Kiedy profesor Dawydow, dyrektor Instytutu Ameryki Łacińskiej sowieckiej Akademii Nauk, pisał w latach 80. swoją ekspertyzę na temat mechanizmów "rozwoju zależnego" (na zamówienie KGB), pewno nie zdawał sobie sprawy, że przygotowuje nie tylko nową strategię geopolityczną dla ZSRR, opartą na kontrolowanym - jak zamierzano - otwarciu, ale także instytucjonalny schemat postkomunizmu.
Jego trafna prognoza skutków spóźnionej integracji pół peryferii z gospodarką światową w fazie zaawansowanej globalizacji ukształtowała bowiem samoświadomość "politycznych kapitalistów" (pokolenie '84), stając się dla nomenklatury swoistym instruktażem, jakie obszary gospodarki należy opanować, aby odnieść sukces. Prognoza ta pozwala też zrozumieć, dlaczego tak słaba jest w postkomunizmie klasa średnia. A przecież teoretycznie to ona ma stanowić fundament demokracji i rynku z jego kulturą kontraktu.
Przewidywane przez Dawydowa: krótki tylko okres "klasycznego", wolnokonkurencyjnego, liberalnego rynku małych posiadaczy i kupców (szybko wypchniętych do szarej strefy, bo nie wytrzymujących konkurencji z wysoko zorganizowanym, skoncentrowanym kapitałem zagranicznym); nikłe szanse na kumulację krajowego kapitału, i to raczej w sferze spekulacji finansowych (wspomaganych "rentą władzy") niż produkcji; przeskakiwanie stadiów rozwojowych znanych z historii zachodniego kapitalizmu z towarzyszącą temu słabością i państwa, i społeczeństwa - to tylko niektóre elementy owej, niestety trafnej wizji, którą zrekonstruowałam w swojej książce pt. "Postkomunizm".
Wskazówki Dawydowa (ale też spontaniczne "eksperymenty managerskie" z czasów Rakowskiego w drugiej połowie lat 80.) ułatwiły komunistycznemu aparatowi i służbom przekształcenie uprzywilejowanego statusu w sferze władzy w uprzywilejowany status ekonomiczny.
To z kolei przyczyniło się do przełamania jednej z barier dalszej transformacji, a mianowicie braku społecznych podmiotów żywo zainteresowanych prywatyzacją państwowego majątku. "Solidarność" takim podmiotem nie była, a dla inteligenckich elit był to raczej interes teoretyczny.
Pierwsze posunięcia już po "przełomie" 1989 roku (m.in. decyzja o tzw. wewnętrznej wymienialności złotego) popchnęła rodzące się struktury kapitalizmu politycznego w kierunku spekulacji finansowych i importu. To było pierwsze uderzenie w tradycyjny, drobny sektor prywatny. Przetrwał on czasy komunizmu, a po przełomie ani nie dysponował "rentą władzy" (ułatwiającą dostęp do dewizowych zasobów opanowanych przez nomenklaturę banków komercyjnych), ani nie mógł konkurować z tanią, masową produkcją z krajów zachodnich.
Towarzyszył temu fiskalizm i mordercza polityka kredytowa tzw. planu stabilizacji. I to w tym samym czasie, gdy postnomenklaturowi kapitaliści uwłaszczali się na majątku partii i organizacji społecznych. Drenowali kraj z dewiz, dorabiając się na imporcie konsumpcyjnym konkurującym z krajową produkcją.
W tej sytuacji łóżeczka składane nie mogły przekształcić się w sklepiki: nie wytrzymały konkurencji z supermarketami. Po podpisaniu warunków stowarzyszenia z UE na początku lat 90. (a więc w fazie, gdy Unia odeszła już od polityki przemysłowej i interwencjonizmu, który - z powodzeniem - stosowała w przeszłości, gdy była w podobnym stadium rozwoju, jak my obecnie) uznano, że wszelkie techniki wspomagania przez państwo rodzimych producentów są "nierynkowe".
Nie tworzono więc rozwiązań, które np. w Niemczech po II wojnie światowej świadomie wspomagały rozwój klasy średniej (uznanej - słusznie - za gwaranta demokracji), jak chociażby świadome budowanie powiązań kooperacyjnych między koncernami i małymi firmami czy finansowe wspieranie tych ostatnich przez sieć regionalnych "banków rozwojowych", operujących w oparciu o mniej wyśrubowane standardy komercyjne.
W rezultacie GUS już w 1995 roku zarejestrował początek spadku dynamiki i kłopoty finansowe małych i średnich firm. Ich wciąż duża liczba była w coraz większym stopniu skutkiem fikcji tzw. samozatrudnienia, gdy pracowników na dających się wydzielić stanowiskach w dużych przedsiębiorstwach i instytucjach zmuszano - w ramach cięcia kosztów - do wykonywania swojej pracy jako jednoosobowa firma.
Owa niedokonana klasa średnia początku transformacji, rozbijająca się o "kapitalizm polityczny", konkurencję globalną i drogi kredyt, stanowiła pierwsze zaplecze Samoobrony.
To jednak nie koniec historii, bo zdolność przetrwania wysepek klasy średniej w postkomunizmie jest imponująca. Drugi impuls jej rozwoju (po załamaniu się w 1995 roku tradycyjnych form jak rzemiosło i drobny handel) pojawił się w 1997 roku, wraz z reformami AWS.
Chodzi o reformę samorządową oraz o komercjalizację szeregu zadań państwa i lawinowy rozwój różnego typu agencji, funduszy celowych posiadających uprawienia do zamówień publicznych. Wraz z tym pojawił się "kapitalizm sektora publicznego" oparty na klientelistycznym rozpraszaniu, redystrybucji środków publicznych, często o podłożu korupcyjnym i silnym zroście między lokalną władzą a lokalnym małym biznesem.
Był to zalążek tzw. klasy politycznej. Wygląda to jak klasa średnia, ale bez jej racjonalności opartej na swobodnej konkurencji rynkowej i - oczywiście - bez decydującego dla klasy średniej etosu indywidualnej niezależności.
Nasilający się klientelizm jako fundament przetrwania przekreślał obie te zasady. Pojawiła się wprawdzie nowa fala firm (budowlane, świadczące usługi komunalne), ale nie towarzyszyło temu wcale wzmocnienie tzw. społeczeństwa cywilnego, uznającego niezbędność silnego państwa i prawa jako podstawy dla realizacji własnych interesów.
Odwrotnie - sukces finansowy zależał od personalnych powiązań, luk prawnych i regulowanego dostępu. O ile w prawdziwym kapitalizmie kluczowe było znalezienia unikalnej niszy rynkowej lub technologicznej, tu decydowała nisza administracyjna. Zamiast kultury kontraktu dominowało mordercze, choć nie merytoryczne współzawodnictwo.
Oczywiście pojawiły się też - wciąż niezbyty liczne - firmy o wysokim potencjale innowacyjności, wykorzystujące fakt, iż największa luka płacowa między krajami wysoko rozwiniętymi a postkomunistycznymi występuje wśród pracowników o wysokich kwalifikacjach i w części specjalistycznych usług (laboratoria, informatyka, służba zdrowia, rehabilitacja, księgowość, produkcja lekarstw i kosmetyków). To w tych dziedzinach pojawiły się nowe firmy, często oparte na jednym pomyśle czy patencie właściciela, i odniosły sukces rynkowy.
I wreszcie faza trzecia: wejście do UE. Po wstępnym okresie obaw uderza żywotność małych i średnich firm. A także - osób wyjeżdżających za granicę i znajdujących zatrudnienie w pracy na własny rachunek - w swojej firmie - niezależnie i samorządnie. Tak jak to robiła tradycyjna klasa średnia. I zachowujący się tak jak ona - choć na obczyźnie - bo próbujący odtworzyć tradycyjne instytucje - rodzina, gazeta, parafia, klub sportowy.
Aktywni, inwestujący w edukację własną i własnych dzieci, zabierający głos w sprawach kraju (internet) wydają się najbliżsi temu, co kojarzy się z klasą średnią jako fundamentem demokracji. Czy wrócą kiedyś z kapitałem tego doświadczenia? W kraju podobni, rzutcy ludzie stają się raczej urzędnikami, wchodząc w etatystyczne tryby różnych odmian "gospodarki moralnej", klientelizmu spajajcego partię władzy i koalicję, kapitalizmu politycznego nastawionego dziś na oliwienie lojalności i kontrolę raczej niż osobisty zysk.
Zarysowana wyżej, zdeformowana dynamika wyłaniania się w postkomunizmie klasy średniej odbywa się w intelektualnej próżni. "Poprawny politycznie", naiwny liberalizm elit, niedoceniający trudności formowania krajowego kapitału w warunkach globalnego współzawodnictwa i "przemocy strukturalnej" (czyli przeskakującej stadia uniformizacji procedur i instytucji, pracującej na rzecz rynków wyżej rozwiniętych), nie pozwolił nawet dostrzec (a co dopiero ją wesprzeć) tej nierównej walki klasy średniej o przetrwanie.
Izolacja owej klasy od środowisk inteligenckich jest prawie całkowita, gdy w historii zachodniego kapitalizmu oba te środowiska współpracowały i wspierały się nawzajem.
W początkach postkomunizmu inteligenci raczej przylgnęli do władzy, przyczyniając się do jej pierwotnego skażenia brakiem profesjonalizmu. Sprzyjał temu rozrost nowego postkomunistycznego etatyzmu. Był on spowodowany zarówno świadomością budowania kapitalizmu niejako "od góry", w imię interesu teoretycznego, jak i narastającym poczuciem braku kontroli nad rzeczywistością, którą probowano opanować przy pomocy oplatającej państwo i sektor publiczny partii władzy (w lewicowym lub prawicowym wydaniu, w zależności od wyników wyborów).
Przylepianie się inteligencji do władzy (i utrata niezależności myślenia) wiązało się też ze społecznym kryzysem tej warstwy, spowodowanej komercjalizacją kultury i pauperyzacją. Ów kryzys był tym bardziej dolegliwy, że w czasach komunizmu, z jego statusem "pozoru", inteligencka zdolność manipulowania językiem była automatyczną przepustką do elity, nawet gdy było się w opozycji.
Ten "pozór" (czyli fakt, iż komunizm był czymś innym, niż o sobie zakładał i oficjalny język wręcz utrudniał dotarcie do owej prawdziwej realności - ale jego odrzucenie unaoczniłoby nagi absurd i przemoc) powodował, że wszelkie gry językowe, zwiększające trafność nazywania, były w cenie.
Gdy jeszcze - jak w komunizmie - samo społeczeństwo przyznawało inteligentom status twórców moralnych standardów (jakkolwiek surrealistycznie brzmi to dziś), to obecna degradacja i frustracja tej warstwy jest zrozumiała. Wolność ujawniła, że szuflady są puste i pokazała brak kompetencji do rządzenia. Pół wolność schyłku komunizmu, bez ponoszenia odpowiedzialności, była łatwiejsza.
To rozchodzenie się walczącej o przetrwanie i pozbawionej logistycznej, fachowej pomocy klasy średniej z jednej strony i coraz bardziej zawieszonej w próżni, za mało profesjonalnej dla administracji i za powolnej w myśleniu i mówieniu dla nowych mediów, inteligencji pogłębiło kryzys obu tych środowisk.
A w tle opisywanych tu perturbacji niedokonanej klasy średniej jawi się podstawowy problem tej fazy postkomunizmu, czyli jego zawieszenie w czasie. W sferze dyskursu wciąż brak nam "momentu cywilizującego", który na Zachodzie dawno temu doprowadził do odkrycia wolności i określenia granic władzy.
Odbyło się to w epoce przed nowoczesnej, w toku analizowania relacji między prawami człowieka a prawem naturalnym (amerykański republikanizm), czy - jak wcześniej w Europie - w lockowskim odkryciu wolności jako sytuacji poznawczej, pozwalającej rozwiązać paradoks nominalizmu i zrozumieć związek autonomicznych sfer: formy i procesów realnych. Trudno jednak wejść w ten przed nowoczesny dyskurs, gdy, jak my, jest się w post nowoczesności i gdy brak podmiotu - właśnie klasy średniej, która w obu wypadkach była głównym aktorem dyskursów doprowadzających do odkrycia wolności jako koniecznego fundamentu państwa i gospodarki.
Z kolei w sferze instytucji operujemy w ramach, które wyprzedziły nasz realny etap rozwoju. W jednej sferze więc spóźniamy się, gdy w innej wybiegamy do przodu. Trudno więc określić tożsamość, a luka między wyznacznikami racjonalności mikro i makro pogłębia się. Brak klasy średniej, z jej pogardą dla wszelkiego pastiszu (czym karmi się nasza polityka), a szacunkiem dla rezultatów i instrumentalną racjonalnością, i w tym wymiarze jest wyraźny.
Powoli jednak sytuacja się zmienia. Profesjonalizuje się zarządzanie publiczne - choć wciąż nie polityka. Wymiana pokoleniowa doprowadziła do zaczątków nowej inteligencji - warstwy z poczuciem własnej racji i misji: przykładem chociażby "hunwejbini" z IPN. Toczy się ukryta walka pokoleniowa, która czyści pole - dla kogo? Blokersów i cyników nie szanujących nikogo? Nowych konformistów widzących, że najlepiej się nie wychylać? Na pewno nie - niestety - dla nowych pozytywistów klasy średniej ery globalizacji. Tych łatwiej spotkać w polskim kościele w Londynie niż w Warszawie!