W kraju, który przeżywa burzliwą przygodę z kapitalizmem, i gdzie prawdziwa lewica społeczna byłaby naprawdę potrzebna, mamy zamiast niej jedynie związek zawodowy byłych funkcjonariuszy władzy PRL. Pozbawionych ideowości i nawet politykę historyczną uprawiających wyłącznie w obronie własnych przywilejów. A co najciekawsze, mających pełną świadomość tego, kim naprawdę są. Nawet
nieudających - przynajmniej przed samymi sobą, bo oczywiście nie przed wyborcami - że żadni z nich socjaliści. Przyznających się do tego jawnie i barwnym językiem.

Leszek Miller, Józef Oleksy, Jerzy Szmajdziński, Aleksander Kwaśniewski, Jerzy Urban... Mogli się po roku 1989 usunąć w cień. Choćby symboliczny, z którego nieniepokojeni przez nikogo i tak by wpływali na politykę kadrową lewicowych partii. Byli wystarczająco silni. Największy polityczny mecz swego życia, przeciwko "Solidarności" zakończyli przecież remisem. Ze wskazaniem na siebie. Członkowie KC PZPR, pierwsi sekretarze KW, szefowie ZSP i ZSMP chcieli jednak zachować dla siebie doczesną i wymierną władzę. I udało się im. Zajęli w nowej Polsce całą lewą stronę sceny politycznej, a Józef Oleksy w swojej szczerej rozmowie z Aleksandrem Gudzowatym tłumaczy dlaczego.

Bo żadni naiwni młodzi socjaliści z PPS czy Unii Pracy, którzy na początku lat 90. próbowali konkurować z Oleksym, Millerem, Szmajdzińskim, nie mieli pieniędzy, aparatu, swoich ludzi w służbach, tygodnika "Nie". Nie brali udziału w wielkich prywatyzacjach. I nawet dzisiaj żadne "Krytyki Polityczne" czy Zieloni 2004 nie mają z nimi szans. Na razie na lewicy nadal rządzą starzy towarzysze. Nie zmieniły tego dokonywane co parę lat liftingi: zastępowanie Millera Szmajdzińskim, Janika Dyduchem. Oddajmy zresztą głos ekspertowi w sprawach lewicy, Józefowi Oleksemu: "Stare twarze nie muszą wracać, bo są! Borowski to nowa twarz? A Szmajdziński to jest nowa twarz? Szmajdziński był u mnie wiceprzewodniczącym. To co to za nowa lewica, to śmieszne jest". Nie sposób odmówić mu racji.