List żelazny, czyli glejt, gwarantuje oskarżonemu, że do czasu uprawomocnienia się wyroku - co niekiedy może trwać nawet kilka lat - pozostanie on na wolności. Najprawdopodobniej - co jest stosowaną praktyką - szczególnie wobec osób mających podobny status materialny jak Stokłosa, wydanie listu żelaznego sąd uzależni od poręczenia majątkowego.
Stokłosa na wypoczynku
Przypomnijmy, że list żelazny wydaje się oskarżonemu, który przebywa za granicą. Zapewnia mu, że nie zostanie on aresztowany zaraz po przekroczeniu granicy, co by nastąpiło w wypadku każdego innego przestępcy poszukiwanego listem gończym. Glejt ów gwarantuje mu wolność przez cały okres, kiedy toczy się sprawa, przy założeniu, że zostaną spełnione trzy warunki. Pierwszy, że oskarżony będzie się stawiał każdorazowo w wyznaczonym przez prokuratora lub sąd miejscu i czasie. Drugi, że nie będzie się oddalał bez zezwolenia sądu z obranego miejsca pobytu w kraju. Trzecim jest to, że posiadacz listu żelaznego nie będzie namawiał świadków do składania fałszywych zeznań lub w inny sposób zacierał śladów przestępstwa. Złamanie jednego z tych warunków jest równoznaczne z pozbawieniem oskarżonego glejtu i osadzeniem go w areszcie tymczasowym.
Początkowo nic nie zapowiadało, że ścigany za korupcję Stokłosa będzie chciał skorzystać z przywileju, jaki daje list żelazny. Kilka dni po ujawnieniu, że prokuratura poszukuje go - a było to na początku lutego - jego żona Anna zapowiadała, że mąż, były senator, właściciel holdingu rolniczo-przetwórczego Farmutil, w każdej chwili jest gotowy zgłosić się do prokuratury i złożyć obszerne wyjaśnienia. Nie robi tego w tej chwili - mówiła - bo jest na wypoczynku, ale lada dzień sam się zgłosi i wszystko wyjaśni, gdyż nie ma nic do ukrycia. Jednak ta zapowiedź nie została spełniona. Dziś pani Anna sugeruje, że list żelazny jest dla jej męża najlepszą drogą do spotkania się z prokuraturą. To pozwoli mu - twierdzi żona - oczyścić się z zarzutów, bo są one - jak sugeruje - zwykłym pomówieniem.
A sam Henryk Stokłosa, który przebywa teraz za granicą, najprawdopodobniej w Niemczech, będzie pewnie cierpliwie czekał, dopóki sąd nie wyznaczy wysokości kaucji w zamian za glejt. Zakładam, że kaucja będzie oscylowała wokół miliona złotych jako minimum. Przypomnijmy, że Centralne Biuro Śledcze zabezpieczyło majątek Stokłosy w wysokości 20 milionów złotych na poczet ewentualnych kar.
Żelaźni: Gołota i Klemba
Najgłośniejszym w ostatnich latach przypadkiem przyznania przez sąd oskarżonemu listu żelaznego, była sprawa znanego pięściarza zawodowego Andrzeja Gołoty.
Gołocie wydano go w 1996 roku po to, aby mógł stanąć przed sądem we Włocławku za przestępstwo popełnione kilka lat wcześniej. Chodziło o sprawę z 1990 r., kiedy w restauracji Zazamcze we Włocławku pobił jednego z gości lokalu, sterroryzował go pistoletem gazowym i zabrał mu ubranie. Nawiasem mówiąc, wszystko to zdarzyło się w toalecie. Kiedy Gołota zaczął starania o przyznanie mu listu żelaznego, był już najbardziej znanym polskim sportowcem w Stanach Zjednoczonych, który stoczył kilka porywających pojedynków z najlepszymi pięściarzami Ameryki. Sąd włocławski, wydając wyrok, podkreślił, że tych osiągnięć sportowych Gołoty nie bierze pod uwagę. Chce mu jednak dać szansę na wyprostowanie życia i skazał go na dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy. Warto przy okazji powiedzieć, że Gołota uzyskał list żelazny dzięki wstawiennictwu ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
Inny głośny przypadek przyznania listu żelaznego to sprawa pułkownika Jerzego Klemby. Ten były oficer wojskowych służb specjalnych z czasów PRL został oskarżony przez prokuraturę warszawską o to, że na początku lat 90. zagarnął dwa miliony złotych na szkodę spółki Impexmetal oraz wyłudził 800 tysięcy złotych z banku w Lublinie. Ze służby odszedł nie z własnej woli już 1988 roku. List żelazny przyznano mu wiosną 2001 roku, kiedy już od kilku lat przebywał w Wenezueli. Tam prowadził interesy ze swoim wspólnikiem z Polski, Januszem Pineiro, któremu prokuratura postawiła identyczne zarzuty jak Klembie. Ich nazwiska stały się głośne po emisji w tym samym roku bulwersującego filmu telewizji publicznej Dramat w trzech aktach. Obraz ten, autorstwa Witolda Krasuckiego, oskarżał braci Kaczyńskich i innych polityków ówczesnego Porozumienia Centrum, że na początku lat 90. korzystali rzekomo z pieniędzy FOZZ.
Cel filmu TVP kierowanej przez Roberta Kwiatkowskiego był jasny. Na kilka miesięcy przed rozpoczęciem kampanii wyborczej chodziło o skompromitowanie liderów PiS i osłabienie wyniku wyborczego partii wyrastającej wówczas na najgroźniejszego konkurenta SLD. Głównymi narratorami filmu byli dwaj Polacy mieszkający od wielu lat na stałe w Wenezueli: właśnie Jerzy Klemba i Janusz Pineiro. Ten drugi opowiadał, jak na początku lat 90. wręczał rzekomo pieniądze politykom PC. Bracia Kaczyńscy wytoczyli proces twórcom Dramatu w trzech aktach, oskarżając ich o manipulację i niewiarygodność. Sąd uznał, że film bezpodstawnie naraził na szwank dobre imię braci Kaczyńskich i nakazał ich przeproszenie. Tymczasem proces w sprawie nadużyć finansowych Klemby i Pineiro wlecze się od kilku lat i jego końca nie widać.
Zarzuty wobec Henryka Stokłosy są jednak wielokrotnie poważniejsze. Jak go nazywają w Pile, król kiełbasy i podrobów korumpował urzędników państwowych po to, by uzyskiwać korzystne decyzje podatkowe dla swojej firmy Farmutil. W liście gończym, który jest podstawą do jego zatrzymania, mówi się o 40 tysiącach złotych łapówki dla byłego prezesa sądu administracyjnego w Poznaniu. Prokuratura twierdzi, że Stokłosa przekupił też urzędników z Ministerstwa Finansów, z których niektórzy siedzą w areszcie od maja 2006 roku. Sławomira M., byłego dyrektora Departamentu Podatków Bezpośrednich, kwotą 130 tysięcy złotych, Andrzeja Ż., dyrektora Departamentu Systemu Podatkowego, sumą 50 tysięcy złotych.
Cudowne ucieczki
Nagłe zapadnięcie się pod ziemię Henryka Stokłosy na kilkadziesiąt godzin przed planowanym przez policję zatrzymaniem, a później nie mniej niespodziewane odkrycie, że podejrzany przez prokuraturę o popełnienie przestępstw popija kawkę na tarasie kawiarni hotelowej w jednym z krajów zachodnich, nie jest - niestety -pierwszym tego rodzaju zdarzeniem w wolnej Polsce.
Najgłośniejszym była ucieczka latem 1991 r. do Izraela cudownej pary polskiego biznesu - Andrzeja Gąsiorowskiego i Bogusława Bagsika. Właciciele firmy Art B, wynalazcy słynnego oscylatora, którzy dzięki wielokrotnemu przerzucaniu tych samych pieniędzy z banku do banku nawet w ciągu tego samego dnia, zdołali wydrenować z polskich banków przez niecały rok ponad 400 milionów złotych. Kiedy policja przygotowywała operację zatrzymania, obydwaj - jak się do dziś twierdzi - z walizkami pełnymi pieniędzy odlatywali do Tel Awiwu.
W nieco inny, ale równie zagadkowy sposób zniknął z Polski Andrzej Gołota, kiedy po pobiciu gościa restauracji Zazamcze zaczęła poszukiwać go policja. Dopiero kilkanaście lat potem wyszło na jaw, że przez ponad rok słynny bokser ukrywał się w podwarszawskim Ożarowie w willi domniemanego szefa mafii pruszkowskiej Andrzeja Kolikowskiego, słynnego Pershinga. Gangster ów, przyjaciel Gołoty, załatwiał w tym czasie fałszywe papiery włącznie z paszportem, który pozwolił bokserowi uciec do Ameryki.
Również Klemba i Pineiro zagrożeni w 1992 roku postawieniem zarzutów o wyłudzenia finansowe, w ostatniej chwili przed zatrzymaniem uciekli do Ameryki Południowej.
Żadna z opisywanych tu ucieczek, w tym Henryka Stokłosy, nie była dziełem przypadku. Bagsik i Gąsiorowski zostali ostrzeżeni - jak dziś wiadomo - przez Macieja Zalewskiego, będącego wówczas pracownikiem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Zalewski został za to skazany; po odbyciu połowy kary wyszedł niedawno na wolność.
Do Andrzeja Gołoty wiadomość o tym, że poszukuje go prokuratura we Włocławku, dotarła przez jednego z członków włocławskiego podziemnego światka, któremu jakiś policjant pochwalił się, że zamierzają po cichu zdjąć Gołotę w Warszawie.
O tym, że Klembie policja zaczyna deptać po piętach, a prokuratura przygotowuje wniosek o zatrzymanie go wraz ze wspólnikiem Pineiro, Klemba dowiedział się odpowiednio wcześnie od swoich starych znajomków, oficerów WSI, którzy mieli swoje wtyki wszędzie, w tym także w prokuraturze.
Z kolei pilski magnat od początku lat 90. budował wokół siebie podwójny krąg: z jednej strony była to sieć różnych znajomości, począwszy od szczebla lokalnego poprzez województwo aż do instytucji centralnych, takich jak np. Ministerstwo Finansów, które ułatwiały mu załatwianie interesów zgodnie z jego potrzebami. Drugi krąg to system wczesnego ostrzegania. Do tego kręgu należeli policjanci, prokuratorzy i sędziowie sądów gospodarczych. Jest niemal pewne, że Stokłosa został ostrzeżony o planowanym zatrzymaniu przez jednego z ludzi pochodzących właśnie z tego drugiego kręgu.
I w tym przypadku trudno będzie udowodnić konkretnym informatorom, że ostrzegli swojego nieformalnego chlebodawcę przed aresztowaniem. Jedno jest wszakże pewne, to nie przypadek, że w ostatniej chwili poszukiwani przez prokuraturę zawsze uciekają za granicę.
Ostatni najsłynniejszy uciekinier z Polski, znany biznesmen i wieloletni senator Henryk Stokłosa stara się o przyznanie mu listu żelaznego. Pewnie lada dzień jego prośbę przekażą Prokuraturze Okręgowej Warszawa-Praga jego pełnomocnicy. Wśród nich Jacek Gutkowski, były prokurator, który prowadził słynną sprawę tzw. inwigilacji prawicy. Stokłosa chciałby bowiem odpowiadać przed sądem z wolnej stopy - pisze Jerzy Jachowicz, publicysta DZIENNIKA.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama