Dziennik Gazeta Prawana logo

Alfabet strasburski

12 października 2007, 16:22
Ten tekst przeczytasz w 11 minut
Asertywna, a zdaniem niektórych agresywna polityka Polski wobec najsilniejszych państw UE budzi coś w rodzaju podziwu u innych świeżych członków Unii, zwłaszcza ze wschodniej Europy, którzy może też by tak chcieli, ale się boją. W efekcie Polska jest nieformalnym liderem państw z naszego zakątka kontynentu - pisze Igor Zalewski, publicysta DZIENNIKA.
Stanisławowi Wyspiańskiemu wystarczyły 24 godziny spędzone w Warszawie, żeby napisać "Noc listopadową", dramat zgrabnie umieszczony w topografii stolicy. Ja w Strasburgu przebywałem trzy razy dłużej, lecz pozwolę sobie na dziełko znacznie skromniejsze, rozmiarami bliższe zdolnościom autora. No i nie jest to dramat pisany wierszem, lecz impresyjny alfabet, w którym dzielę się swymi wrażeniami z wizyty w Parlamencie Europejskim. Parlamencie, o którym - jak sobie uświadomiłem - wiemy bardzo niewiele.

Absurdy
- jak wiadomo, zjednoczona Europa ma ich kilka w swoim DNA. Jednym z bardziej dotkliwych i drogich jest samo istnienie parlamentu w Strasburgu. Większość pracy deputowani wykonują w Brukseli, a do stolicy Alzacji przyjeżdżają jedynie na sesje plenarne, czyli debaty i głosowania. Oznacza to, że mniej więcej raz w miesiącu armia ludzi (posłów, asystentów, urzędników, pracowników, tłumaczy, kierowców) wyrusza do Strasburga. Ta wędrówka ludów jest upierdliwa, piekielnie droga i nie ma żadnego sensu, poza dopieszczeniem francuskiego ego. Mimo protestów i jęków wszystkich właściwie krajów i opcji politycznych, z tej absurdalnej sytuacji nie ma wyjścia, bo na jej straży stoi francuskie weto. Aha, warto jeszcze dodać, że archiwa i wiele biur PE mieści się w… Luksemburgu, co jeszcze potęguje zamieszanie i zwiększa koszty. Oficjalnie mówi się o setkach milionów euro, nieoficjalnie - aż strach pomyśleć…

Architektura - nowoczesna, futurystyczna, ale ciepła i ze smakiem. Parlament w Strasburgu kojarzy się z wielką rotundą, ale tak naprawdę to tylko gigantyczny przedsionek do parlamentu. W rotundzie tej mieszczą się biura posłów, a na 13. piętrze umiejscowiony jest taras, z którego rozpościera się cudowny widok na miasto. Nic dziwnego, że wielu urzędników w tym miejscu wykonuje papierkową robotę. Właściwy parlament mieści się w innym budynku i przypomina z zewnątrz ogromne drewniane planetarium zamknięte w jeszcze większym szklanym pudle. Robi wrażenie.

Atmosfera - zaskakująco sympatyczna. Może dlatego, że parlament wypełniony jest setkami przemiłych osób, które nieodmiennie cieszą się na swój widok. Wszyscy są dla siebie ujmująco grzeczni. O dziwo, nie owocuje to nudnościami.

Bielan - Adam. Jeden z 14 wiceprzewodniczących parlamentu. Szef ochrony gmachu z urzędowego szacunku prawie padł na kolana na jego widok, choć może troszkę sobie żartował. Postać bez wątpienia rozpoznawalna, o co w takim molochu wcale niełatwo. Nazywany powszechnie "monsieur president", co może wkurzyć prezydenta Kaczyńskiego, gdy się o tym dowie.

Biuro - każdy deputowany ma własne. Wraz z komputerem i asystentem. Wydaje się, że to zbytek, ale w istocie jest to rzecz absolutnie kluczowa. W polskim Sejmie przeciętny poseł, który nie jest partyjną szychą albo szefem komisji, o biurze na Wiejskiej może tylko pomarzyć. W efekcie wielu nawet zdolnych parlamentarzystów przesiaduje w knajpie przy piwie, gdzie pogrążają się w nieróbstwie i stopniowo degenerują. Ich europejscy koledzy mogą iść do własnego biura i tam w spokoju popracować.

Dojazd - najpopularniejszy temat rozmów między deputowanymi. Strasburg ma niewielkie lotnisko, z małą liczbą międzynarodowych lotów, w związku z czym wcale nie tak łatwo do niego dotrzeć. Posłowie nieustannie starają się wynaleźć kolejne szlaki i opowiadają sobie o komunikacyjnych przygodach. Z Polski do Strasburga można dolecieć przez Paryż, co oznacza, że trzeba nadrabiać drogi, albo Stuttgart - skąd (ponad 100 km) trzeba dojechać samochodem. Oczywiście samochody wysyła parlament (proszę sobie wyobrazić, ile to kosztuje!), co daje okazję do licznych niedogodności i narzekań. A to kierowca się spóźni, a to przyślą mercedesa po tuzin deputowanych, a to autokar po 3-osobową grupkę… Posłowie opowiadają sobie o tym bez końca. Z wielką ekscytacją.

Geremek - Bronisław, profesor oczywiście. Lata mijają, a profesor Geremek wciąż w prezydium - można by sparafrazować tekst z "Psów" Pasikowskiego. Były szef Unii Wolności przewodniczy posiedzeniom Klubu Polskiego i człowiek taki jak autor tego tekstu, który z bliska oglądał polską politykę lat 90., nie może się temu przypatrywać bez sentymentu. Latka lecą, ale profesor wciąż w dobrej formie.

Głosowania - przypominają grę komputerową, w której trzeba zestrzelić jak najwięcej statków kosmitów, ale jest ich tak dużo, że wszystkich rozwalić się nie da. Głosowania prowadzone są w ekspresowym tempie, a reakcja posłów jest opóźniona korowodem tłumaczeń (np. Słowak tłumaczony jest na angielski i dopiero ta translacja tłumaczona jest na kolejne języki narodowe). W efekcie ma się wrażenie, że wielu deputowanych po prostu nie nadąża za głosowaniami i wzniesieniem ręki odpowiada na pytanie, które było zadane… dwa głosowania temu. O wyniku głosowań decyduje tzw. większość optyczna - czyli prowadzący obrady na oko ocenia, czy wniosek przeszedł, czy nie. Gdy pojawiają się wątpliwości, używa się elektronicznej maszyny do głosowań. Szczerze mówiąc, mam jednak wrażenie, że wiele decyzji - tych mało istotnych oczywiście - zapada całkowicie przypadkowo.

Izolacja - stan, w którym jakoby się znajdujemy w zjednoczonej Europie, jako niesforny enfant terrible. W Strasburgu wcale to tak nie wygląda. Po pierwsze, podziały narodowościowe - o dziwo - są jednak mniej ważne od doraźnych podziałów w konkretnych sprawach. Po drugie, asertywna, a zdaniem niektórych agresywna polityka Polski wobec najsilniejszych państw UE budzi coś w rodzaju podziwu u innych świeżych członków Unii, zwłaszcza ze wschodniej Europy, którzy może też by tak chcieli, ale się boją. W efekcie Polska jest nieformalnym liderem państw z naszego zakątka kontynentu, a język polski często wykorzystywany jest do kontaktów między deputowanymi z byłych demoludów.

Kalendarzyk - o dziwo nie małżeński, lecz europejski. Każdy deputowany i urzędnik dostaje malutki kalendarzyk, w którym tygodnie zaznaczone są czterema różnymi kolorami, w zależności od tego, co będzie robił parlament. Wystarczy rzut oka i identyfikacja koloru, by poseł wiedział, czy danego dnia będzie przebywał w swej ojczyźnie, Brukseli (na zebraniu komisji albo posiedzeniu swej grupy politycznej) czy Strasburgu. Bardzo przydatny gadżet.

Klub Polski
- ciało gromadzące wszystkich polskich deputowanych, co wcale nie jest w Parlamencie Europejskim regułą. Temperatura polityki w KP jest znacznie niższa niż na krajowym podwórku, a ludzie - z wyższej półki niż na Wiejskiej. Co prawda PiS-owcy sarkają, że opozycja często zachowuje się nielojalnie wobec polskiej władzy, ale grubo przesadzają. Zwłaszcza gdy porówna się w miarę solidarne działania polskich deputowanych z nieustanną i bezpardonową wojną, jaką na europejskiej arenie toczy ze sobą włoska lewica z włoską prawicą.

Konflikty - te oczywiście w Klubie Polskim się jednak zdarzają. Na przykład Janusz Lewandowski obrażony jest na cały świat za to, że pozbawiono go stanowiska szefa komisji budżetowej. Z kolei poseł Sonik (PO) na posiedzeniu, które miałem okazję obserwować, miał zamiar z pewnej części ciała posła Golika (Samoobrona) zrobić - jak ujęto to w "Pulp Fiction" - jesień średniowiecza. Miała to być kara za ujawnienie naszego stanowiska negocjacyjnego dotyczącego definicji wódki. Sprawny jak zwykle profesor Geremek potrafił jednak rozładować atmosferę. Natomiast można w KP wyczuć coś w rodzaju niechęci do Macieja Giertycha - za to, że swymi obskuranckimi poglądami przyprawia gębę i całej Polsce, i pozostałym polskim deputowanym.

Kultura pracy
- niebotyczna, zwłaszcza w porównaniu z polskim Sejmem. O biurach już wspomniałem, drugą sprawą jest organizacja czasu. W Parlamencie Europejskim posiedzenia komisji i ich tematy rozpisane są często już na rok do przodu, dzięki czemu deputowany może z łatwością planować pracę i życie. W Sejmie posiedzenia komisji zwołuje się często na dwa, trzy dni przed terminem, niejako z zaskoczenia. Europejski deputowany pytany o to, kiedy jego komisja zajmie się ustawą X, powie: 24 września 2008 roku o 12.30. Jego polski kolega odpowie "nie wiem", nawet jeśli będzie to już za dwa tygodnie.

MEP - najpopularniejsze słowo w Strasburgu, a pewnie i w Brukseli. MEP to skrót od "member of parlament", czyli członek parlamentu, i w ten właśnie sposób, krótko i dosadnie, określa się deputowanych. W parlamencie panuje swoisty apartheid i są zakątki dostępne wyłącznie dla MEP-ów. Zwykły śmiertelnik może na przykład wejść do mepowskiej kawiarni czy restauracji tylko w towarzystwie deputowanego. W egalitarnym polskim Sejmie rzecz nie do pomyślenia.

Miejsca - do nagrywania telewizyjnych i radiowych wypowiedzi deputowanych. Są wyznaczone dwa. Poza nimi ekipy telewizyjne pętać się nie mogą. I znów - rzecz nie do pomyślenia na Wiejskiej, po której swobodnie buszują stada reporterów objuczonych kamerami. Inna rzecz, że owe dwa miejsca "medialne" zagospodarowane są oczywiście doskonale. Są w nich np. specjalne wielkie, pionowo ustawione tuby, w których można zasiąść na wygodnej kanapie i rozmawiać bez obawy, że mikrofon zarejestruje także szumy z zewnątrz.

Ogród - barek, nie tylko dla MEP-ów, gdzie dywan jest pokryty kwieciem. Stąd nazwa. Trzeba być bardzo asertywnym człowiekiem, żeby w tym barku zamówić kawę albo kanapkę. W końcu to jednak Francja i kelnerzy oraz barmani nie obsługują nazbyt pokornych.

Palenie - jak na Europę przystało, jest w gmachu parlamentu zakazane. Tyle tylko, że ogromna liczba deputowanych ten zakaz łamała i można było im... nadmuchać. Przepis zatem dalej istnieje, ale nie przestrzega się go szczególnie pedantycznie. Symptomatyczne.

Sala obrad - ogromna i aseptycznie biała. Deputowani usadzeni są nie narodowościami, lecz grupami politycznymi - od skrajnej lewicy po prawicę. Każdy poseł ma do dyspozycji mikrofon i przemawia z miejsca, na co zazwyczaj ma około półtorej minuty. Jeśli gada za długo, a prowadzący jest w kiepskim humorze, po prostu wyłącza mu mikrofon. Jeśli deputowany się awanturuje, marszałek wzywa wystrojonych we fraki panów, którzy bez ceregieli wyprowadzają krzykacza, co zapewne spodobałoby się Józefowi Piłsudskiemu. Mównica istnieje, ale jest rzadko wykorzystywana, więc nie ma sensu jej okupować. Prowadzący w znacznie większym stopniu od polskiego marszałka zależy od asystentów, którzy podpowiadają mu między innymi, jak poprawnie odczytać nazwisko następnego mówcy. Ma to spore znaczenie, bo kiedy na przykład Katalończyk zostaje przedstawiony z hiszpańska, to jest mu bardzo przykro. Dzień obrad w Strasburgu kończy się o północy.

Saryusz-Wolski
- Jacek, przewodniczący prestiżowej komisji spraw zagranicznych. Postać znacząca, co można poznać chociażby po tym, że pozwolono mu zapalić w restauracji dla MEP-ów, w której oczywiście absolutnie nie można palić. Bez wątpienia najważniejsza osoba w polskiej reprezentacji, człowiek, z którym się w parlamencie liczą i z którego emanuje pewność siebie i siła. Podobno zdarza mu się odmawiać spotkań z premierami, tak ma napięty kalendarz. W jego komisji zasiada kilku byłych szefów rządów i ministrów spraw zagranicznych. A także - zapewnie - kilku przyszłych. Niewykluczone, że wśród nich i sam Saryusz-Wolski.

Skrzynki - duże, podłużne, bodaj zielone metalowe pudła. Każdy deputowany ma taki boks i na koniec sesji ładuje do niego swoje szpargały i wystawia przed biuro. Ma prawo oczekiwać, że kiedy w poniedziałek pojawi się w Brukseli, pudło będzie już czekało na niego pod drzwiami. Imponująca logistyka, zważywszy że posłów jest 785.

Strasburg - stolica Alzacji i z tego powodu dobre miejsce na instytucje europejskie. Alzacja była bowiem obiektem rywalizacji między Niemcami oraz Francją i kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk. Za każdym razem zwycięska strona starała się obsiusiać zdobyty teren i postawić w nim kilka budowli niebudzących wątpliwości co do narodowego stylu. Strasburg jest w efekcie efektowną mieszanką tego, co najlepsze w architekturze niemieckiej i francuskiej. Najbardziej urokliwym zakątkiem miasta jest tzw. Petite France - teren pocięty kanałami, w których przeglądają się bajkowe średniowieczne domki, jak z kreskówek Disneya. Nazwa okolicy nie jest dowodem miłości do Francji, lecz raczej ostrzeżeniem - dawno temu można było tam łatwo złapać chorobę weneryczną, którą - nie wiedzieć czemu - nazywano przypadłością francuską. Dzisiaj Strasburg żyje z europarlamentu, a deputowani i urzędnicy relaksują się nocami w licznych knajpach średniowiecznego centrum. Czy coś tam łapią, trudno orzec.

Tłumacze - ludzie, bez których Unia Europejska absolutnie nie mogłaby funkcjonować. Każde najmniejsze wystąpienie tłumaczone jest na wszystkie narodowe języki państw członkowskich UE. Czasem wygląda to groteskowo, kiedy na posiedzeniu komisji (te obradują w Brukseli, nie w Strasburgu) leniwie dyskutuje ze sobą trzech znudzonych facetów, bo reszta poszła na kawę, a otacza ich gigantyczny tłum tłumaczy pogrążonych w gorączkowej pracy. Z wyjątkiem trwających do północy obrad plenarnych tłumacze kończą pracę o 17.30. I kiedy jakieś wyjątkowo ważne spotkanie z wyjątkowo ważną personą przeciągnie się poza tę godzinę, tłumacze zdejmują słuchawki i idą do domu, a wiekopomne spotkanie się kończy. Ot, Europa.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj