Na słynnym pojednawczym obiedzie Donalda Tuska z Janem Rokitą przed miesiącem dobre wino lało się strumieniami. Dzień, może dwa dni później Tusk zapomniał, że powinien "dać coś Rokicie". A Rokita pytał kolegów, czy powinien tworzyć nową partię, co oczywiście szybko dotarło do gabinetu Tuska.
Dziś kolejna kompromitacja lewicy pod postacią nagrań z pogawędek Gudzowatego z Oleksym to tak naprawdę prezent dla Platformy Obywatelskiej. W walce o pozycję głównej partii opozycyjnej PO uzyskała kolejne punkty. Zamiast więc oskarżać PiS rytualnie o przecieki, Tusk powinien się zająć pytaniem, jak wykorzystać tę szansę.
Jakiś czas temu w PO krążył scenariusz. Po zwycięstwie wyborczym (w które politycy Platformy raczej wierzą) powstaje "miękki" rząd - przede wszystkim wygaszający konflikty z czasów koalicji PiS-LPR-Samoobrona. Potrzebny jest premier, który robi dobre wrażenie. Mógłby nim być Bronisław Komorowski (któremu świetnie rozmawiałoby się z lewicą), albo Bogdan Zdrojewski (eksponujący swoje poprawne stosunki z PiS). A może nawet i sam Tusk szukający w kancelarii premiera trampoliny pomagającej zdobyć prezydenturę. Po roku Tusk zostaje prezydentem. I wtedy czas być może na rząd Jana Rokity. Twardszy, zdolny do niepopularnych decyzji. Bo - jak mówią nawet ludzi bliscy Tuskowi - "Jan to jeden z nielicznych ludzi, który nie boi się rządzenia".
Dziś to już mało realna projekcja przyszłości. Bo ten scenariusz wymagałby zgranego zespołu dzielącego się rolami, w którym pojedyncze osoby umieją nagiąć własne ambicje, a równocześnie grać na sukces lidera. A właśnie teraz, gdy lewica się tłumaczy, a Kwaśniewski jest wyganiany na ring po to, by się spalić, PO pogrąża się nadal w bezpłodnych awanturach.
Kulisy "prowokacji"
Nikt nie potrafi do końca wytłumaczyć, czym miała być nieodbyta w końcu konferencja programowa w Gliwicach. Następstwem indywidualnej inicjatywy dwóch śląskich polityków - marszałka sejmiku wojewódzkiego Janusza Moszyńskiego i prezydenta Gliwic Zygmunta Frankiewicza? Czy ukartowaną demonstracją tak różnych kontestatorów oficjalnej linii partii jak Jan Rokita i Andrzej Olechowski? Czy zaproszenie dla Tuska rzeczywiście wysłano omyłkowo na jego gdański adres, co spowodowało, że o spotkaniu dowiedział się najpierw z mediów? Czy z premedytacją chciano dać kierownictwu po nosie?
I kto ma więcej racji. Czy politycy o własnym dorobku i ambicjach, którzy skarżą się, że stawia ich się do kąta, wystawiając na połajanki niezbyt subtelnego sekretarza generalnego Grzegorza Schetyny? Czy lider, który ma prawo być wkurzony wspólnym zjazdem kontestatorów z tymi, którzy Platformę kiedyś opuścili (Maciej Płażyński) albo których wyrzucono (Paweł Piskorski).
Jeden z polityków PO porównuje to starcie do młodzieżowych zawodów: dwa samochody pędzą naprzeciw siebie, wygra ten, kto ma słabsze nerwy i skręci pierwszy. Na pytanie: kto teraz skręcił pierwszy, odpowiedzieć niełatwo. Nikt w każdym razie nie wyrzucił demonstracyjnie kierownicy przez okno.
Można twierdzić, że ugiął się Tusk. Zapowiadane groźnie przez Schetynę represje nie nastąpiły. Trudno wyrzucić równocześnie Rokitę i Olechowskiego, nie narażając się na zarzut tyranii - żartuje senator PO Jarosław Gowin. Ale odłożenie konferencji na święty nigdy to de facto osiągnięcie celu przez partyjne władze.
Prowokacja gliwicka, jak zdążyli ochrzcić całe zdarzenie platformersi, ujawniła słabość buntowników. Oczywiście, że z Olechowskim nie założę nowej partii. Mogę z nim tylko dyskutować o obecnym złym stylu kierowania PO - mówi sam Jan Rokita. Motywy ludzi wybierających się do Gliwic były zróżnicowane. Olechowski chciał wzmocnić swoją pozycję w partii. Co do Rokity - nie ma pewności, o co mu chodziło - dodaje szef klubu Platformy Bogdan Zdrojewski. A skoro nie ma pewności, Tusk czuje, że najgorsze zagrożenie - jakiegoś konstruktywnego wystąpienia przeciw jego władzy - jest czysto teoretyczne. A jednak...
Uroki psychologii
Z pewnością kłopoty Platformy nie dadzą się sprowadzić do mitycznych podziałów między liberałami i konserwatystami. Mamy grę Olechowskiego, o którym wszyscy ludzie PO mówią zgodnie, że zadowoli się splendorami z rąk Tuska, ale który też głośno manifestuje niezadowolenie z powodu bezprogramowości partii, którą zakładał. Jednym z najbardziej aktywnych buntowników okazał się Paweł Śpiewak, strażnik liberalnego świętego ognia. A dopuszczający się prowokacji śląscy samorządowcy stawiający na lokalną koalicję z PiS to dawni członkowie Kongresu Liberalno-Demokratycznego - partii Tuska.
Ogromną rolę w generowaniu platformerskich wojenek odgrywa psychologia. Donald Tusk i Jan Rokita jeszcze po owym słynnym pojednawczym obiedzie rozmawiali ze sobą parę razy zupełnie poprawnie. A jednak nie nabrali do siebie zaufania. Przeciwnie - z każdym tygodniem emocje między nimi rosną. Trudno już dociec, kto pierwszy nie odpowiedział na telefon, a kto nie dotrzymał słowa. Zupełnie jak w zewnętrznych relacjach Tuska z Kaczyńskim.
Tyle że mamy do czynienia nie tylko z pokomplikowanymi stosunkami dwóch rozemocjonowanych liderów. Wielu polityków PO dalekich od Rokity reaguje alergicznie na działalność tak zwanego dworu, wąskiej koterii otaczającej Tuska. Może dlatego aż kilkunastu parlamentarzystów wybierało się do Gliwic - mniej nawet na złość Tuskowi, bardziej - Schetynie. Wśród ludzi Platformy krąży opowieść o telefonie, jaki sekretarz generalny wykonał do jednego z marszałków wojewódzkich (nie śląskiego!). Miały padać grube słowa i zawoalowane groźby. W przeszłości takich opowieści pojawiało się już sporo.
Partia samorządowców
Nieprzypadkowo mowa o marszałku województwa. To samorządowcy, często dygnitarze na swoim terenie, narzekają, że nie szanuje się ich autonomii. A przecież ich pozycja wynika - bezpośrednio lub pośrednio - z mandatu wyborców. Oczywiście partia musi pilnować tak standardów etycznych, jak i zgodności polityki swoich regionalnych i lokalnych działaczy z ogólnym kierunkiem. Rzecz w tym, że Tusk stosuje tę zasadę wybiórczo, gdy w Warszawie prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz rozdała posady w spółkach miejskich politykom PO i innych partii chcącym się sprawdzić w biznesie, władze centralne zasłoniły się zasadą nieingerencji w sprawy samorządów.
W innych przypadkach selektywne i nie zawsze taktowne interwencje psują krew. - Widzę problem relacji między samorządowcami i władzami Platformy - mówi dyplomatycznie Arkadiusz Rybicki, gdański poseł PO, neutralny w sporze Tusk-Rokita. Potwierdzają tę opinię senator Jarosław Gowin i prezydent Sopotu Jacek Karnowski. Wszyscy oni wybierali się do Gliwic. Nawet szef klubu PO Bogdan Zdrojewski zapowiada, że przyjrzy się sprawie.
To nie przypadek, że w kuluarach krąży plotka o partii prezydentów miast. Na tyle elastycznych, że mogliby spróbować pójść równie dobrze za Olechowskim, jak za Rokitą. I na tyle popularnych (casus prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza), że Tusk powinien znaleźć receptę na trwalsze ułożenie sobie stosunków z tymi ludźmi.
Jeszcze nie dyktatura
Płaci on skądinąd koszty samej natury Platformy. To - przy wszystkich oskarżeniach o oligarchizację czy dyktaturę - wciąż najbardziej demokratyczna partia w Polsce. Wśród partii wodzowskich (LPR, Samoobrona), autorskich (PiS) lub niekierowanych przez nikogo (lewica), PO nie jest formacją autorską, więc trudniej nią rządzić na rozkaz.
Skądinąd wybujałe ambicje takich ludzi, jak Komorowski, Zdrojewski czy Schetyna, to dziś równie ważny powód zmarginalizowania Rokity jak jego złe relacje z numerem jeden. Kiedyś te ambicje mogą zagrozić samemu Tuskowi. Również prosamorządowe nastawienie Platformy skazuje ją na dodatkowe wyzwania. Jak się chciało bezpośrednich wyborów prezydentów miast, gdy żąda się większej władzy dla sejmików wojewódzkich, trzeba się też trochę posunąć na rzecz lokalnych baronów.
Te spory nie mają jednoznacznie czarnych i białych charakterów. Bronisław Komorowski przypomina, że to Rokita pisał kolejne wersje programu partii, nie konsultując ich z nikim. Dziś protestuje - bo odebrano mu nadzór nad programowymi pracami na rzecz Komorowskiego.
W tle tych przepychanek wciąż majaczy ważny spór o kierunek, w którym ma podążać Platforma. - Janek jest na tyle mądry, że powinien zauważyć zmieniające się warunki. Chcemy walczyć z PiS-em z pozycji umiaru i ładu, a nie licytować się z nim w radykalizmie - opisuje dylemat Komorowski, który stał się najbardziej czytelnym przedstawicielem nowego kursu. I rzeczywiście Rokita - inaczej niż większość polityków PO - nie potępił w czambuł raportu o WSI i nie zdystansował się od bojkotu oświadczeń lustracyjnych dziennikarzy, pamiętajc, że jego partia była współautorem obecnego kształtu lustracji.
Spór o konsekwencję programową może zresztą dotyczyć nie tylko tematów rozliczeniowych. Czy PO przyjmie pakiet pomysłów Rokity wymierzonych w przywileje władzy? Czy wypowiedź Bogdana Zdrojewskiego kwestionująca zasadność projektu taniego państwa nie jest jaskółką zwiastującą nowy stosunek do tej sprawy. Czy brak w Sejmie projektów Platformy liberalizujących gospodarkę to tylko efekt małej aktywności klubu, czy taktyka przed kolejną kampanią wyborczą? Tusk nie chce powtórki sytuacji z 2005 roku, gdy musiał się tłumaczyć właśnie jako liberał.
Bujanie łodzią
To kolejny kłopot PO, która do ostatnich wyborów szła jako partia zmiany. Porzucanie tamtego języka dokonuje się w okolicznościach, które zdają się potwierdzać racje Tuska. Jego taktyka agresywnej, choć ostatnio tonowanej, opozycyjności wobec PiS powiązana z brakiem własnych propozycji, które mogłyby denerwować wyborców, procentuje ponad 30-procentowym poparciem. Tusk wie, że za nim stoi rutyna aparatu. Wewnętrzne bunty są groźne, ale możliwe do spacyfikowania w partii żywiącej się budżetowymi pieniędzmi, więc o ustabilizowanej pozycji na politycznej scenie.
Inaczej Rokita. Jego naturalną obroną jest bujanie łodzią. Wytworzenie sytuacji, gdy można szantażować swoim odejściem. Tusk wie, że szanse Rokity na własną partię są minimalne. Jak to wyraża jeden z sojuszników krakowskiego polityka, nie może być partyjnym liderem człowiek, który nie ma nawet komórki. Ta komórka to tylko symbol - niedoszły premier po prostu nie jest w stanie skupić wokół siebie wiernego wojska. Ale Tusk wie i to, że dramatyczne gesty Rokity mogą pozbawić PO tych paru procent potrzebnych do zbudowania samodzielnej większości lub dyktowania przyszłym koalicjantom twardych warunków. Czy podejmie takie ryzyko?
Ten pat jest groźniejszy, gdy nakładają się nań kwasy innych działaczy, również lokalnych. Rozładowanie napięć to zadanie zbyt skomplikowane, aby posługiwać się w pierwszym rzędzie krzykami Schetyny. Zwłaszcza że kłopot po wyborach nie zniknie. Na początku Tusk, o ile stanie się rozdawcą posad i synekur, wyciszy konflikty. Ale przy pierwszych trudnościach nie do końca naprawiony mechanizm znow zacznie się zacinać.
A co najważniejsze - gdy debaty programowe staną się wyłącznie funkcją wewnętrznych waśni, PO może być zmuszona do wzięcia realnej władzy z pustymi rękami. Bez pomysłów, projektów ustaw. Rokita ma tysiąc wad i jedną zaletę. Wie, że rządzenie to nie tylko robienie dobrego wrażenia. To łamanie rozmaitych oporów, naruszanie korporacyjnych interesów, nie zawsze popularne decyzje i nieustanne ryzyko.
Tusk jako lider partii wyłącznie antypisowskiego resentymentu, formacji powrotu do starych dobrych czasów III RP, może się okazać twórcą sukcesu na krótkich nogach. Nawet jeśli zdobędzie prezydenturę.
Stosowana przez Tuska taktyka agresywnej opozycyjności wobec PiS, powiązana z brakiem własnych propozycji, które mogłyby denerwować wyborców, procentuje ponad 30-procentowym poparciem - pisze Piotr Zaremba, publicysta DZIENNIKA.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama