalna tylko z tym, co działo się w Polsce w roku 1992 i 1993. Dzieje się tak mimo faktu, że jeszcze niedawno dość powszechnie uznawano zasadność "antyaborcyjnego kompromisu" zapisanego w ustawie i potwierdzonego orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Dzieje się tak po tym, jak parlament przyjął - pozytywnie ocenianą przez krytyków lustracji - prezydencką korektę do ustawy. Pole lustracyjnego kompromisu stało się z woli kilku wpływowych środowisk antylustracyjnych polem pustym.
Gazety ważniejsze niż partie
Zakwestionowanie tych dwóch kompromisów stawia nas w sytuacji, którą doskonale znamy z początku lat 90. Wystarczy zatem odrobina rozsądku i politycznego doświadczenia, by uznać, że ostrość z jaką powraca spór lustracyjny i aborcyjny, uruchomi dwa procesy - po pierwsze umieści w centrum debaty publicznej tematy wygodne dla politycznych pryncypializmów SLD i LPR i ich medialnych sojuszników, które skutecznie będą szantażować kompromisowo nastawione segmenty sceny politycznej. Po drugie będzie wiązał się z próbą nadania polityce na powrót charakteru skrajnie moralistycznego. Kto pamięta klimat pierwszych lat Trzeciej Rzeczypospolitej, bez trudu odnajdzie zresztą w dzisiejszych postawach i wypowiedziach replikę ówczesnych moralnych szantaży.
Wepchnięcie nas po raz wtóry w schemat wyrazistych światopoglądowych konfliktów z właściwymi im dyscyplinującymi okrzykami "naganiaczy" każdej ze stron będzie stratą zarówno dla życia publicznego i intelektualnego, jak i dla państwa, którego instytucje były w stanie wypracować dwa istotne kompromisy w sprawach, w których o porozumienie niezwykle trudno.
Paradoksalnie, kluczowa w tym sporze jest jednak nie tylko pozycja partii politycznych, ale trzech najważniejszych polskich dzienników. "Gazeta Wyborcza" stała się z własnej woli, w sposób otwarty organizatorem bojkotu ustawy lustracyjnej. Podważyła lustracyjny kompromis i uruchomiła dość niebezpieczną akcję tworzenia "jasnych podziałów" w środowisku akademickim i dziennikarskim.
Lustracyjne wojny profesorów i dziennikarzy
Niebezpieczną, bo wikłającą w polityczne spory i zbiorowe lojalności środowiska, które powinny funkcjonować w warunkach rzeczywistej autonomii i nie być zmuszanym do deklarowania się po stronie jednego z obozów. Ani życie uczelni, ani tym bardziej akademickie spory nie powinny być "organizowane" przez lustracyjne podziały. Kukułcze jajo "obywatelskiego protestu" wprowadza w życie szkoły wyższej szkodliwy dla jej misji podział i paradoksalnie usuwa możliwość rzetelnego stosunku do problemów osób mających w życiorysie epizod współpracy z SB. Współpracy, która mogła być - w pewnych przypadkach - pozorowana lub sprowadzać się do formalizmów. A w innych była wstrętnym donosicielstwem, działaniem na szkodę kolegów lub nawet robieniem kariery przy pomocy bezpieki.
Wydana przed kilkoma laty książka Ryszarda Terleckiego "Profesorowie UJ w aktach UB i SB" poświęcona inwigilacji środowiska akademickiego tej uczelni, znakomicie uzasadnia sensowność czynienia uważnych i dokładnych rozróżnień, a także wyjaśnienia ukrytych mechanizmów życia akademickiego epoki PRL. Zawodzi też zapewne wszystkich zwolenników czarno-białej wizji tamtego okresu. Atmosfera konfliktu utrudni rzetelne podejście do poszczególnych faktów współpracy i paradoksalnie uderzy w tych, których przez lata publicyści "Gazety" chcieli chronić: przypadkowo zaplątanych, zastraszonych, złamanych szantażem - ale nieszkodliwych. Zrówna bowiem wszelkie "ofiary lustracji", a jedynymi beneficjentami mogą być ci naprawdę podli.
Aborcyjne obsesje
Sprawa kompromisu aborcyjnego jest poważniejsza. Rozumiem kalkulację polityczną tych zwolenników obecnej ustawy, którzy chcieliby silniejszego utrwalenia jej zapisów. Można było jeszcze do niedawna sądzić, że w obecnym Sejmie istnieje większość zdolna do dokonania tego aktu. Można uważać, że ujęta wprost konstytucyjna forma ochrony życia jest nie tylko skuteczniejsza, ale po prostu ustrojowo właściwa. Sądzę, że zapis wzmacniający obecną ustawę powinien stać się jednym z istotnych punktów prac nad nową konstytucją lub zasadniczą korektą obowiązującej. Jednak obecny kształt tego sporu daleko wykracza poza opisany tu zamiar. Buduje podział, w którym zwolennicy istniejącego kompromisu aborcyjnego ku swojemu zdziwieniu znajdują się nagle "po drugiej stronie", po stronie "przeciwników życia" i zwolenników relatywizmu.
Zapowiedzi LPR dotyczące publikowania informacji o posłach głosujących przeciwko konstytucyjnej poprawce, ostre słowa dyrektora Radia Maryja - zapowiadają klimat nowej odsłony aborcyjnej debaty. Usuwają szansę na pozyskanie do projektów zmiany konstytucji klubu Platformy Obywatelskiej i przesuwają oś sporu na poziom dla samej sprawy ochrony życia niezwykle szkodliwy.
Michalski kontra Zdort
Symptomatyczny dla tej zmiany dyskursu jest spór, jaki rozgorzał między broniącym aborcyjnego kompromisu Cezarym Michalskim a posądzającym Michalskiego i DZIENNIK o apostazję i lewicowość Dominikiem Zdortem. W sporze tym spotykają się jednak nie tylko dwa punkty widzenia publicystów, nie tylko odmienne strategie intelektualne dwóch poważnych dzienników, ale także dwa punkty widzenia na politykę polską i debatę publiczną. Michalski odwołuje się bowiem do pewnego ideału społecznej Całości, zwanej w dawnych czasach państwem, a zarazem do "dialogicznej" i kompromisowej natury polityki. Zdort opowiada się po stronie ideowej pryncypialności i wizji polityki jako sztuki realizacji pewnych przedpolitycznych (ideowych, światopoglądowych) założeń czy projektów.
Przetłumaczona w ten sposób - nie wiem czy trafnie - postawa obu protagonistów wydaje się zwiastować ciekawy i ważny spór o to, co będzie kształtować polską politykę w najbliższych latach. W jakim stopniu będzie ona rozstrzyganym w wyborach konfliktem pryncypializmów, a w jakim rywalizacją między koncepcjami bardziej politycznymi. Podkreślam - w dyskusji tej nie chodzi o to, czy wyeliminować z debaty i polityki optykę państwową lub postawę pryncypialności ideowej, ale raczej - której z tych postaw dać pierwszeństwo.
Lewicowy DZIENNIK
Niestety, gdy próbujemy zredukować tę dyskusję do dotychczasowego wymiaru konfliktu prawica - lewica, traci sens i staje się jedynie rytualną wymianą ciosów. W sprawie ochrony życia i warunków niekaranej prawnie aborcji powiedziano w Polsce dostatecznie dużo, by stworzyć warunki jasnego przedstawiania własnych stanowisk. Dyskusja zatem może toczyć się na dwóch polach: po pierwsze - przesłanek naruszenia obecnego kompromisu, po drugie - sposobu na jego umocnienie.
W dyskusji pierwszej stronami są dziś przede wszystkim politycy SLD i LPR, w dyskusji drugiej - ci, którzy widzą możliwość skutecznego i ograniczonego w skutkach zapisu konstytucyjnego umacniającego ustawę i ci, którzy takie rozwiązanie uważają za politycznie niemożliwe lub rodzące ryzyko rozpętania nowej wojny światopoglądowej. Spór pierwszy jest sporem pryncypializmów, spór drugi - nierozstrzygalnym sporem o bardziej zasadną i bardziej roztropną drogę postępowania. Strony pierwszego sporu nieuchronnie będą odsądzać przeciwnika od czci i wiary. W drugim sporze bardziej stosowny jest umiar, bo jego przedmiotem nie są wbrew pozorom pryncypia, ale przekonanie o politycznej skuteczności takich bądź innych działań.
Spór aborcyjny jest też okazją do przywrócenia starych osi podziałów ideowych i politycznych. Nieprzypadkowo w tekstach Zdorta pojawia się zrazu klasyfikacja Michalskiego jako zwolennika skrajnej lewicy, a DZIENNIKA jako gazety lewicowej, a potem - głoszącej wrogość wobec wszelkich, tak lewicowych, jak i prawicowych wartości. Nie warto - jak sądzę - kruszyć kopii o to, w jakim stopniu kryterium lewicowości i prawicowości jest adekwatne do opisu strategii wydawniczych tej czy innej gazety; z pewnością można kryteria te odnosić do konkretnych tekstów i ich wypowiedzi. Jednak w pospiesznej klasyfikacji dokonanej przez Zdorta gubi się coś ważniejszego niż lewicowa czy prawicowa afiliacja jego adwersarza. Gubi się istota argumentacji Michalskiego i pozycja, jaką świadomie próbuje przyjąć wobec toczącego się sporu.
Stabilna "Wyborcza"
Owa niejednoznaczność DZIENNIK w sprawach światopoglądowych nie jest jednak - jak rozumiem - przypadkowa. Redaktorzy DZIENNIKA - jeszcze przed powstaniem gazety - jako środowisko skupione wokół "Europy" przyjęli morderczą strategię wyprowadzania czytelników z intelektualnej równowagi. Nie dość, że pozwalają sobie na ogłaszanie nieprzyjemnych tekstów rosyjskich publicystów i polityków, zreformowanych mniej lub bardziej marksistów, to jeszcze - co gorsza - podważają fundamenty ideologicznego status quo właściwego dla ostatnich lat siedemnastu. Czynią czytelnika niepewnym swych racji, wymuszają okrutny proces weryfikowania własnego stanowiska. W sferze publicznej burzą zastane sojusze i próbują tworzyć lub nazywać inne, często niespodziewane i nieoczekiwane.
Taka strategia prowokuje reakcję obronną w postaci oburzenia i odrzucenia, z czym spotykam się - niestety - dość często. Część moich rozmówców była poważnie zaniepokojona jeszcze wtedy, gdy nie było DZIENNIKA, a jedynie dodawana do "Faktu" "Europa".
Gorszono się w zasadzie wszystkim: jedni Andrzejem Nowakiem, Andrzejem Zybertowiczem i Jadwigą Staniszkis (nieznanym przecież czytelnikom "Gazety Wyborczej"), inni Sławomirem Sierakowskim i Sławojem Żiżkiem (nie do przyjęcia w prawicowym - jak sądzili - piśmie). Jedni i drudzy - prawie tak samo: gorszyli się estetycznie, bez argumentów i lektury. Za to zawsze z marsową miną.
Warto przy tym zauważyć, iż narzędziem stabilizującym ideologicznie status quo jest od lat "Gazeta Wyborcza". Wbrew panującej polemicznej modzie powiem, że nie jest to jej wina, lecz funkcja. W tej roli okazała się zresztą pożyteczna w zasadzie dla wszystkich. Jedna część polskiej inteligencji dowiaduje się z niej co wypada "sądzić", druga - z tych samych tekstów dowiaduje się, czego "sądzić" nie wypada. Codzienna lektura "gazety" upraszcza zatem nasze życie umysłowe i pomaga w kształtowaniu się poglądów opinii prawicowej i lewicowej. DZIENNIK psuje tę przyjemność wieloznacznością i intelektualną prowokacją. Prowokacją, która może zostać zmarnowana, gdy zostanie wepchnięta w objęcia boga wojny Marsa, sprowadzona do ideologicznego projektu o wyrazistym lewicowym lub prawicowym charakterze.
Czas na myślenie
Po kilkunastu latach zbrojnej retoryki walczących obozów otwiera się tymczasem perspektywa tyleż zachęcająca, co ryzykowna. Perspektywa przewartościowań i rewizji. Zachętą zewnętrzną jest załamanie się postkomunizmu, zarówno w jego materialnym (polityczno-ekonomicznym) jak i duchowym kształcie. Zachętą - niejako wewnętrzną - pojawienie się wyraźnych różnic w obrębie środowiska, które mogło uchodzić za "dekomunizacyjny monolit". Oba te zjawiska, poparte pewną otwartością i zdolnością do samokrytycznego spojrzenia wstecz, skłaniać mogą do sformułowania stanowisk niejako na nowo.
Na nowo wobec dwuznaczności lustracji i personalnej rewolucji ostatnich dwóch lat. Na nowo wobec faktu nowej roli Polski w polityce europejskiej i naszego udziału w zbrojnych operacjach w Afganistanie i Iraku. Na nowo wreszcie wobec zmiany proporcji w dyskusji publicznej w Polsce. To, co mogło ukazać się jeszcze dziesięć lat temu tylko w "niszowych kwartalnikach", ma dziś pełne prawo obywatelstwa w kluczowych dziennikach. Co więcej, rozwarstwia się w dość ciekawy sposób, szukając odwołań nie tylko do przeciwnika, ale także do pomijanej zbyt często społecznej realności.
Zbawienne spory
Bardzo możliwe, że tradycje konserwatywne mogą dziś inspirować różne, nawet sprzeczne projekty polskiej polityki. Że mogą wyrażać zasadniczo odmienny stosunek do rodzimej i obcej kultury, mogą mieć różne strategie intelektualne i wychowawcze. Być może - w pewnej perspektywie - staną się rewizją tak daleko idącą, że zaprzeczającą takiej czy innej wizji prawicowości. O to martwić się nie warto. Podobnie jak nie warto martwić się o "gorszące podziały" w życiu intelektualnym.
Spór - nawet bardzo ostry - jest bowiem koniecznym warunkiem takich przewartościowań i takiej krystalizacji. To czego robić nie należy - to sprowadzać go do jednowymiarowych badań nad cudzymi apostazjami i umieszczania każdego wystąpienia na osi przebrzmiałych sporów. Tak jest wprawdzie łatwiej, bo zamiast refleksji nad rzeczywistością można odgrzewać jedynie stare wypróbowane argumenty. Warto wybrać jednak trud niepewnej i ryzykownej podróży w nieznane niż zbiorową gonitwę wkoło Macieju, po znanych na pamięć zaułkach polskiej debaty.
*Rafał Matyja, historyk, politolog, publicysta. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu - National Louis University w Nowym Sączu, redaktor naczelny kwartalnika "Praktyka Polityczna". W latach 80. redagował drugoobiegowe periodyki "Nurt" i "Polityka Polska", w latach 90. "Nowe Państwo" i "Kwartalnik Konserwatywny"
Ostatnie tygodnie publicystycznych zmagań na łamach głównych dzienników to powrót do retoryki bardzo ostrego sporu z początku lat 90. Suma lustracyjnych lęków i nadziei oraz moralnych napięć związanych z prawem chroniącym życie od poczęcia jest porównywalna tylko z tym, co działo się w Polsce w roku 1992 i 1993. Dzieje się tak mimo faktu, że jeszcze niedawno dość powszechnie uznawano zasadność "antyaborcyjnego kompromisu" zapisanego w ustawie i potwierdzonego orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Dzieje się tak po tym, jak parlament przyjął - pozytywnie ocenianą przez krytyków lustracji - prezydencką korektę do ustawy. Pole lustracyjnego kompromisu stało się z woli kilku wpływowych środowisk antylustracyjnych polem pustym.
Gazety ważniejsze niż partie
Zakwestionowanie tych dwóch kompromisów stawia nas w sytuacji, którą doskonale znamy z początku lat 90. Wystarczy zatem odrobina rozsądku i politycznego doświadczenia, by uznać, że ostrość z jaką powraca spór lustracyjny i aborcyjny, uruchomi dwa procesy - po pierwsze umieści w centrum debaty publicznej tematy wygodne dla politycznych pryncypializmów SLD i LPR i ich medialnych sojuszników, które skutecznie będą szantażować kompromisowo nastawione segmenty sceny politycznej. Po drugie będzie wiązał się z próbą nadania polityce na powrót charakteru skrajnie moralistycznego. Kto pamięta klimat pierwszych lat Trzeciej Rzeczypospolitej, bez trudu odnajdzie zresztą w dzisiejszych postawach i wypowiedziach replikę ówczesnych moralnych szantaży.
Wepchnięcie nas po raz wtóry w schemat wyrazistych światopoglądowych konfliktów z właściwymi im dyscyplinującymi okrzykami "naganiaczy" każdej ze stron będzie stratą zarówno dla życia publicznego i intelektualnego, jak i dla państwa, którego instytucje były w stanie wypracować dwa istotne kompromisy w sprawach, w których o porozumienie niezwykle trudno.
Paradoksalnie, kluczowa w tym sporze jest jednak nie tylko pozycja partii politycznych, ale trzech najważniejszych polskich dzienników. "Gazeta Wyborcza" stała się z własnej woli, w sposób otwarty organizatorem bojkotu ustawy lustracyjnej. Podważyła lustracyjny kompromis i uruchomiła dość niebezpieczną akcję tworzenia "jasnych podziałów" w środowisku akademickim i dziennikarskim.
Lustracyjne wojny profesorów i dziennikarzy
Niebezpieczną, bo wikłającą w polityczne spory i zbiorowe lojalności środowiska, które powinny funkcjonować w warunkach rzeczywistej autonomii i nie być zmuszanym do deklarowania się po stronie jednego z obozów. Ani życie uczelni, ani tym bardziej akademickie spory nie powinny być "organizowane" przez lustracyjne podziały. Kukułcze jajo "obywatelskiego protestu" wprowadza w życie szkoły wyższej szkodliwy dla jej misji podział i paradoksalnie usuwa możliwość rzetelnego stosunku do problemów osób mających w życiorysie epizod współpracy z SB. Współpracy, która mogła być - w pewnych przypadkach - pozorowana lub sprowadzać się do formalizmów. A w innych była wstrętnym donosicielstwem, działaniem na szkodę kolegów lub nawet robieniem kariery przy pomocy bezpieki.
Wydana przed kilkoma laty książka Ryszarda Terleckiego "Profesorowie UJ w aktach UB i SB" poświęcona inwigilacji środowiska akademickiego tej uczelni, znakomicie uzasadnia sensowność czynienia uważnych i dokładnych rozróżnień, a także wyjaśnienia ukrytych mechanizmów życia akademickiego epoki PRL. Zawodzi też zapewne wszystkich zwolenników czarno-białej wizji tamtego okresu. Atmosfera konfliktu utrudni rzetelne podejście do poszczególnych faktów współpracy i paradoksalnie uderzy w tych, których przez lata publicyści "Gazety" chcieli chronić: przypadkowo zaplątanych, zastraszonych, złamanych szantażem - ale nieszkodliwych. Zrówna bowiem wszelkie "ofiary lustracji", a jedynymi beneficjentami mogą być ci naprawdę podli.
Aborcyjne obsesje
Sprawa kompromisu aborcyjnego jest poważniejsza. Rozumiem kalkulację polityczną tych zwolenników obecnej ustawy, którzy chcieliby silniejszego utrwalenia jej zapisów. Można było jeszcze do niedawna sądzić, że w obecnym Sejmie istnieje większość zdolna do dokonania tego aktu. Można uważać, że ujęta wprost konstytucyjna forma ochrony życia jest nie tylko skuteczniejsza, ale po prostu ustrojowo właściwa. Sądzę, że zapis wzmacniający obecną ustawę powinien stać się jednym z istotnych punktów prac nad nową konstytucją lub zasadniczą korektą obowiązującej. Jednak obecny kształt tego sporu daleko wykracza poza opisany tu zamiar. Buduje podział, w którym zwolennicy istniejącego kompromisu aborcyjnego ku swojemu zdziwieniu znajdują się nagle "po drugiej stronie", po stronie "przeciwników życia" i zwolenników relatywizmu.
Zapowiedzi LPR dotyczące publikowania informacji o posłach głosujących przeciwko konstytucyjnej poprawce, ostre słowa dyrektora Radia Maryja - zapowiadają klimat nowej odsłony aborcyjnej debaty. Usuwają szansę na pozyskanie do projektów zmiany konstytucji klubu Platformy Obywatelskiej i przesuwają oś sporu na poziom dla samej sprawy ochrony życia niezwykle szkodliwy.
Michalski kontra Zdort
Symptomatyczny dla tej zmiany dyskursu jest spór, jaki rozgorzał między broniącym aborcyjnego kompromisu Cezarym Michalskim a posądzającym Michalskiego i DZIENNIK o apostazję i lewicowość Dominikiem Zdortem. W sporze tym spotykają się jednak nie tylko dwa punkty widzenia publicystów, nie tylko odmienne strategie intelektualne dwóch poważnych dzienników, ale także dwa punkty widzenia na politykę polską i debatę publiczną. Michalski odwołuje się bowiem do pewnego ideału społecznej Całości, zwanej w dawnych czasach państwem, a zarazem do "dialogicznej" i kompromisowej natury polityki. Zdort opowiada się po stronie ideowej pryncypialności i wizji polityki jako sztuki realizacji pewnych przedpolitycznych (ideowych, światopoglądowych) założeń czy projektów.
Przetłumaczona w ten sposób - nie wiem czy trafnie - postawa obu protagonistów wydaje się zwiastować ciekawy i ważny spór o to, co będzie kształtować polską politykę w najbliższych latach. W jakim stopniu będzie ona rozstrzyganym w wyborach konfliktem pryncypializmów, a w jakim rywalizacją między koncepcjami bardziej politycznymi. Podkreślam - w dyskusji tej nie chodzi o to, czy wyeliminować z debaty i polityki optykę państwową lub postawę pryncypialności ideowej, ale raczej - której z tych postaw dać pierwszeństwo.
Lewicowy DZIENNIK
Niestety, gdy próbujemy zredukować tę dyskusję do dotychczasowego wymiaru konfliktu prawica - lewica, traci sens i staje się jedynie rytualną wymianą ciosów. W sprawie ochrony życia i warunków niekaranej prawnie aborcji powiedziano w Polsce dostatecznie dużo, by stworzyć warunki jasnego przedstawiania własnych stanowisk. Dyskusja zatem może toczyć się na dwóch polach: po pierwsze - przesłanek naruszenia obecnego kompromisu, po drugie - sposobu na jego umocnienie.
W dyskusji pierwszej stronami są dziś przede wszystkim politycy SLD i LPR, w dyskusji drugiej - ci, którzy widzą możliwość skutecznego i ograniczonego w skutkach zapisu konstytucyjnego umacniającego ustawę i ci, którzy takie rozwiązanie uważają za politycznie niemożliwe lub rodzące ryzyko rozpętania nowej wojny światopoglądowej. Spór pierwszy jest sporem pryncypializmów, spór drugi - nierozstrzygalnym sporem o bardziej zasadną i bardziej roztropną drogę postępowania. Strony pierwszego sporu nieuchronnie będą odsądzać przeciwnika od czci i wiary. W drugim sporze bardziej stosowny jest umiar, bo jego przedmiotem nie są wbrew pozorom pryncypia, ale przekonanie o politycznej skuteczności takich bądź innych działań.
Spór aborcyjny jest też okazją do przywrócenia starych osi podziałów ideowych i politycznych. Nieprzypadkowo w tekstach Zdorta pojawia się zrazu klasyfikacja Michalskiego jako zwolennika skrajnej lewicy, a DZIENNIKA jako gazety lewicowej, a potem - głoszącej wrogość wobec wszelkich, tak lewicowych, jak i prawicowych wartości. Nie warto - jak sądzę - kruszyć kopii o to, w jakim stopniu kryterium lewicowości i prawicowości jest adekwatne do opisu strategii wydawniczych tej czy innej gazety; z pewnością można kryteria te odnosić do konkretnych tekstów i ich wypowiedzi. Jednak w pospiesznej klasyfikacji dokonanej przez Zdorta gubi się coś ważniejszego niż lewicowa czy prawicowa afiliacja jego adwersarza. Gubi się istota argumentacji Michalskiego i pozycja, jaką świadomie próbuje przyjąć wobec toczącego się sporu.
Stabilna "Wyborcza"
Owa niejednoznaczność DZIENNIK w sprawach światopoglądowych nie jest jednak - jak rozumiem - przypadkowa. Redaktorzy DZIENNIKA - jeszcze przed powstaniem gazety - jako środowisko skupione wokół "Europy" przyjęli morderczą strategię wyprowadzania czytelników z intelektualnej równowagi. Nie dość, że pozwalają sobie na ogłaszanie nieprzyjemnych tekstów rosyjskich publicystów i polityków, zreformowanych mniej lub bardziej marksistów, to jeszcze - co gorsza - podważają fundamenty ideologicznego status quo właściwego dla ostatnich lat siedemnastu. Czynią czytelnika niepewnym swych racji, wymuszają okrutny proces weryfikowania własnego stanowiska. W sferze publicznej burzą zastane sojusze i próbują tworzyć lub nazywać inne, często niespodziewane i nieoczekiwane.
Taka strategia prowokuje reakcję obronną w postaci oburzenia i odrzucenia, z czym spotykam się - niestety - dość często. Część moich rozmówców była poważnie zaniepokojona jeszcze wtedy, gdy nie było DZIENNIKA, a jedynie dodawana do "Faktu" "Europa".
Gorszono się w zasadzie wszystkim: jedni Andrzejem Nowakiem, Andrzejem Zybertowiczem i Jadwigą Staniszkis (nieznanym przecież czytelnikom "Gazety Wyborczej"), inni Sławomirem Sierakowskim i Sławojem Żiżkiem (nie do przyjęcia w prawicowym - jak sądzili - piśmie). Jedni i drudzy - prawie tak samo: gorszyli się estetycznie, bez argumentów i lektury. Za to zawsze z marsową miną.
Warto przy tym zauważyć, iż narzędziem stabilizującym ideologicznie status quo jest od lat "Gazeta Wyborcza". Wbrew panującej polemicznej modzie powiem, że nie jest to jej wina, lecz funkcja. W tej roli okazała się zresztą pożyteczna w zasadzie dla wszystkich. Jedna część polskiej inteligencji dowiaduje się z niej co wypada "sądzić", druga - z tych samych tekstów dowiaduje się, czego "sądzić" nie wypada. Codzienna lektura "gazety" upraszcza zatem nasze życie umysłowe i pomaga w kształtowaniu się poglądów opinii prawicowej i lewicowej. DZIENNIK psuje tę przyjemność wieloznacznością i intelektualną prowokacją. Prowokacją, która może zostać zmarnowana, gdy zostanie wepchnięta w objęcia boga wojny Marsa, sprowadzona do ideologicznego projektu o wyrazistym lewicowym lub prawicowym charakterze.
Czas na myślenie
Po kilkunastu latach zbrojnej retoryki walczących obozów otwiera się tymczasem perspektywa tyleż zachęcająca, co ryzykowna. Perspektywa przewartościowań i rewizji. Zachętą zewnętrzną jest załamanie się postkomunizmu, zarówno w jego materialnym (polityczno-ekonomicznym) jak i duchowym kształcie. Zachętą - niejako wewnętrzną - pojawienie się wyraźnych różnic w obrębie środowiska, które mogło uchodzić za "dekomunizacyjny monolit". Oba te zjawiska, poparte pewną otwartością i zdolnością do samokrytycznego spojrzenia wstecz, skłaniać mogą do sformułowania stanowisk niejako na nowo.
Na nowo wobec dwuznaczności lustracji i personalnej rewolucji ostatnich dwóch lat. Na nowo wobec faktu nowej roli Polski w polityce europejskiej i naszego udziału w zbrojnych operacjach w Afganistanie i Iraku. Na nowo wreszcie wobec zmiany proporcji w dyskusji publicznej w Polsce. To, co mogło ukazać się jeszcze dziesięć lat temu tylko w "niszowych kwartalnikach", ma dziś pełne prawo obywatelstwa w kluczowych dziennikach. Co więcej, rozwarstwia się w dość ciekawy sposób, szukając odwołań nie tylko do przeciwnika, ale także do pomijanej zbyt często społecznej realności.
Zbawienne spory
Bardzo możliwe, że tradycje konserwatywne mogą dziś inspirować różne, nawet sprzeczne projekty polskiej polityki. Że mogą wyrażać zasadniczo odmienny stosunek do rodzimej i obcej kultury, mogą mieć różne strategie intelektualne i wychowawcze. Być może - w pewnej perspektywie - staną się rewizją tak daleko idącą, że zaprzeczającą takiej czy innej wizji prawicowości. O to martwić się nie warto. Podobnie jak nie warto martwić się o "gorszące podziały" w życiu intelektualnym.
Spór - nawet bardzo ostry - jest bowiem koniecznym warunkiem takich przewartościowań i takiej krystalizacji. To czego robić nie należy - to sprowadzać go do jednowymiarowych badań nad cudzymi apostazjami i umieszczania każdego wystąpienia na osi przebrzmiałych sporów. Tak jest wprawdzie łatwiej, bo zamiast refleksji nad rzeczywistością można odgrzewać jedynie stare wypróbowane argumenty. Warto wybrać jednak trud niepewnej i ryzykownej podróży w nieznane niż zbiorową gonitwę wkoło Macieju, po znanych na pamięć zaułkach polskiej debaty.
*Rafał Matyja, historyk, politolog, publicysta. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu - National Louis University w Nowym Sączu, redaktor naczelny kwartalnika "Praktyka Polityczna". W latach 80. redagował drugoobiegowe periodyki "Nurt" i "Polityka Polska", w latach 90. "Nowe Państwo" i "Kwartalnik Konserwatywny"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl