Stéphane Marchand, zastępca redaktora naczelnego francuskiego dziennika „Le Figaro”
We Francji toczą się wielkie, bardzo zajadłe bitwy między gazetami, ale nie wyobrażam sobie, żeby jakakolwiek sprawa trafiła do sądu. Nigdy też nie słyszałem o takim wypadku, żeby jeden
dziennikarz, a już tym bardziej redaktor naczelny jednej gazety, pozywał do sądu drugiego dziennikarza. I to redaktora naczelnego konkurencyjnej gazety!
To naprawdę niezwykle zabawna sytuacja, żeby zwykłe dziennikarskie kłótnie kończyły się zupełnie poważną sprawą w sądzie. Siła dziennikarzy polega przecież na tym, że piszą. I
właśnie w pisaniu leży ich prawdziwa moc i potęga. Więc jeżeli jakikolwiek dziennikarz czuje się przez kogoś pokrzywdzony czy zniesławiony, to przecież - w odróżnieniu od reszty obywateli
- może się odciąć na łamach własnej gazety i do woli odpierać zarzuty. A tym bardziej może to zrobić redaktor naczelny, na przykład pisząc sążnisty komentarz na jednej z pierwszych stron
własnego pisma. I na pewno taki komentarz miałby o wiele większą siłę i moc sprawczą niż ewentualna wygrana w sądowym procesie.
Andreas Unterberger, redaktor naczelny austriackiego dziennika "Wiener Zeitung"
Uważam, że Adam Michnik przegra w sądzie sprawę z redaktorem naczelnym DZIENNIKA. Bo każdy czytelnik, który czytał artykuły naczelnego "Gazety Wyborczej" w ciągu ostatnich
kilkunastu lat, miał ogromne pole do interpretacji tych tekstów. I każdy może z nich wysnuć wniosek, że Adam Michnik rzeczywiście poświęcił sporą część swego życia na obronę
ubeków.
Dla mnie osobiście taka sytuacja jest nie do pomyślenia. Nigdy nie poszedłbym do sądu, oskarżając redaktora naczelnego innej gazety o zniesławienie. Nie zrobiłbym tego z jednego prostego powodu - jeśli ktoś jest osobą publiczną, to powinien liczyć się z krytyką, a nawet z oskarżeniami.
W Austrii bardzo rzadko dziennikarze ciągają się nawzajem po sądach. Zazwyczaj to nasi politycy oskarżają nas, dziennikarzy. A i tak dotyczy to zawsze podawania nieprawdziwych informacji, a
nie złej - zdaniem oskarżającego - interpretacji tych faktów. I jeszcze raz podkreślam - każdy obywatel powinien mieć możliwość wypowiadania swoich, nawet bardzo surowych sądów o osobach
publicznych.
Josef Kirchengast - szef działu politycznego austriackiego dziennika "Der Standard"
W Austrii zdarza się czasem, choć naprawdę rzadko, że dziennikarze oskarżają się nawzajem i pozywają do sądu pod zarzutem zniesławienia. Najczęściej mają pretensję o to, że ktoś o
nich napisał nieprawdę.
W takich sprawach zapadają różne wyroki. Ale generalna zasada jest jednak taka: jeśli istnieje jakiekolwiek prawdopodobieństwo, iż to, co ktoś napisał, było prawdziwe, to sędziowie
przyznają rację oskarżonym. I nie ma mowy o wyroku skazującym dla pozwanego do sądu dziennikarza.
Bo podstawą do takiego orzeczenia sądu jest nienaruszalna, wręcz święta zasada, że wolność słowa i wolność wyrażania własnej opinii jest zawsze ważniejsza niż czyjaś osobista
uraza. W takiej sytuacji stosuje się tak zwaną zasadę domniemania prawdy.
Petra Dorn, zastępca redaktor naczelnej niemieckiego dziennika "Tageszeitung"
I o co cały ten wielki hałas? Każdy, w tym także redaktor naczelny DZIENNIKA, ma prawo wyrażać swoje zdanie na dowolny temat, w tym także na temat redaktora naczelnego "Gazety
Wyborczej" Adama Michnika. Na tym przecież polega wolność słowa, do której mają prawo nie tylko zwykli obywatele, ale również dziennikarze. W Niemczech żadna sprawa, która dotyczy
czci czy honoru jakiejś osoby publicznej, nie miałaby szans na powodzenie w sądzie. Byłaby z góry skazana na przegraną.
Audrys Antanaitys, wiceprezes Związku Dziennikarzy Litewskich
Działanie Adama Michnika po prostu zabija dyskusję w Polsce. Niszczy wolność prasy. To absolutnie niedopuszczalne, by za wyrażenie opinii wytaczać komuś proces sądowy. To oznacza całkowite
mieszanie dwóch sfer: prywatnej i publicznej.
Przecież jeśli Adam Michnik nie zgadza się ze zdaniem Roberta Krasowskiego na swój własny temat, ma mnóstwo możliwości, by się bronić - ma swoją "Gazetę Wyborczą", która jest jego stałą trybuną i mównicą. I właśnie tam może spokojnie dyskutować i przedstawiać czytelnikom swoje racje.
Zupełnie inaczej wyglądałaby cała sprawa, gdyby Michnik takiej możliwości nie miał. Ale - powtórzę raz jeszcze - ma i mógł z niej skorzystać. Proces sądowy można komuś wytoczyć
jedynie wówczas, gdy ta osoba podaje nieprawdziwe fakty lub świadomie je przekręca. Tylko wtedy można mu zarzucić szkalowanie. Ale to zupełnie nie dotyczy przypadku, o którym cały czas
mówimy.
Mecenas Victor Kovner z kancelarii David Wright Tremaine LLP w Nowym Jorku, ekspert ds. mediów
Procesy sądowe między redaktorami naczelnymi gazet zdarzają się w Stanach
Zjednoczonych naprawdę bardzo rzadko. Ostatnia taka sprawa, jeżeli mnie pamięć nie myli, pochodzi aż sprzed trzydziestu lat, kiedy to redaktor naczelny pisma "Penthouse"
pozwał do sądu naczelnego "Playboya".
Zwykła, rutynowa procedura załatwiania tego typu nieporozumień to po prostu publikacja opinii w mediach - przede wszystkim w swoim własnym piśmie. Nierzadko taka medialna dyskusja przeradza się zresztą w ostrą i długotrwałą wojnę na oskarżenia. Prawie nigdy jednak taka ideologiczna dyskusja nie kończy się w sądzie.
Redaktorzy naczelni gazet codziennych, zwłaszcza tych poważnych, są naprawdę ostatnimi osobami, które powinny rozstrzygać swoje ideologiczne pretensje do kolegów po fachu na drodze sądowej. To bardzo szkodliwe dla ich wizerunku i wiarygodności oraz wiarygodności mediów, które reprezentują.