Manuela Gretkowska napisała porywający esej z dreszczykiem o krwi menstruacyjnej i antymenstruacyjnej pigułce. Dla antropologii kulturowej ten temat to nie pierwszyzna. Bardziej zrównoważeni (burżuazyjni) uczeni sądzą (a niewinny ów pogląd podziela pani Gretkowska), że mężczyźni brzydzą się menstruacją i dlatego wymyślili wiele związanych z nią zakazw. Za to ci bardziej gorący i głębiej w życie zanurzeni spośród profesorów żywią przekonanie, że mężczyzna (zwłaszcza taki cokolwiek dzikawy) niczego i nikogo się nie brzydzi, a tabu menstruacyjne załatwiły sobie same kobiety, aby choć przez kilka dni w miesiącu mieć spokój i zregenerować ponaciągane tkanki.
Manuela Gretkowska chce, żeby kobieta miała wybór, a tabletki antykoncepcyjne wstrzymujące miesiączki to przecież także jakiś kolejny fajny wybór. W sumie miło by było nie mieć miesiączki, a - powiedzmy - tylko jakąś "kwartalkę" albo "semestralkę". W tym sensie jest za. W dodatku naturalnymi wrogami atymenstruacyjnych tabletek są prawicowi troglodyci pragnący uwięzić kobiety w kuchni i przy dzieciach. To kolejny argument za tabletką o sympatycznej nazwie Lybrel. Jednocześnie jednak Gretkowska jest trochę przeciw, przypuszczając, iż niekrwawiąca kobieta to kulturowe zamówienie samców potrzebujących zawsze czystych i pachnących laleczek. Na takie zaś traktowanie kobiet zgody być nie może.
Moim zdaniem sprawa postawiona jest trochę sztucznie. Zatrzymywanie menstruacji to żadna nowość, jakkolwiek dotychczas robi się to ze wskazań medycznych, bez związku z antykoncepcją (chyba że u osób upośledzonych). Długoterminowego powstrzymywania krwawienia bez wyraźnych powodów zdrowotnych zapewne nie poleciłby żaden poważany ginekolog, bez względu na swoje poglądy w kwestiach obyczajowych. A co do stosunku mężczyzn do menstruacji to raz jeszcze muszę się zapłonić i powiedzieć Manueli Gretkowskiej, że są sprawki ciemne, a pospolite, o których naturom delikatnym nie wiadomo (i dobrze). Powiedzmy nieco enigmatycznie, że stosunek mężczyzn do menstruacji jest zwykle dwoisty i chwiejny. Zależy jakich mężczyzn, w jakim wieku i w jakich okolicznościach. No i oczywiście, zależy do czyjej menstruacji...
Sprawa Lybrelu to szczegół. Duży temat to antykoncepcja. Tradycjonaliści antykoncepcji nie lubią i to z wielu powodów. Nie należę do tej drużyny, ale miło mi, że chociaż w tym punkcie mogę się z nimi zgodzić (zwłaszcza że pojutrze występuję na Zjeździe Gnieźnieńskim, gdzie i o "świętym seksie" będzie...). Oczywiście, nie znaczy to, abym popierał jakieś zakazy. Broń Boże! Po prostu wydaje mi się, że prawdziwi mężczyźni i prawdziwe kobiety powinni antykoncepcji unikać. Unikać właśnie dlatego, że są "prawdziwi", a więc z racji - powiedzmy - honorowych. Weźmy chociaż takiego antykoncepcyjnie przybranego mężczyznę. No, skarpetki do kwadratu! A tak poważniej, to doświadczony mężczyzna radzi sobie doskonale i bez "specjalności gumowych", a jak trzeba, to i bez wydzielania zbędnej posoki. A jak jest niedoświadczony, tedy niechaj się boryka w tę, a potem we w tę. Powodzenia u dam życzę! Dobrze, że przynajmniej dla kultury jest z tego jakiś zysk. Bo pamiętacie przecież ten stary, ale wciąż jurny dowcip o playboyu przy kiosku: "16 erosów poproszę. A, cześć Monika! Niech będzie 17".
Z kobietami nie lepiej. Gdybym tak był kobietą, z pewnością wizyta u ginekologa w celu "dobrania odpowiedniej wkładki" byłaby dla mnie niezwykle krępująca. Zaś codzienne branie jakiejś podejrzanej tabletki bodajże jeszcze bardziej. Jaki bowiem zawiera się w tym komunikat? Ano, jakiś taki: "Oj, panie doktorze, wstydzę się pana, ale tak strasznie chce mi się kochać i czuć się przy tym bezpiecznie. A tym bardziej, że mój mąż taki trochę mało obliczalny".
Albo (do samej siebie w łazienkowym lustrze): "Wiem, że to chemiczne świństwo, zawsze jakoś tam niezdrowe, ale ja muszę, muszę się przecież kochać i nie mogę, naprawdę nie
mogę mieć dziecka". I żeby nie było wątpliwości, sztuczki z palcem i z termometrem bynajmniej nie wydają mi się bardziej licować z godnością kobiety.
Zgadzam się z tym, co na swój sposób podnosi i prawica, i lewica: że intensywna antykoncepcja stosowana przez kobiety jest świadectwem ich zależności od mężczyzn. Weźmy tabletkę
antykoncepcyjną dla facetów. Prace nad nią trwają od dawna. Pewnie zostanie wynaleziona i wypuszczona na rynek. Tylko kto to kupi? Czy męski egoista zaryzykuje choćby najmniejszy ubytek
płodności i zgodzi się na chemiczne zabezpieczenie? Skąd, przecież to nie on będzie w razie czego w ciąży! Niechaj się kobiety tym martwią! Mężczyzna brudzi - kobieta sprząta. Tak, jest
coś w antykoncepcji dla kobiety upokarzającego.
A człowiek zależny i poniżony słabnie, traci odporność na grzech. Myśli, że wszystko musi, więc i złe musi... Wcale nie są całkiem pozbawieni racji prawicowi moraliści sugerujący psychologiczny związek między nawykiem antykoncepcyjnym a gotowością do dokonania aborcji. Jest taka ścieżka, która prowadzi od klasycznej antykoncepcji poprzez środki wczesnoporonne aż do aborcji. Większość kobiet nie zajdzie tak daleko. Ale może bezpieczniej w ogóle na nią nie wchodzić?
Jeśli już jednak stosuje się antykoncepcję (a przecież fakty są takie, jakie są - antykoncepcja jest powszechna), trzeba to robić umiejętnie, tak żeby pokusa aborcyjna w ogóle się nie pojawiła. Najgorsza jest bowiem taka sytuacja jak w Polsce: dostęp do środków antykoncepcyjnych wciąż trudny, wiedza o ich stosowaniu niedostateczna, w konsekwencji niechcianych ciąż wiele, a naprawiania nieudanej antykoncepcji aborcją - też niemało. Dlatego tak potrzebna jest nam solidna oświata seksualna w szkole. Skoro nie ma szans na skuteczne rozkrzewienie cnoty czystości (choć nie należy ustawać w szlachetnych wysiłkach!), skutecznie krzewić należy wiedzę o antykoncepcji. Inaczej mamy byle jaką antykoncepcję i chaotyczną, niekontrolowaną aborcję.
Polityka "trochę cnoty plus trochę pigułek" jest trochę głupia plus trochę obłudna. Antykoncepcja jest potrzebna i musi być dostępna. Służy ochronie przed niechcianą ciążą i zarazkami nie tylko puszczalskim czternastolatkom, ale również żonom pijaków, osobom ciężko chorym, prostytutkom. Z troską pisał o tym nasz wielki ginekolog-literat, Tadeusz Boy-Żeleński (zob. "Reflektorem w mrok"). A jednak, prawdą jest też to, że ci, którym antykoncepcja jest w życiu niezbędna, mają jakiś deficyt.
Często jest to deficyt roztropności, opanowania, powagi w sprawach seksu. To tak, powtórzę, jakby mówili wciąż: muszę, pili mnie, muszę. A jednocześnie: nie chcę, nie mogę mieć
dziecka. W porządku - niektórzy tak mają. Ale lepiej tak nie mieć, czyli: nie musieć koniecznie uprawiać seksu w określonym czasie, nie musieć korzystać z każdej okazji na seks, nie musieć
koniecznie mieć wytrysku, nie musieć bać się poczęcia dziecka. Nie musieć tego wszystkiego, to luksus wolności. Nie każdy jednak taką wolnością się cieszy. Ale i to również trzeba
umieć uszanować. Taka to jest antykoncepcyjna dialektyka.