WITOLD GŁOWACKI: Jak czuł się dwudziestolatek w samym środku krwawej historii. Kiedy zaczęło się Powstanie Warszawskie, według przedwojennego prawa był pan wręcz
niepełnoletni.
WIESŁAW CHRZANOWSKI: Ale od lat działałem w konspiracji. Nie było dla mnie innej drogi. Wojna sprawiła, że musieliśmy po prostu szybciej dojrzewać.
Nie wszyscy. W konspiracji według najszerszych szacunków działało najwyżej parę procent Polaków. Dlaczego więc pan?
Może dlatego, że uczyłem się w rozpolitykowanym liceum. Może dlatego, że stosunkowo wcześnie zacząłem myśleć o polityce. Może dlatego wreszcie, że kiedy zaczęła się wojna, miałem
niecałe 16 lat. A dla chłopaka w tym wieku, konspiracja była fascynującą przygodą. Ja zresztą działałem nie tylko w strukturach wojskowych, ale też w politycznych. I przyznam szczerze, że
strona batalistyczna konspiracji i Powstania zawsze mniej mnie interesowała.
A strona polityczna?
Emocjonalnie Powstanie było ogromnym przeżyciem, ale jestem z nim o tyle na bakier, że zawsze uważałem decyzję o jego wybuchu za wielki błąd. Moje środowisko tak to oceniało już w końcu
lipca 1944 roku. 30 lipca próbowaliśmy dotrzeć do członków Rady Jedności, by wyperswadować im tę decyzję.
Dlaczego chciał pan zatrzymać Powstanie?
Byliśmy pewni, że akcja "Burza", która w założeniu miała trwać kilka dni i zakończyć się wejściem Armii Czerwonej, skończy się wywiezieniem AK-owców na Syberię.
Mieliśmy informacje z Wilna i Lublina, wiedzieliśmy, że aresztowano tam całe dowództwo konspiracji. Spodziewaliśmy się tego samego i w Warszawie. Nie przewidzieliśmy tylko, że front nie ma
szans dotrzeć do miasta w tak krótkim czasie, jak zakładało to nasze dowództwo. I tego, że potem Sowieci zatrzymają natarcie i będą czekać aż Warszawa się wykrwawi.
Szedł pan więc do Powstania z poczuciem, że nawet jeśli zakończy się ono zwycięstwem, to i tak chwilę po nim w najlepszym razie skończy pan w sowieckim więzieniu? To chyba bardzo
zła motywacja do walki?
Od motywacji ważniejszy był rozkaz. My naprawdę nie byliśmy żadną cywilbandą, tylko wojskiem. A w wojsku nie ma miejsca na krytykę przełożonych czy polemikę z ich politycznymi intencjami.
Nie można sobie wybrać rozkazu, który nam odpowiada. Rozkaz to rozkaz.
Myślał pan jednak o Powstaniu jak polityk. Stawał się pan politykiem. Tymczasem nie miał pan jeszcze biernego prawa wyborczego, a gotów był pan zginąć w walce, której sensu pan nie
widział?
Powiedziałem nawet kolegom, że do punktu mobilizacyjnego przyjdę w czarnym ubraniu i białej koszuli. Ubrałem się na szczęście bardziej praktycznie.
Czarny humor wystarczył, by przezwyciężyć prawdziwy strach?
Bardzo szybko udzielił nam się niezwykły nastrój tamtych dni. Wiem, jak bardzo to było złudne, pamiętam z
kampanii wrześniowej na przykład bitwę nad Bzurą. Byłem wtedy w rejonie walk w folwarku ojca. Pamiętam euforię, jaką wszyscy przeżywaliśmy, widząc po pierwszej fazie bitwy uciekających
Niemców. Dopiero szef sztabu polskiej dywizji, który nas na moment odwiedził, uświadomił nam, że od klęski dzielą nas tylko godziny, że od północy naciera potężna niemiecka grupa
pancerna, która zaraz wszystko rozniesie. I za chwilę rzeczywiście było po wszystkim. W pierwszych dniach Powstania jednak widok cofających się Niemców czy zdobywanie kolejnych budynków
sprawiało, że naprawdę zaczynaliśmy wierzyć, że walka może się udać.
To wystarczyło, by uwierzyć też, że się nie zginie?
Na samym początku powstania nasz oddział dostał rozkaz zajęcia pozycji przy placu Piłsudskiego. Zdaniem dowództwa, miał tam nastąpić silny niemiecki atak. Pamiętam księdza, który wyszedł
wtedy z kościoła i udzielił nam wszystkim spontanicznego absolutorium, tłumacząc to tym, że "za chwilę część z nas uda się na spotkanie z Bogiem". Przyznam, że nie
poprawiło nam to nastroju. Tak swoją drogą - niemiecki atak nie nastąpił, a absolutorium okazało się przedwczesne.
Ksiądz chciał dobrze, pewnie nie spodziewał się, że obniży morale.
Na co dzień jednak w Powstaniu nie za bardzo mieliśmy czas, by się bać. Byliśmy potwornie
zmęczeni. Już po kilku dniach coraz ważniejszy stawał się odpoczynek. Nocami na posterunkach zdarzało nam się zasypiać. Dopiero jakiś kot skaczący po gruzach budził nas i na moment
zmuszał do czujnej uwagi. Na szczęście Niemcy właściwie nigdy nie odważyli się atakować nocą. Kolejne dni zmieniały się w coś w rodzaju cyklu stałego, coraz bardziej dotkliwego
zmęczenia i urywanego odpoczynku.
Przecież wszędzie dookoła była śmierć.
W pierwszych dniach Powstania zginął nasz dowódca "Marabut". Pamiętam, jak trzymaliśmy wartę przy jego
zwłokach przez całą noc. Trwał niemiecki ostrzał, ale nikt nie ważył się nawet drgnąć na tej warcie. Potem pogrzeby stawały się codziennością. Po śmierci jednego z kolegów
wygłosiłem swoją pierwszą w życiu mowę pogrzebową. Inny kolega pogratulował mi i zamówił sobie moją mowę na własny pogrzeb.
Znów wisielczy humor.
To naprawdę pomagało. Niestety, kiedy ten kolega zginął, nie mogłem spełnić jego życzenia, bo byłem już ranny. W szpitalu pochowałem dwudziestu jeden kolegów.
Nie myślał pan wtedy, że gdyby nie wojna, mógłby pan właśnie być na studenckich wakacjach, nad jakimś pięknym jeziorem?
Na takie myśli raczej sobie nie pozwalałem -
przecież byłyby kompletnie jałowe. Staraliśmy się jednak jakoś uciekać od stałego koszmaru, który nam towarzyszył. W czasie okupacji organizowaliśmy na przykład tajne koncerty, by choć
na chwilę oderwać się od codzienności. Pamiętam jeden z nich, na którym zebrało się ponad 80 osób. A i w trakcie Powstania zdarzały się momenty, w których działo się coś, co na chwilę
przekreślało rzeczywistość.
Jak można przekreślić rzeczywistość płonącej Warszawy?
Przez chwilę i to jest możliwe. Na moich oczach niemiecka bomba ścięła pół kamienicy. Nocą po sznurkowej drabince jeden z moich kolegów, dziś wybitny architekt w Toronto, wdrapał si na
jedno z uciętych pięter, dopadł tam do fortepianu, który pozostał w wiszącym na ścianie skrawku mieszkania i zaczął na nim grać. To był zupełnie niesamowity widok - koncert w
przepołowionym mieszkaniu na tle fantazyjnych płomieni…
W takiej szaleńczej brawurze jest chyba coś z rozpaczy.
Pewnie tak. My, którzy walczyliśmy, mieliśmy jednak tę prostą przewagę, że mogliśmy chociaż działać. Myślę, że Powstanie było jeszcze straszniejszym przeżyciem dla cywilów, którzy
ginęli, nie mając żadnego wpływu na to, co się dzieje. To dopiero potworne, siedzieć w piwnicy w płonącym i ostrzeliwanym mieście. Przecież zginęło tak około stu tysięcy ludzi.
Lepsza walka niż czekanie?
Przyznam, że nie wiem, czy wytrzymałbym psychicznie w piwnicy. I jakoś rozumiem reakcje cywili, którzy złorzeczyli nam pod koniec Powstania. Dla nich byliśmy winni zniszczenia miasta, śmierci
ich rodzin i przyjaciół. O tym się dziś nie mówi, ale mieszkańcy Warszawy nie zawsze popierali powstańców. To jednak jest sprzeczne z legendą. Pamiętam nie tak dawne spotkanie kombatantów
z historykami. Jakiś młody, solidny historyk zaczął odczyt na temat tych czarnych kart powstania. Wtedy sala zaczęła buczeć. Poirytowanych kombatantów uspokajał wtedy Władysław
Bartoszewski, tłumacząc im, że młody historyk naprawdę nie jest "obcym agentem". Ja osobiście uważam, że należy zrozumieć obie strony - i kombatantów, dla których
Powstanie było największym przeżyciem, i cywili, dla których było koszmarem. Dla mnie wszak Powstanie było wielkim przeżyciem, ale dziś jest zarazem zamkniętą, dość odległą kartą z
przeszłości.
Dziś jednak młodzi ludzie chcą słuchać o powstańczej historii.
I bardzo dobrze. Pamięć o Powstaniu z pewnością jest nam dziś potrzebna, choć także warto by było pokazywać Powstanie z różnych stron. Przez cały okres komunizmu ta pamięć była
elementem sprzeciwu wobec systemu. Tak naprawdę wizyty AK-owców i ich rodzin na cmentarzu Powązkowskim były pierwszymi manifestacjami dystansu wobec władzy w PRL. Zaś historia odzyskiwania
pamięci o Powstaniu Warszawskim była zarazem historią odzyskiwania wolności. Za jakiś czas osiągniemy zapewne stan, w którym będziemy umieli mówić o nim jak o każdym innym, niekoniecznie
pod wszystkimi względami jednoznacznym wydarzeniu historycznym.