Kanclerz Merkel chciała od nas wiele i dostała to, czego pragnęła. Polskie władze niewątpliwie ustąpiły, godząc się na deklarację berlińską bez inwokacji do Boga i odniesienia do chrześcijańskich korzeni Europy. Poszły też na rękę Niemcom w sprawie eurokonstytucji - pisze Andrzej Talaga, publicysta DZIENNIKA.
Z pewnością Angela Merkel wyjechała z Polski w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, a może nawet zadowolenia. Po pierwsze, Warszawa zobowiązała się podpisać
deklarację berlińską na 50-lecie wspólnot europejskich, a po drugie, zgodziła się przyjąć obecny traktat konstytucyjny za podstawę negocjacji nad przyszłą ustawą zasadniczą Europy.
Czego więcej kanclerz Niemiec mogła oczekiwać od Polaków? Niewątpliwie odniosła sukces. Ale i my nie powinniśmy uważać się za przegranych - wręcz przeciwnie. Atmosfera tej wizyty, jej przebieg, pakiet tematów, które omawiano, pokazały dobitnie, że nie jesteśmy już dla Niemiec ubogim kuzynem ze Wschodu, staliśmy się jednym z najważniejszych państw na kontynencie, które ma decydujący głos w zasadniczych sprawach dotyczących przyszłości politycznej Unii Europejskiej i bezpieczeństwa jej członków.
Prezydent Francji Jacques Chirac, który nakazywał nam milczenie, gdy popieraliśmy amerykańską inwazję na Irak czy poprzedni kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, który wolał umizgiwać się do potężnej Rosji niż po partnersku rozmawiać z bratnią - w ramach UE - Polską, nie wyczuli najwyraźniej ducha dziejów. Ugrzęźli na dobre w stereotypach rodem z przeszłości. To oni, a nie polskie, węgierskie, słowackie itd. zapóźnienia czy chwilowe wybuchy nacjonalizmu w nowych krajach członkowskich Unii, byli zawalidrogami integracji i jedności kontynentu. Aroganci zapatrzeni w dawno minioną lub właśnie gasnącą potęgę swoich państw nie zauważyli najwyraźniej, że świat się zmienia, zmienia się Europa. Ta twarz arogancji i ignorancji przestaje już straszyć. Wraz z Angelą Merkel do Warszawy przyjechała inna Europa. Inne Niemcy.
Wiwat eurokonstytucja
Pani kanclerz chciała od nas wiele i dostała to, czego pragnęła. Polskie władze niewątpliwie ustąpiły, godząc się na deklarację berlińską bez inwokacji do Boga i odniesienia do chrześcijańskich korzeni Europy, co wzbudzało namiętny opór Francji i Belgii. Poszły też na rękę Niemcom w sprawie eurokonstytucji, akceptując jako punkt wyjścia do dalszych negocjacji traktat wypracowany przez konwent pod przewodnictwem Giscarda d’Estaing. Porzuciły tym samym obóz zwolenników napisania zupełnie nowego dokumentu reprezentowany głównie przez Wielką Brytanię i Czechy. Niemcy mogą teraz zapisać sobie po stronie aktywów przekonanie Polaków do pogłębienia integracji Europy. Tym samym niewątpliwie rosną szanse na przyjęcie w rozsądnym terminie traktatu akceptowalnego przez wszystkich członków UE.
Merkel uzasadniała konieczność przyjęcia tego dokumentu argumentami, z którymi nie sposób się nie zgodzić. - W globalizującym się świecie tylko silna i zjednoczona, a nie podzielona i słaba Unia będzie liczącym się graczem - dowodziła. Siłę zaś da jej usprawnienie unijnych struktur oraz większa niż dotychczas koordynacja polityki zewnętrznej, a do tego niezbędny jest traktat podstawowy. Czy nazwiemy go konstytucją czy nie - nie ma znaczenia. Polska dała podczas wizyty pani kanclerz wyraźny sygnał: to także nasz sposób myślenia.
Teraz pozostało już tylko wynegocjowanie szczegółów, w tym tak kontrowersyjnych jak sposób liczenia głosów w Radzie Europejskiej, a tu Polska i Niemcy mają odmienne stanowiska, więc szykuje się ostry spór. Ale nie będzie to już spór o pryncypia, ale o realną władzę w UE. Zapewne jednak kanclerz Merkel nie uzyskałaby tego wszystkiego, gdyby przyjechała z pustymi rękoma. Podczas przemówienia w auli Adama Mickiewicza na Uniwersytetcie Warszawskim zasypała nas miłym dla ucha potokiem słów. Podkreślała rolę "Solidarności" w przemianach w Europie oraz nadrzędną rolę Polski jako partnera zagranicznego Niemiec. Mówiła o pojednaniu polsko-niemieckim porównywalnym z pojednaniem francusko-niemieckim, które było wszak trzonem i zarazem niezbędnym warunkiem powstania wspólnot europejskich. Takich deklaracji słucha się z przyjemnością, ale zapewne podobnie przemawiałby każdy inny kanclerz Niemiec w tym miejscu. Może byłby bardziej wstrzemięźliwy, nie spotkałby się z tak ciepłym przyjęciem, ale ogólny zarys przemówienia musiałby być podobny. Wszak gesty niewiele kosztują.
Konkrety na stół
Merkel przyjechała jednak do znaczącego partnera w europejskim koncercie, a taki wysłucha z wdzięcznością przyjacielskiej przemowy, ale zapyta też o konkrety. I kanclerz Niemiec przywiozła je do Warszawy. Zachowała się jak rasowy negocjator, a nie bogaty stryj odwiedzający ubogiego bratanka, co to po plecach poklepie, wciśnie parę euro do kieszeni, ale nie ma najmniejszego zamiaru uwzględniać racji młodzieńca w swoich dalekosiężnych planach. Na dobry początek zapowiedziała, że Unia będzie solidarna z Polską wobec rosyjskiego embarga na nasze mięso. Nawet więcej niż solidarna: jak podkreśliła pani kanclerz, Komisja Europejska i Rada Europejska zajmą w tej sprawie stanowisko identyczne z polskim.
Oznacza to, że w dalszych negocjacjach Moskwa nie ma co liczyć na zmiękczenie Warszawy lub utargowanie czegoś na boku z największymi krajami UE. Nie, teraz stanie twarzą w twarz z całą Unią, zjednoczoną w obronie naszych racji. O takim wsparciu przed akcesją do UE nie mogliśmy nawet marzyć, bez niej prędzej czy później musielibyśmy ugiąć się pod presją Moskwy wspartej naciskami ze strony znudzonego polskim oporem Berlina. Tak mogło być, ale stało się inaczej. Niemcy stanęły za nami, bo zrozumiały jak ważny jest polski głos w Unii.
Później, podczas rokowań z prezydentem Kaczyńskim już ostrożniej, ale jednak, Merkel dała nam nadzieję na wpisanie solidarności energetycznej do przyszłej eurokonstytucji. Polskie ucho mile połechtała też zapowiedź podpisania przez Unię gospodarczego partnerstwa euroatlantyckiego ze Stanami Zjednoczonymi. Pójdzie za nim zapewne także partnerstwo polityczne. To już nie dawna Unia wygrażająca Amerykanom za Irak, w tej nowej Europie czasu Merkel Polacy nie muszą wybierać: budować swoje bezpieczeństwo w oparciu o USA czy UE. Na szczęście dla nas alternatywa ta wyraźnie traci na aktualności.
Co z tą Rosją?
Niewątpliwie z Warszawy i Juraty na Helu, gdzie toczyły się rokowania, powiało optymizmem. Na rozmowy rzucało jednak cień odmienne podejście do Rosji. Owszem, Niemcy i Unia poprą Polskę w sprawie embarga, co więcej - jak zapowiedziała kanclerz Merkel - będą łączyć rozmowy gospodarcze z Rosjanami z monitorowaniem przestrzegania przez Kreml praw człowieka, ale nie zamierzają ustąpić w sprawie Gazociągu Północnego. Proponują jedynie Polakom podłączenie się do tej instalacji.
To nie przypadek. Angela Merkel, mimo tak odmiennego podejścia, podziela jednak zasadniczy kierunek rosyjskiej polityki swojego poprzednika Gerharda Schrödera. Rosja ma być strategicznym dostawcą surowców energetycznych do Europy, dlatego - co podkreślała niemiecka kanclerz w Warszawie - Niemcom zależy na jak najszybszym podpisaniu nowego partnerstwa z Moskwą, którego częścią będzie właśnie bezpieczeństwo energetyczne.
Polska zapatruje się na te sprawy zasadniczo odmiennie. Nam zależy na zmniejszeniu zależności krajów UE od rosyjskich dostaw i daleko idącej dywersyfikacji; właśnie dlatego nasza dyplomacja jest ostatnio tak aktywna na obszarze kaspijsko-czarnomorskim. My chcemy ropy i gazu płynących do Europy z pominięciem terytorium Rosji. Niemcy zaś czegoś dokładnie przeciwnego.
Nie jesteśmy w stanie zmusić Berlina, by zmienił swój punkt widzenia w tych sprawach, naszym sukcesem jest jednak to, że Niemcy biorą pod uwagę polskie racje i nie ignorują ich, jak to miało miejsce poprzednio. Pozostanie teraz wypracowanie takich rozwiązań, by Niemcy miały rosyjski gaz, a my poczucie, że Unia zagwarantuje nam płynność dostaw w razie jakiegokolwiek kryzysu lub wstrzymania dostaw przez Rosję. Po zmianie tonu przez Berlin nie jest to niemożliwe. Nigdy, pod żadnym pozorem, nie możemy dopuścić, by w tak zasadniczej sprawie Niemcy dogadywały się z Rosją z pominięciem Polski. Ale oznacza to, że musimy też być gotowi do kompromisów, a może nawet utemperowania - w imię racji stanu - naszych, niekiedy nawet uzasadnionych, ataków na Moskwę.
Dwudniowa wizyta Angeli Merkel w Polsce była uczciwym targiem między partnerami - ceniącymi się wzajemnie i rozumiejącymi swoje racje. Tak właśnie uprawia się skuteczną politykę zagraniczną. Bez histerii, nieodpowiedzialnych deklaracji, szarż dyplomatycznych. Polska nie musi już zwracać na siebie uwagi mocnymi gestami, ten etap minął. Teraz liczą się z nami w Europie i możemy sporo zyskać, jeśli będziemy prowadzić negocjacje twardo, ale i z wyczuciem.
To była udana wizyta. Miejmy nadzieję, że po Angeli Merkel nie powrócą nigdy mroki schröderyzmu, a Niemcy nie będą więcej zachowywały się jak teutoński słoń w składzie europejskiej porcelany.
Czego więcej kanclerz Niemiec mogła oczekiwać od Polaków? Niewątpliwie odniosła sukces. Ale i my nie powinniśmy uważać się za przegranych - wręcz przeciwnie. Atmosfera tej wizyty, jej przebieg, pakiet tematów, które omawiano, pokazały dobitnie, że nie jesteśmy już dla Niemiec ubogim kuzynem ze Wschodu, staliśmy się jednym z najważniejszych państw na kontynencie, które ma decydujący głos w zasadniczych sprawach dotyczących przyszłości politycznej Unii Europejskiej i bezpieczeństwa jej członków.
Prezydent Francji Jacques Chirac, który nakazywał nam milczenie, gdy popieraliśmy amerykańską inwazję na Irak czy poprzedni kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, który wolał umizgiwać się do potężnej Rosji niż po partnersku rozmawiać z bratnią - w ramach UE - Polską, nie wyczuli najwyraźniej ducha dziejów. Ugrzęźli na dobre w stereotypach rodem z przeszłości. To oni, a nie polskie, węgierskie, słowackie itd. zapóźnienia czy chwilowe wybuchy nacjonalizmu w nowych krajach członkowskich Unii, byli zawalidrogami integracji i jedności kontynentu. Aroganci zapatrzeni w dawno minioną lub właśnie gasnącą potęgę swoich państw nie zauważyli najwyraźniej, że świat się zmienia, zmienia się Europa. Ta twarz arogancji i ignorancji przestaje już straszyć. Wraz z Angelą Merkel do Warszawy przyjechała inna Europa. Inne Niemcy.
Wiwat eurokonstytucja
Pani kanclerz chciała od nas wiele i dostała to, czego pragnęła. Polskie władze niewątpliwie ustąpiły, godząc się na deklarację berlińską bez inwokacji do Boga i odniesienia do chrześcijańskich korzeni Europy, co wzbudzało namiętny opór Francji i Belgii. Poszły też na rękę Niemcom w sprawie eurokonstytucji, akceptując jako punkt wyjścia do dalszych negocjacji traktat wypracowany przez konwent pod przewodnictwem Giscarda d’Estaing. Porzuciły tym samym obóz zwolenników napisania zupełnie nowego dokumentu reprezentowany głównie przez Wielką Brytanię i Czechy. Niemcy mogą teraz zapisać sobie po stronie aktywów przekonanie Polaków do pogłębienia integracji Europy. Tym samym niewątpliwie rosną szanse na przyjęcie w rozsądnym terminie traktatu akceptowalnego przez wszystkich członków UE.
Merkel uzasadniała konieczność przyjęcia tego dokumentu argumentami, z którymi nie sposób się nie zgodzić. - W globalizującym się świecie tylko silna i zjednoczona, a nie podzielona i słaba Unia będzie liczącym się graczem - dowodziła. Siłę zaś da jej usprawnienie unijnych struktur oraz większa niż dotychczas koordynacja polityki zewnętrznej, a do tego niezbędny jest traktat podstawowy. Czy nazwiemy go konstytucją czy nie - nie ma znaczenia. Polska dała podczas wizyty pani kanclerz wyraźny sygnał: to także nasz sposób myślenia.
Teraz pozostało już tylko wynegocjowanie szczegółów, w tym tak kontrowersyjnych jak sposób liczenia głosów w Radzie Europejskiej, a tu Polska i Niemcy mają odmienne stanowiska, więc szykuje się ostry spór. Ale nie będzie to już spór o pryncypia, ale o realną władzę w UE. Zapewne jednak kanclerz Merkel nie uzyskałaby tego wszystkiego, gdyby przyjechała z pustymi rękoma. Podczas przemówienia w auli Adama Mickiewicza na Uniwersytetcie Warszawskim zasypała nas miłym dla ucha potokiem słów. Podkreślała rolę "Solidarności" w przemianach w Europie oraz nadrzędną rolę Polski jako partnera zagranicznego Niemiec. Mówiła o pojednaniu polsko-niemieckim porównywalnym z pojednaniem francusko-niemieckim, które było wszak trzonem i zarazem niezbędnym warunkiem powstania wspólnot europejskich. Takich deklaracji słucha się z przyjemnością, ale zapewne podobnie przemawiałby każdy inny kanclerz Niemiec w tym miejscu. Może byłby bardziej wstrzemięźliwy, nie spotkałby się z tak ciepłym przyjęciem, ale ogólny zarys przemówienia musiałby być podobny. Wszak gesty niewiele kosztują.
Konkrety na stół
Merkel przyjechała jednak do znaczącego partnera w europejskim koncercie, a taki wysłucha z wdzięcznością przyjacielskiej przemowy, ale zapyta też o konkrety. I kanclerz Niemiec przywiozła je do Warszawy. Zachowała się jak rasowy negocjator, a nie bogaty stryj odwiedzający ubogiego bratanka, co to po plecach poklepie, wciśnie parę euro do kieszeni, ale nie ma najmniejszego zamiaru uwzględniać racji młodzieńca w swoich dalekosiężnych planach. Na dobry początek zapowiedziała, że Unia będzie solidarna z Polską wobec rosyjskiego embarga na nasze mięso. Nawet więcej niż solidarna: jak podkreśliła pani kanclerz, Komisja Europejska i Rada Europejska zajmą w tej sprawie stanowisko identyczne z polskim.
Oznacza to, że w dalszych negocjacjach Moskwa nie ma co liczyć na zmiękczenie Warszawy lub utargowanie czegoś na boku z największymi krajami UE. Nie, teraz stanie twarzą w twarz z całą Unią, zjednoczoną w obronie naszych racji. O takim wsparciu przed akcesją do UE nie mogliśmy nawet marzyć, bez niej prędzej czy później musielibyśmy ugiąć się pod presją Moskwy wspartej naciskami ze strony znudzonego polskim oporem Berlina. Tak mogło być, ale stało się inaczej. Niemcy stanęły za nami, bo zrozumiały jak ważny jest polski głos w Unii.
Później, podczas rokowań z prezydentem Kaczyńskim już ostrożniej, ale jednak, Merkel dała nam nadzieję na wpisanie solidarności energetycznej do przyszłej eurokonstytucji. Polskie ucho mile połechtała też zapowiedź podpisania przez Unię gospodarczego partnerstwa euroatlantyckiego ze Stanami Zjednoczonymi. Pójdzie za nim zapewne także partnerstwo polityczne. To już nie dawna Unia wygrażająca Amerykanom za Irak, w tej nowej Europie czasu Merkel Polacy nie muszą wybierać: budować swoje bezpieczeństwo w oparciu o USA czy UE. Na szczęście dla nas alternatywa ta wyraźnie traci na aktualności.
Co z tą Rosją?
Niewątpliwie z Warszawy i Juraty na Helu, gdzie toczyły się rokowania, powiało optymizmem. Na rozmowy rzucało jednak cień odmienne podejście do Rosji. Owszem, Niemcy i Unia poprą Polskę w sprawie embarga, co więcej - jak zapowiedziała kanclerz Merkel - będą łączyć rozmowy gospodarcze z Rosjanami z monitorowaniem przestrzegania przez Kreml praw człowieka, ale nie zamierzają ustąpić w sprawie Gazociągu Północnego. Proponują jedynie Polakom podłączenie się do tej instalacji.
To nie przypadek. Angela Merkel, mimo tak odmiennego podejścia, podziela jednak zasadniczy kierunek rosyjskiej polityki swojego poprzednika Gerharda Schrödera. Rosja ma być strategicznym dostawcą surowców energetycznych do Europy, dlatego - co podkreślała niemiecka kanclerz w Warszawie - Niemcom zależy na jak najszybszym podpisaniu nowego partnerstwa z Moskwą, którego częścią będzie właśnie bezpieczeństwo energetyczne.
Polska zapatruje się na te sprawy zasadniczo odmiennie. Nam zależy na zmniejszeniu zależności krajów UE od rosyjskich dostaw i daleko idącej dywersyfikacji; właśnie dlatego nasza dyplomacja jest ostatnio tak aktywna na obszarze kaspijsko-czarnomorskim. My chcemy ropy i gazu płynących do Europy z pominięciem terytorium Rosji. Niemcy zaś czegoś dokładnie przeciwnego.
Nie jesteśmy w stanie zmusić Berlina, by zmienił swój punkt widzenia w tych sprawach, naszym sukcesem jest jednak to, że Niemcy biorą pod uwagę polskie racje i nie ignorują ich, jak to miało miejsce poprzednio. Pozostanie teraz wypracowanie takich rozwiązań, by Niemcy miały rosyjski gaz, a my poczucie, że Unia zagwarantuje nam płynność dostaw w razie jakiegokolwiek kryzysu lub wstrzymania dostaw przez Rosję. Po zmianie tonu przez Berlin nie jest to niemożliwe. Nigdy, pod żadnym pozorem, nie możemy dopuścić, by w tak zasadniczej sprawie Niemcy dogadywały się z Rosją z pominięciem Polski. Ale oznacza to, że musimy też być gotowi do kompromisów, a może nawet utemperowania - w imię racji stanu - naszych, niekiedy nawet uzasadnionych, ataków na Moskwę.
Dwudniowa wizyta Angeli Merkel w Polsce była uczciwym targiem między partnerami - ceniącymi się wzajemnie i rozumiejącymi swoje racje. Tak właśnie uprawia się skuteczną politykę zagraniczną. Bez histerii, nieodpowiedzialnych deklaracji, szarż dyplomatycznych. Polska nie musi już zwracać na siebie uwagi mocnymi gestami, ten etap minął. Teraz liczą się z nami w Europie i możemy sporo zyskać, jeśli będziemy prowadzić negocjacje twardo, ale i z wyczuciem.
To była udana wizyta. Miejmy nadzieję, że po Angeli Merkel nie powrócą nigdy mroki schröderyzmu, a Niemcy nie będą więcej zachowywały się jak teutoński słoń w składzie europejskiej porcelany.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl