Niedawna deklaracja premiera na temat potrzeby powołania uniwersytetu, którego trzon stanowiłaby kadra wolna od trzeciorzeczpospolickiej aksjologii, która "wskazywałaby drogę w sferze moralnej", to właśnie taki prezencik. Działa salonu oburzonych prawie się przegrzały, strzelał nawet Cezary Michalski.
No cóż, jeżeli krytyka jest tak powszechna, być może jest uzasadniona. Jednak w tym zbiorowym oburzeniu na uniwersytet pod wezwaniem IV RP widzę oczywiste luki. Z cała pewnością
poprzedzenie ogłoszenia projektu nowego uniwersytetu antyinteligenckim jazgotem było polityczną głupotą. Podważanie roli Trybunału Konstytucyjnego zbiegło się z niesmacznym postępowaniem
prezydenta wobec Władysława Bartoszewskiego, pisowskim pomstowaniem na łże elity, nachalnymi łgarstwami historycznymi posła Giżyńskiego, Targowicą, obraźliwymi
"wykształciuchami" pod adresem... No właśnie, pod czyim adresem? Skoro można się dostać do worka potępionych za niechęć do lustracji, za krytycyzm wobec okazjonalnie
definiowanej polskości czy dopominanie się o lepsze stosunki z Niemcami, to w tym worku może znaleźć się każdy. (Kogo nigdy nie wkurzyli Polacy? Kto nie zna lustracyjnej historii, w której
nic nie jest wcale jasne? Kto nie wypowie czasem krytycznej uwagi o Annie Fotydze? itd.). Tak, inicjatywa uniwersytetu Czwartej Rzeczypospolitej może wydawać się zwieńczeniem wojny PiS z
"polską inteligencją". Ale - wydawać się tylko.
Mocarze... w słowach
Podczas kilkunastu miesięcy rządów premiera Marcinkiewicza i Kaczyńskiego mieliśmy tylko jeden rzeczywisty zamach na przedstawicieli inteligenckiego
rzemiosła: pomysł likwidacji przywileju podatkowego, tzw. kosztów uzyskania przychodu. Pomysł ten lansowała Zyta Gilowska, polityk, którą trudno skojarzyć z mitologią IV Rzeczypospolitej.
Pomysł zresztą natychmiast upadł, wcale nie dlatego, że był merytorycznie nieuzasadniony. Po prostu łże- i niełże-elity powstały jak jeden mąż przeciwko nieludzkiej propozycji
odprowadzania do Skarbu Państwa należnego mu podatku.
Wszystkie inne ataki PiS były wyłącznie werbalne. To nie znaczy, że należy je lekceważyć, słowa potrafią boleć. Dobrze jest jednak zachować proporcje. Jak to mówił o rewolucyjnych
reformatorach 1848 r. Michał Bakunin (drań, ale zawodowy rewolucjonista), "mocarze w słowach, dzieci w czynach". W czynach obóz pisowski palcem nie tknął polskiej
inteligencji. Z braku laku przeciwnicy Kaczyńskich i Rydzyka uznają okazjonalnie aresztowanie lekarzy czy ustawę o asesorach za ataki "na inteligencję", ale to propaganda.
Prawda zaś jest taka: nie ma wojny z intelektualistami. Są głupie słowne przepychanki z częścią elit, które przynoszą wstyd i straty ludziom PiS, ale nie niosą grozy ich adwersarzom.
Zazdrość i zawiść czynią cuda
Tak doszliśmy do odwrotnego rozumowania. Generalnie przywódcy Prawa i Sprawiedliwości maja kłopoty z wprowadzeniem w życie projektów,
które (chyba nierozważnie) ogłaszają. Cezary Michalski zabawnie pisał o ryzyku, że "Uczelnia Jarosława Kaczyńskiego przyciągnie jedynie ludzi odrzuconych przez swoje rodowiska:
ekonomistów posiadających cudowne recepty na uzdrowienie polskiej gospodarki, kreacjonistów walczących z kłamstwami Darwina, monarchistycznych historyków czy tradycjonalistycznych teologów
demaskujących modernistyczny spisek Vaticanum II..." Skądinąd, jeżeli jakieś środowisko wyrzuca ze swego grona kogoś za monarchizm, a pozostawia w nim kapusia, twórcę PRON czy
marcowego docenta, to sprawa jest bardzo przykra.
Ale do rzeczy - rzeczywiście, tworzenie uniwersytetu za pomocą niezbornej koalicji nawiedzonych gwarantuje tej placówce los Konwentu św. Katarzyny. Droga polityczna Kaczyńskich pokazuje jednak, że wyciągnęli wnioski z czasów kiedy pojęcie "prawica" stało się synonimem słowa "kompromitacja". Prędzej spodziewałbym się, że uniwersytetem pokierują ludzie zbyt mało barwni i samodzielni niż wypuszczani na przepustkę wariaci. Nie tylko polityka się, za przeproszeniem, profesjonalizuje.
Może tak się stać, że zbyt pospiesznie uruchomiona i biedna instytucja zemrze śmiercią naturalną, oczywiście. Jednak pokusa zrobienia wreszcie instytucji, której łże-elity
pozazdroszczą rozmachu i poziomu, może zdziałać cuda. Nowa placówka zostanie uznana przez niemałą część dziennikarzy, komentatorów i wykładowców za instytucję, której należy się
bacznie i złośliwie przyglądać. Niczego bardziej nie potrzeba chyba polskim uniwersytetom jak tego, by poddawano je presji otoczenia. Nigdy nie zapominając o wyjątkach, tym wspanialszych, im
rzadszych, współczesny polski uniwersytet jako instytucja raczej przypomina zakład usług społecznych. A że usługi te są płatne niezbyt wysoko (i bardzo rzadko w proporcji do wkładanego w
pracę dydaktyczną wysiłku), wykładowca - znowu nie zapominając o wyjątkach - spoziera na swoich studentów jako na balast, a nie podmiot swojej misji. Samo słowo "misja
uniwersytetu" zostało już niemal całkowicie skazane na banicję.
Bodziec determinacji
Wszelako w ostatnich latach widać w uniwersyteckim światku pewien ruch. Powstają nowe wydziały lub ścieżki studiów międzywydziałowych. Niektóre
wydziały, a czasem i całe uczelnie (jak warszawska SGH) starają się modernizować programy i cele nauczania, a także - co jest piętą achillesową uczelni - sposób zaliczeń. W 2004 r.
Wydział Prawa Uniwersytetu Adama Mickiewicza podjął decyzję o rezygnacji z prac magisterskich, tak aby przerwać fikcję, która przecież jest bardzo wygodna (studenci piszą odtwórcze prace i
zostają magistrami, a ich promotorzy udają, że je czytają, pobierając za to wynagrodzenie). Nie trzeba dodawać, że pomysłodawców spotkała fala niekonstruktywnej krytyki, ale przełom w
cichej zmowie został dokonany.
Takie inicjatywy są zazwyczaj rezultatem szczęśliwego połączenia irytacji oraz podziwu godnej ciekawości ("A co by było, gdybyśmy tak spróbowali być atrakcyjni"?).
Równie istotnym bodźcem zmian jest konkurencja. Ofensywa lichych zwykle uczelni prywatnych (to ważne - po co być lichym państwowym uniwersytetem, skoro studenci szukający słabej szkoły mogą
komfortowo studiować prywatnie), propozycja kilku uczelni niepublicznych dobrych i dbających o studenta, dostępność uczelni zagranicznych i wreszcie król przemian - niż demograficzny -
wyrwały z letargu niejedne uniwersyteckie środowisko. A przynajmniej stworzyły klimat aprobaty dla "eksperymentów" i "przejmowania się". Gdyby w ciągu
najbliższych lat powstała placówka kierowana przez kadrę ludzi zdeterminowanych, będących pod ostrzałem, zarazem stojących przed wielką szansą prześcignięcia dotychczasowej czołówki,
dla życia akademickiego w Polsce byłoby to tylko z korzyścią. Mechanizm konkurencji zostanie wzmocniony. Że w atmosferze niesympatycznej zapewne rywalizacji? Studenci Cambridge i Oxfordu, a
czasem i ich wykładowcy, okładali się przed wiekami kijami, co wyszło obu akademiom na zdrowie.
Polityka i uniwersytet
Przeciwnicy UniKa podniosą zapewne, że przecież ten uniwersytet nie powstaje jako nowatorska uczelnia dbająca o studentów etc., tylko jako owoc
politycznej i ideologicznej rachuby. To prawda, ale uniwersytet ten jest skazany na model bardzo dobrej i atrakcyjnej szkoły dla elit. Inaczej po prostu stanie się klonem szkoły mediów ojca
Tadeusza Rydzyka, jej studenci będą słuchać wykładów o czarownicach i smokach wawelskich - i jako absolwenci nawet nie zbliżą się do poziomu łże-elit. Aby mury uczelni opuszczali studenci
mogący odcisnąć na polskim życiu intelektualnym odczuwalne piętno, uczelnia będzie ich musiała wabić ofertą uniwersytetu wyraźnie lepszego niż inne. Dyplom uczelni Zdrowej Moralnie to co
najwyżej obciach. UniKa musi być uczelnią, do której przyjeżdża z wykładami Niall Ferguson i Alain Finkielkraut, uczelnia, której dyplom oznacza: "bierzcie mnie, mimo że mój
uniwersytet założył Kaczyński".
Mocne ideowe przesłanie, które nadał mu premier, jest warunkiem koniecznym (nie mówię tego z radością) powstania i przetrwania nowej instytucji akademickiej. Jej twórcy muszą wiedzieć,
po co istnieją i dlaczego chcą zaryzykować ileś lat swojego życia w przedsięwzięcie, które wymaga wielkiego wysiłku, a nie gwarantuje sukcesu.
Uwaga na sztandary
Czy tą kulą, która potoczy lawinę, musi być akurat lustracja, poparcie której bywa przedstawiane jako warunek przynależności do inteligencji "prawdziwej"? Wolałbym, aby
wystarczył inny sztandar. W końcu "nowa matura", najistotniejsza udana reforma w Polsce ostatnich 10 lat, powstała bez wielkich podtekstów - po prostu po to, aby nadać
egzaminowi maturalnemu charakter uczciwej i równej rywalizacji. Krajowa Szkoła Administracji Publicznej wystartowała jako szkoła nowoczesnych kadr, a nie np. szkoła Obrony Polski - i
pozazdrościć osiągnięć.
Tak, można sobie wyobrazić, że UniKa rusza po prostu pod hasłem "Żadnej taryfy ulgowej", a nie czystości moralnej. Nie odrzuca mnie jednak, że jest inaczej. Warto jest obudzić uniwersytety, które mocno śpią. Okazjonalne wypowiedzi do kamery kilku profesorów (zazwyczaj jest to rektor pełniący wysokie funkcje w Konferencji Rektorów oraz Ireneusz Krzemiński) przykrywają fakt, że polska uczelnia z przeróżnych powodów nie jest kuźnią postaw społecznych i intelektualnych. To, że przez 17 lat uniwersytety omijały sprawę rozliczeń chwil słabości zaszantażowanych swoich pracowników i odróżnienia wybaczalnych błędów od skrupulatnego i konsekwentnego donosicielstwa, jest również tego przejawem.
Większość polskiej kadry naukowej zajmującej się naukami społecznymi nie wyściubia nosa poza swoją specjalizację, najlepiej tak wąską, by wszyscy specjaliści zmieścili się w główce od szpilki. Socjologowie nie budują analiz rzeczywistości, tylko jej wycinków ujętych w przeprowadzonych właśnie badaniach. Historycy nie tworzą intelektualnie nośnych i podniecających konstrukcji intelektualnych (w poniedziałkowej "Gazecie Wyborczej" pisał o tym Maciej Gablankowski, skupiając się głównie na zarzutach o niekontynuowanie sprawy Jedwabnego i niestawianie tamy IPN-owi). Szacunek, jakim cieszy się KUL i rozwój UKSW nie zmieniają faktu, że na uczelniach tych nie powstają pasjonujące prace dotyczące katolicyzmu polskiego i światowego. Dziesiątki instytutów dydaktyki nie uchroniły nas przed rażącymi nieporozumieniami w tworzonych "pod reformę" 1999 r. programów szkolnych. Po kilometrach napisanych referatów, doktoratów i książek przechadza się Jej Wysokość Kopia. I tak dalej.
Polskiemu życiu intelektualnemu brakuje życia. Powtarzanie gazetowych relacji i dodawanie do nich wyrazów wykwintnego oburzenia to tylko atrapa zaangażowania świata nauki w sprawy publiczne. Uniwersytet "Jarosława Kaczyńskiego" odegra i tutaj korzystną rolę. Nawet jeżeli jego twórcom przyświecają inne cele.