Alberto Perez, zastępca redaktora naczelnego hiszpańskiego dziennika "ABC"
Żaden szanujący się hiszpański dziennikarz nie zaskarżyłby drugiego dziennikarza do sądu tylko za to, że ten odważył się wyrazić jakąś opinię na jego temat czy nawet napisać zjadliwy
komentarz. Bo przecież właśnie na tym polega pisanie artykułów oceniających czyjąś działalność publiczną.
A dziennikarz to także osoba publiczna i musi się liczyć z tym, że będzie rozliczana nie tylko ze swych czynów, ale i tekstów. W Hiszpanii dochodziło w przeszłości do procesów między
wydawcami gazet, ale nigdy pomiędzy dziennikarzami. Z jednego prostego powodu - obowiązuje zasada, że nie miesza się spraw publicznych z prywatnymi.
Tom Hamilton - szef działu wydarzeń w szkockim dzienniku "Daily Record"
U nas w Szkocji nikt się nie obraża, jeśli ktoś, na przykład redaktor naczelny konkurencyjnej gazety, wyrazi o nim nieprzychylną opinię. I nikt w takiej sytuacji nie biegnie z płaczem do
sądu, tylko na taki nieprzychylny komentarz odpowiada na łamach swojego własnego pisma.
My, Szkoci, po prostu stosujemy wtedy starą, dobrą zasadę - cios za cios. I dla każdego dziennikarza jest zupełnie naturalne, że jeśli o czymś pisze, to ktoś może ten tekst później ocenić, zrecenzować. Pewna twardość i zarazem otwarte wyrażanie poglądów to przecież elementarna cecha środowiska dziennikarskiego. Jeśli ktoś się obraża za każde niemiłe słowo, powinien chyba zmienić zawód. Nikt nie musi być dziennikarzem.
Sara Whyatt, PEN Club International
W Wielkiej Brytanii gazety bardzo często prowadzą zażarte spory ideologiczne i gorące debaty pełne wzajemnych oskarżeń. Jednak robią to na swoich łamach, a nie na sali sądowej. Nigdy nie
słyszałam, by jeden redaktor naczelny pozwał do sądu szefa innej gazety. Bo po cóż zresztą miałby to robić? Przecież jego własna gazeta daje mu najlepsze forum do wygłoszenia i obrony
swoich opinii. U nas dziennikarze walczą na artykuły i polemiki, ale nie na pozwy sądowe.
Peter Noorlande, brytyjska organizacja broniąca wolności słowa "Article 19"
Zgodnie z Europejską Konwencją Praw Człowieka nie należy, o ile to tylko możliwe, ograniczać swobody wypowiedzi i publicznej wymiany poglądów. Dyskusja na temat lustracji wzbudza w Polsce
wielkie zainteresowanie i wielkie kontrowersje. Taka ważna debata powinna podlegać szczególnej ochronie, jeśli chodzi o swobodę wypowiedzi i wolność słowa. Najważniejszym celem prawa do
ochrony dobrego imienia jest to, by pozwolić zaatakowanej osobie na obronę czci i odbudowanie reputacji.
Zważywszy na to, e w tym wypadku strona pozywająca jest redaktorem naczelnym bardzo dużego dziennika, powinna kierować się też dobrem społecznym. Innymi słowy, jeśli naczelny "Gazety Wyborczej" poczuł się zniesławiony czy obrażony, powinien odpowiedzieć na łamach własnej gazety, a nie pozywać swego ideologicznego adwersarza do sądu. Zaskarżanie członków debaty publicznej do sądu ogranicza swobodę dyskusji publicznej. Cała sprawa wygląda na uciszanie przeciwników oraz zakończenie debaty poprzez odwołanie się do sądu.