Andrzej Lepper przeżywa najcięższe dni w swojej karierze, nie tylko dlatego, że Jarosław Kaczyński brutalnie wyrywa go z pięknego snu o władzy. I nie tylko dlatego, że nic nie wskazuje na to, by choroba przewodniczącego była dyplomatyczna. Przede wszystkim dlatego, że na jego oczach rozpada się rodzina Samoobrony.
I nawet jeśli szyld ocaleje, to będzie się pod nim gromadzić mocno niekompletne grono krewnych. Premier podjął już decyzję o wcześniejszych wyborach. Odpowiedź na pytanie, kiedy się one odbędą, zależy od rozgrywki z Samoobroną. Jeśli Jarosław Kaczyński uważa, słusznie zresztą, że przeciągnął na swoją stronę wystarczającą część elektoratu Leppera, zdecyduje o pójściu do urn. Szef PiS dobrze pamięta zwycięstwo swojego brata w wyborach prezydenckich. W 2005 roku żaden sondaż nie dawał wygranej Lechowi Kaczyńskiemu. O zwycięstwie zdecydowało poparcie Radia Maryja i głosy Andrzeja Leppera.
Dziś też sondaże dają przewagę Platformie, ale nawet biorąc pod uwagę specyfikę wyborów parlamentarnych, jest jasne, że do wygranej PiS potrzeba nowych wyborców. Jarosław Kaczyński dobrze wie, że nie ma co walczyć o mityczny 60-proc. elektorat tych, którzy nie głosują na żadną partię, trzeba przyciągnąć tych, co u tych urn byli, ale do swoich wybrańców stracili i serce, i cierpliwość. Pod ręką jest 12 proc. wyborców Samoobrony.
Do ich przejęcia potrzeba tylko ostatecznego ciosu w partię, której powierzyli swój głos. I do tego ciosu premier starannie się szykuje. Do tej pory osłabił przeciwnika tak mocno, jak się dało. Przeczołgiwanie przystawek brzydzi już nawet cynicznych obserwatorów polskiej polityki. Codziennie wydaje się, że już bardziej nie można upokorzyć koalicjanta! I codziennie okazuje się, że jednak się da.
A w masochistycznym transie działacze Samoobrony odpowiadają tylko: my koalicji pierwsi nie zerwiemy. Ich mamrotanie kompletnie już nie dociera do wyborców zdumionych, jak wiele upokorzeń znoszą ich niedawni polityczni idole. A jednak naiwna wiara, że jakoś to będzie, połączona ze strachem, co to będzie, na powiedzenie „dość" nie pozwala.
Premier dawno już postawił krzyżyk na Andrzeju Lepperze. Pytanie tylko, czy Andrzej Lepper zdoła obronić siebie i partię. Paradoksalnie to pierwsze może być trudniejsze. Akcja CBA spartaczona w ostatnim momencie pokazuje, że widok Leppera wyprowadzanego w kajdankach nie jest taki nierealny. Jarosław Kaczyński w charakterystyczny dla siebie sposób daje do zrozumienia, że lider Samoobrony umoczony jest w seksaferę bardziej, niż się to dzisiaj wydaje.
Próba trwałego wyeliminowania Andrzeja Leppera z polskiej polityki i z życia publicznego jest całkiem realna. Jak na ironię, to szef PiS może się okazać wykonawcą politycznego manifestu Adama Michnika, który kilka lat temu ogłosił, że usunięcie Leppera z polityki jest jego życiowym celem.
Z partią premierowi może pójść trudniej. Działaczy Samoobrony mocniej niż cokolwiek wiąże wiedza: o interesach i interesikach, o przekrętach, nepotyzmie, o mniejszych albo większych świństwach. O wzajemnych rozliczeniach, których symbolem jest afera wekslowa. Mocne uderzenie w Leppera może spowodować, że strach będzie spoiwem silniejszym niż cokolwiek. W głowach działaczy Samoobrony pojawi się proste skojarzenie: dziś wódz - jutro ja. Jarosław Kaczyński z tych właśnie powodów uderzenie w Leppera musi przeprowadzić z chirurgiczną precyzją.
Na szpitalnym łóżku Andrzej Lepper położył się w najgorszym z możliwych momentów. Zamiast leżeć, powinien być w terenie, przekonywać zdezorientowanych działaczy, że tylko razem mogą się obronić. Argumentować, straszyć, schlebiać i namawiać. Nie pozwolić, by byli skazani na medialny spektakl oglądany w telewizji, bo w tej dyscyplinie Samoobrona z PiS nie ma szans.
Ani LPR, ani Samoobrona nie były dla premiera wymarzonym towarzystwem; od początku tego mezaliansu było jasne, że obiektem pożądania jest elektorat, a nie partie. I Liga, i Samoobrona wchodziły do paszczy lwa, licząc, że lisi spryt i cwaniactwo pozwolą im przetrwać. Dzisiaj z dziecięcym zdumieniem otwierają oczy i krzyczą, że ktoś w tej grze fauluje - całkiem jakby nie widzieli, że właśnie wynoszą ich z boiska.