Dziś moja rada dla Platformy powinna być miodem na serce jej przywódców - bo sugeruję im, by robili to, co lubią robić najbardziej. Krótko mówiąc - by nie robili niczego. Przynajmniej przez jakiś czas. Obserwując to, co robią dziś Jarosław Kaczyński, Roman Giertych i Andrzej Lepper, można odnieść wrażenie, że żaden z nich nie podjął jeszcze kategorycznej decyzji o unicestwieniu tej koalicji, a walczy jedynie o ustawienie sobie wewnątrzkoalicyjnego oponenta we właściwym położeniu, tak by ułatwić sobie zadanie ciosu.
Jarosław Kaczyński robi to za pomocą listu do koalicjantów i stawiania im warunków, których przyjęcie byłoby dla nich upokarzające. Roman Giertych nieśmiałym wierzganiem kopytami i deklaracjami, że rządowe kontrrozporządzenie do jego rozporządzenia eliminującego z listy lektur Gombrowicza odda pod osąd Trybunału Konstytucyjnego. Andrzej Lepper z kolei składa propozycję Platformie, ale wygląda ona trochę tak, jakby był pracownikiem, który chce zostać w firmie, w której pracuje, ale mówi o możliwości przejścia do zupełnie innej firmy, by dostać podwyżkę albo przynajmniej, by nie dostać w niej wypowiedzenia.
Dziś, gdy Sejm wyjechał na wakacje, przyjęcie propozycji Samoobrony byłoby więc w największym stopniu wpisaniem się w poddywanowy pojedynek koalicyjnych buldogów. Byłoby też sprzeczne z naczelną regułą strategii - także politycznej - uderzaj tam, gdzie się nikt nie spodziewa, i wtedy, kiedy nikt się nie spodziewa. Byłoby też zostawieniem premierowi i PiS kilku tygodni na reakcję. Byłoby więc, najkrócej mówiąc, błędem narażającym na niepowodzenie całą operację. To na krótką metę.
Ale w strategicznym interesie Platformy jest wywrócenie obecnego rządu. Liderzy Platformy nie raz, nie dwa i nie dziesięć razy powtarzali, że rządy PiS i rządy tej koalicji są najgorszą rzeczą, która może się teraz przydarzyć Polsce, i że każdy ich dzień jest złem wyrządzanym naszemu krajowi. Jeśli Bronisław Komorowski na poważnie wielokrotnie mówił - "Szkoda Polski", to w imię Polski właśnie PO musi przejść do kontrofensywy.
W kwietniu zeszłego roku PiS zaproponowało PO samorozwiązanie Sejmu. Reakcji nie było. Jesienią zeszłego roku po aferze taśmowej PO znowu mogła przejść do natarcia. Nie zrobiła nic.
Dziś możliwość ta nadarza się po raz trzeci. Jest całkiem prawdopodobne, że ten rząd i ta koalicja przetrwają kolejny kryzys.
Ale już za kilka tygodni zacznie się wsteczne odliczanie. Rządy PiS dobiegną półmetka i zaczniemy coraz intensywniej myśleć o wyborach - zakładając, że nie odbędą się one w
przyśpieszonym terminie.
Brak przemyślanej i skutecznej operacji ze strony największej partii opozycyjnej sprawi, że to ona będzie ponosić część odpowiedzialności za fatalne skutki rządów PiS i koalicyjnego towarzystwa. Dwie szanse na rozbicie układu już były. Jest trzecia - być może ostatnia. Platforma musi podjąć strategiczną decyzję, decyzję wykraczającą poza bieżącą politykę.
Czy trwać w bezruchu, czy też przystąpić do politycznej gry? To pierwsze sprawia wrażenie, jakby PO była ofiarą polityczno-instytucjalnego szantażu ze strony PiS i ofiarą własnych kompleksów na punkcie politycznej siły Jarosława Kaczyńskiego. To drugie niesie ze sobą ryzyko niepowodzenia. Ale jeśli Platforma nie wejdzie do gry i nie podejmie tego ryzyka, to będzie to oznaczało, że nie jest ona prawdziwą opozycją, a jedynie największą spośród tych partii w Sejmie, które nie znalazły się w układzie rządzącym.
Politycy Platformy wiedzą, jakie mogą być tego konsekwencje. Mirażem mogą okazać się i rządy Platformy, i prezydentura dla kandydata tej partii.