W skład takiej "wielkiej Unii" wejdzie co najmniej 40 krajów członkowskich, włączając w to: Serbię, Czarnogórę, Mołdawię, Ukrainę, Turcję, Białoruś, a być może nawet Rosję, Armenię czy Gruzję. Stworzą one federację na kształt dzisiejszej Wspólnoty, ale nie zrezygnują z suwerenności państwowej.
Natomiast państwa, które dziś stanowią motor pogłębiania integracji europejskiej: Niemcy, Francja, Włochy, a zapewne także Belgia i Holandia, stworzą jedno zjednoczone europejskie superpaństwo. Będzie ono posiadało wszelkie atrybuty tradycyjnego państwa narodowego: rząd, wspólną politykę zagraniczną, armię, jednolity system prawny. Zresztą już teraz prawo krajów członkowskich UE jest bardziej zharmonizowane niż np. uregulowania poszczególnych stanów USA.
Drzwi do tego ekskluzywnego klubu będą stać otworem dla wszystkich członków "wielkiej" Unii Europejskiej, ale, moim zdaniem, zdecydowana większość krajów nie zdecyduje się na przekroczenie tego progu. Obawy przed utratą odrębnego państwa i roztopieniem się w większej, ponadnarodowej całości okażą się zbyt silne. Będziemy jednocześnie świadkami dużych przepływów ludności - ich zapowiedzią są choćby masowe wyjazdy Polaków do Wielkiej Brytanii, Irlandii czy Francji. Należy także oczekiwać znacznego napływu imigrantów z krajów pozaeuropejskich, co będzie wywołane kryzysem demograficznym wśród "rdzennej" ludności Europy. Nie obawiałbym się jednak zalewu islamu i konfliktów, które rzekomo mieliby wywołać przybywający do Europy muzułmanie, jak ostrzegają niektórzy analitycy. Pamiętajmy, że chrześcijaństwo to tylko jeden z elementów naszego dziedzictwa, a islam także miał ogromny wpływ na kształtowanie się europejskiej tożsamości. Jego wartości także należą do rdzennych wartości europejskich, podobnie jak judaizm czy sekularyzm. Moim zdaniem wyznawcy różnych religii i przedstawiciele różnych narodów będą w stanie żyć ze sobą w zgodzie. Europa zdoła pokonać własne demony.
Za pół wieku Europa wraz ze Stanami Zjednoczonymi, Kanadą, Australią i Nową Zelandią nadal będą członkami sojuszu zachodnich demokracji. Nie lękałbym się przy tym konkurencji ze strony państw azjatyckich. Za 30-50 lat Europa będzie znacznie silniejsza niż Chiny, które w tym czasie będą musiały zmierzyć się z mnóstwem problemów politycznych i gospodarczych.
Jednak wszystkie te optymistyczne przewidywania spełnią się tylko pod warunkiem, że unijne instytucje będą na tyle silne, by móc przeciwstawić się niszczycielskim siłom rynku. Po pierwsze, sama integracja ekonomiczna i wprowadzenie wspólnej waluty nie wystarczą, by utrzymać Unię w całości, gdyż bez silnych instytucji politycznych zapewniających równomierny podział dochodów narastać będą różnice zamożności pomiędzy poszczególnymi regionami. Po drugie, rynek dąży do opanowania coraz to nowych sfer życia zbiorowego, które do tej pory pozostawały domeną instytucji państwowych, jak opieka zdrowotna czy edukacja. Emancypacja rynku sprawia, że świat staje się coraz bardziej poddany prawu pieniądza - pozbawia władze państwowe możliwości wyrównywania nierównomiernej dystrybucji bogactwa pomiędzy jednostkami. Rodzi to oczywiście napięcia społeczne i zagraża stabilności państwa.
Sądzę jednak, że politycy z "twardego jądra" Unii uświadomią sobie w porę te zagrożenia. Zdołają wzmocnić i zintegrować polityczne instytucje Wspólnoty, a europejskie superpaństwo będzie silnym graczem na arenie międzynarodowej, a także przyjazne dla swoich obywateli.
Jacques Attali, francuski ekonomista. Był głównym doradcą prezydenta Francois Mitterranda. Założyciel i pierwszy prezes Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOR).
W ciągu najbliższych 50 lat Unia Europejska rozszerzy się na cały kontynent europejski, ale należące do niej kraje podzielą się na dwie kategorie: "twarde jądro" oraz stowarzyszonych z nim członków - pisze w DZIENNIKU francuski ekonomista Jacques Attali.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama