Kiedy przed czterema laty śwatło dzienne ujrzały taśmy Rywina, Zdzisław Krasnodębski, w najważniejszym wówczas tekście komentującym to wydarzenie, a opublikowanym na łamach "Rzeczpospolitej", pisał: "Uzyskaliśmy dokument socjologiczny pierwszej rangi. Na czym polega wartość tego tekstu z socjologicznego punktu widzenia? Po pierwsze, jest to znakomity materiał empiryczny dla badaczy elit. Jest to doskonały obiekt badań dla socjolingwistyki, etnometodologii, analizy konwersacyjnej itp. Można dowiedzieć się, jak ze sobą rozmawiają, jakim językiem komunikują się ze sobą ludzie naszych "sfer wyższych". Zapis tej rozmowy falsyfikuje zresztą hipotezę o wyalienowaniu się elit ze społeczeństwa. Okazuje się, że ci panowie (zapewne też i panie) załatwiają swoje interesy nie inaczej, niż się załatwia w Pruszkowie i innych polskich miastach i miasteczkach. Przyjazny ton, w którym prowadzona jest ta konwersacja, czyni jednak z nagrania towarzyską niedyskrecję i akt nielojalności, pogwałcenie podstawowych reguł konwersacyjnych, na które nagrany reaguje ze zrozumiałym rozgoryczeniem".
Dzisiaj, kiedy światło dzienne ujrzały taśmy Oleksego, tamte słowa Zdzisława Krasnodębskiego można powtórzyć praktycznie bez zamiany jednego nawet przecinka. Józef Oleksy dostarczył nam kolejnego materiału, bez którego nie obejdzie się żadna uczciwa socjologiczna praca poświęcona elitom naszego państwa po roku 1989, a szególnie kluczowemu dla Trzeciej Rzeczpospolitej środowisku postkomunistycznej lewicy.
Oni tak o sobie myślą
Dlaczego autoportret postkomunisty, dostarczony nam przez Józefa Oleksego za pośrednictwem ochroniarzy Aleksandra Gudzowatego, jest materiałem kluczowym? Przecież nie zawiera niespodzianek. Nie pozwoli wsadzić do więzienia żadnego Olka, Leszka czy Włodka. Nie odbierze ich żonom prawa do "uczenia Polaków jak należy poprawnie jeść bezę". Jak trzeźwo zauważył Oleksy, komentując swoje własne wypowiedzi w momencie, kiedy trafiły już do opinii publicznej - on powtarzał tylko plotki, bo przecież archiwa są wyczyszczone, traksakcje zalegalizowane, sprawy przedawnione, postępowania umorzone... No i przecież o naturze kapitalizmu politycznego dowiedzieliśmy się już wiele z prac tych kilku polskich socjologów, którzy zamiast brać udział w kolejnych kampaniach ideologicznej histerii, zamiast zajmować się krzewieniem w Polsce politycznej poprawności, zajmowali się tym, co jest zawodowym obowiązkiem socjologa - opisem polskiego postkomunizmu, jego mechanizmów działania, wytworzonych przez tę przejściową formację ustrojową elit: politycznych, biznesowych, dziennikarskich...
Jednak Jadwiga Staniszkis, Andrzej Zybertowicz, Zdzisław Krasnodębski, Paweł Śpiewak dostarczali nam jedynie hipotez i teorii, które jednych z nas mogły przekonać, innych nie. Zarówno liderzy SLD: Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller, Jerzy Szmajdziński, jak też ich najtwardszy elektorat: weterani organizacji młodzieżowych, emeryci tajnych służb, utrwalacze władzy ludowej, mogli wiarygodność tych analiz kwestionować. Przecież Jadwiga Staniszkis, Andrzej Zybertowicz czy Zdzisław Krasnodeļeski, Paweł Śpiewak to nawet nie byli socjologowie. W kanonicznym języku "Trybuny", "Przeglądu" i niestety, także ludzi wychowanych na lekturze "Gazety Wyborczej" - to byli "socjologowie prawicowi". W czasach, kiedy główny nurt polskiej socjologii czy politologii zajmował się kreowaniem fikcji, oni usiłowali zrozumieć otaczającą ich rzeczywistość.
Popełniali prawdziwe przestępstwo myślowe. Nie należało ich słuchać ani brać na poważnie ich analiz.
Później jednak przyszły afery III RP: afera Rywina, afera starachowicka, afera opolska, procesy mafii paliwowej... Kolejne układy towarzyskie III RP okazywały się układami kryminalnymi. Prawdę o kształcie poskomunistycznych elit, o ich metodach działania, o ich stosunku do państwa i społeczeństwa poznawaliśmy już nie tylko z książek "Postkomunizm" Jadwigi Staniszkis czy "Prywatyzacja państwa policyjnego" Andrzeja Zybertowicza i Marii Łoś. Mogliśmy tę prawdę usłyszeć w uzasadnienia prawomocnych wyroków sądów Trzeciej Rzeczpospolitej.
Nadal jednak można było to wszystko przedstawić w kategoriach politycznego spisku przeciwko postkomunistycznej lewicy. Trzeba było dowodu. Zapisu świadomości. Dokumentu pochodzącego z samego środka postkomunistycznej formacji, najlepiej stworzonego przez jednego z jej liderów. Józef Oleksy takiego dowodu dostarczył. A emocjonalna reakcja na ten dowód ze strony Aleksadnra Kwaśniewskiego i kilku innych bohaterów taśm Oleksego dowodzi - lepiej niż wszelkie zewnętrzne analizy - że jest to autoportret wiarygodny, prawdziwy. I właśnie dlatego bolesny, a co więcej, śmiertelnie dla całej tej formacji niebezpieczny.
Oto, jacy byliśmy
Liderzy postkomunistycznej lewicy myślą o sobie dokładnie dokładnie to, co na ich temat wynikało z tekstów Jadwigi Staniszkis, Andrzeja Zybertowicza, Zdzisława Krasnodębskiego... Wiedzą, że nie są ideowi. Wiedzą, że całą swoją pozycję zawdzięczają majątkowi i wpływom, które zdobyli jako aparatu PZPR, które utrwalili po zniszczeniu w latach 80. "Solidarności", i które pozwolono im zachować po roku 1989. Wiedzą, że kapitalizm polityczny był ich kapitalizmem, że prywatyzacje były ich prywatyzacjami, a tygodnik "Nie" jest ich najskuteczniejszym narzędziem w walce o władzę i w niszczeniu przeciwników politycznych. Wiedzą, że każde odkrycie prawdy o biznesowych, politycznych, prawnych fundamentach III RP będzie nie tylko końcem ich formacji. Nie tylko zniszczy ich polityczną wiarygodność, ale zagrozi im osobiście, zgromadzonemu przez nich bogactwu, pozycji społecznej.
Józef Oleksy wie o tym najlepiej i dlatego mówi o liderach SLD, o swoich najbliższych politycznych przyjaciołach, że "w d...e by tego Wassermanna pocałowali, jakby tylko mogli, żeby ich tylko nie ruszał". W jego ustach są to słowa prawdziwsze i boleśniejsze, niż gdyby je powiedział najtwardszy solidarnościowy antykomunista. Niesiołowskiego czy Romaszewskiego mogłaby zaślepiać pamięć doznanych w PRL krzywd. Przez Józefa Oleksego przemawia cała wiedza, jaką posiada on na temat ludzi, z którymi robił polityczną karierę przez ostatnie 30 lat.
Wczoraj ze smutkiem oglądałem Jana Lityńskiego podczas wspólnej konferencji prasowej z Ryszardem Kaliszem. Bohater Marca 1968, bohater demokratycznej opozycji, znał już treść taśm Oleksego i dlatego przez większą część swego wystąpienia tłumaczył się, dlaczego występuje w towarzystwie jednego z bywalców politycznego salonu Józefa Oleksego. Bo polska demokracja jest zagrożona - mówił - bo potrzebny jest wspólny front... Powtarzał to coraz bardziej zdenerwowany, pokrywając emocjami to, czego nie mógł samemu sobie wytłumaczyć za pomocą rozumu. I wcale mu się nie dziwię. Nie rozumiem tylko, po co trwonić do końca autorytet Jana Lityńskiego, Janusza Onyszkiewicza, Bronisława Geremka. To nie są bohaterowie mojej opowieści, szczególnie po roku 1989. Ale wcześniej byli to bohaterowie nas wszystkich. Próba kontynuowania kariery politycznej w roli przybocznych, w roli inteligenckiego zaplecza dla Olka, Leszka, Jurka... będzie dla nich wyborem samobójczym.
Spróchniały filar III RP
Oczywiście wszyscy pamiętamy, że cynizm postkomunistów miał być gwarancją, że w Polsce nie wybuchnie ostry polityczny konflikt, szczególnie na początku lat 90., kiedy budowano dopiero nowe państwo, kiedy rozpoczynaliśmy nasz okres przejściowy - między PRL i dojrzałą demokracją. Do pewnego stopnia była to prawda. Leszek Miller powstrzymał lewicę przed rozpętywaniem wojny kulturowej wokół aborcji. I - moim zdaniem - dobrze zrobił.
Cynizm SLD był jednym z filarów III RP. Był to filar całkowicie spróchniały, ale wytrzymał przynajmniej do momentu spełnienia celów politycznych, jakie sami ojcowie założyciele III RP sobie wyznaczyli: wejścia do NATO, wejścia do Uii Europejskiej, zbudowania systemu, w którym przegrani w wyborach oddawali bez oporu polityczną władzę tym, którzy te wybory wygrywali.
Te cele - które z naszej dzisiejszej perspektywy państwa będącego członkiem Unii Europejskiej można nazwać celami minimum, ale przed kilkunastu laty napradę ważne - zostały jednak zrealizowane. Więc może warto spróchniały fundament III RP wyburzyć, zastąpić czymś trwalszym? Czego bowiem z Oleksym, Kwaśniewskim, Szmajdzińskim i Millerem zbudować się nie udało i nie uda? Otóż nie udało się zbudować z nimi kapitalizmu oddzielonego od polityki, biznesu oddzielonego od nieformalnych układów towarzyskich. Nie udało się z tymi ludźmi zbudować wolnego rynku regulowanego prawem, a nie znajomościami. Nie dało się wpuścić do instytucji państwa i do biznesu całego nowego pokolenia ludzi wychowanych już po PRL-u. Nie udało się rozbić monopolu Olków, Jurków i Leszków już nie tylko w polityce, ale także w sądownictwie, adwokaturze, biznesie.
Nie dało się też zbudować zrównoważonej sceny politycznej, w której kluczową rolę musi kiedyś pełnić autentyczna polska lewica. Bo sitwa, której zbiorowy autoportret przedstawił Józef Oleksy, takiej lewicy nie zastąpi. Nie zastąpi jej związek zawodowy byłych funkcjonariuszy władzy z okresu PRL, obojętnie, czy na jego czele będzie stał pozbawiony seksapilu Oleksy, czy Aleksander Kwaśniewski po kolejnym liftingu. Polityczny salon Józefa Oleksego jedynie zablokował lewą część sceny politycznej. Wszystko tam zniszczył, ale nie zbudował nic, co zasługiwałoby na miano ideowej, społecznej lewicy.
Oczywiście problem w tym, że młoda, autentyczna lewica nie jest jeszcze przygotowana do obalenia Olków, Jurkw i Leszków. Nie nauczyła się uprawiać w Polsce polityki. Pozwólcie dzisiaj przemawiać na jakimkolwiek masowym wiecu Kazimierze Szczuce, Kindze Dunin czy Sławomirowi Sierakowskiemu, a macie gwarancje, że ich partia nie przekroczy progu wyborczego. Tylko rozwścieczą słuchaczy, jeśli będą to zwykli ludzie, a nie bywalcy klubu "Le Madame". Młodzi polscy lewicowcy, ci najbardziej autentyczni, ciągle jeszcze nie nauczyli się łączyć wątków lewicy zachodnioeuropejskiej z tematami zrozumiałymi dla polskiego wyborcy. Nie nauczyli się łączyć tematów obyczajowych z problemami społecznymi. Podnieca ich likwidacja klubu "Le Madame", ale już nie zamknięcie stoczni, w której przecież pracują "mohery".
Młode pokolenie polskiej lewicy nie nauczyło się uprawiać polityki w tutejszych realiach. Ale nie nauczyło się m.in. dlatego, że zamiast nich czarną polityczną robotę wykonywali przez ostatnie kilkanaście lat ludzie, którzy sami określają się jako "sitwa, która ma w d... Polskę". Tyle tylko, że bohaterowie taśm Oleksego odrobili lekcję masowej demokratycznej polityki. Nie tylko mieli swoje banki, swoje media, swój aparat. Nauczyli się jeszcze tańczyć disco polo.
Nie zmarnujmy taśm Oleksego
I ostatnia kwestia. PiS i PO już zaczynają używać taśm Oleksego tak jak wcześniej używały szafy Lesiaka. Do tego, żeby robić sobie na złość. PiS zażądała od PO zerwania koalicji z SLD w Warszawie. Też mi się ta koalicja nie podoba, ale nie to jest w tej chwili najważniejsze. Z kolei Donald Tusk zdenerwował się, że ujawnienie taśm Oleksego pomoże Prawu i Sprawiedliwości odbudować słabnące społeczne poparcie. Ma trochę racji, ale nie to jest dziś najważniejsze.
Ujawniona dzisiaj prawda o postkomunizmie powinna być ponadpartyjną wartością zarówno dla PiS, jak i PO, bo to zwycięstwo obu tych partii w roku 2005 stworzyło po raz pierwszy szansę wyjścia z postkomunizmu na dobre, odsunięcia od władzy w Polsce politycznego salonu Józefa Oleksego. Dla mnie jest to ważne, bo należę do pokolenia, które w towarzystwie Olków, Leszków, Jurków i Włodków spędziło całe swoje dorosłe życie. Od kiedy pamiętam, ci ludzie zawsze Polską rządzili, albo przynajmniej byli wpływową polityczną opozycją, z dodatkowym pakietem kontrolnym w biznesie i mediach. Tak że rządzili Polską nawet wtedy, kiedy w parlamencie zasiadali w ławach opozycji.
Inaczej jest dopiero przez ostatnie kilkanaście miesięcy. I zawdzięczamy to zarówno PiS jak i PO - bo obie te partie w 2005 roku wygrały. I wypchnęły SLD z centrum sceny politycznej na głęboki margines, na którym przebywa do dzisiaj. A dla wielu ludzi z mojego pokolenia nie jest aż tak ważne, czy rządzi PiS a najważniejszą opozycją parlamentarną, z silną pozycją w samorządach jest PO, czy też będzie odwrotnie. Ważniejsze jest to, aby Olek, Leszek, Jurek, Włodek już nigdy nie wrócili do władzy.
Rękami Józefa Oleksego postkomunistyczna lewica popełniła wizerunkowe samobójstwo - pisze Cerazy Michalski, zastępca redaktora naczelnego DZIENNIKA.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama