Premier Jarosław Kaczyński marzy o pełni władzy. Mówi w wywiadach o rzeczach, które mógłby zrobić, gdyby PiS zdobyło większość dającą mu możliwość samodzielnego rządzenia. Oczyszczanie państwa poszłoby gładko i zamiast na niesfornych koalicjantach - bracia mogliby się skupić na budowaniu wymarzonej IV RP.
Bez wątpienia dla premiera Samoobrona i LPR to kule u nogi. Marzenie o samodzielnym rządzeniu jest zrozumiałe, ale oczywiście mało realne. Problem polega na tym, że przez ostatnie dwa lata premier Kaczyński nie zrobił nic, by pozyskać słynny centrowy elektorat. Centrowy - czyli w uproszczeniu taki, który nie jest zbytnio przywiązany ani do PiS, ani do PO, ani do żadnej innej partii. Takim wyborcom mogli się podobać Kazimierz Marcinkiewicz, Radek Sikorski czy Paweł Zalewski. Tyle, że ci przestali się podobać Kaczyńskiemu.
Skupiony na walce z agresywną początkowo opozycją, coraz bardziej roszczeniową postawą koalicjantów i nieprzychylnymi uprawiającymi własną politykę mediami, PiS nie miało siły, czasu - a może nawet i chęci zabiegać o większą popularność. A może po prostu nie umiało tego zrobić. Efekt jest taki, że dziś, strasząc koalicjantów wcześniejszymi wyborami, samo jest w dużym strachu.
Boją się poszczególni posłowie - nie ma bowiem gwarancji, że znajdą się ponownie w tym samym miejscu. Powody do obaw ma też premier Jarosław Kaczyński. Zapewne zdaje sobie sprawę z tego, że dziś sytuacja PiS jest diametralnie inna niż dwa lata temu. To znaczy o wiele gorsza.
Ostatnie dwa lata pokazały, że nie ma układu politycznego nie do wyobrażenia. Skoro PiS rządzi z Lepperem i Giertychem, a PO współpracuje z PSL - to jaki problem, by po wyborach Platforma, LiD, Samoobrona albo PSL czy ktokolwiek inny nie stworzyły wspólnego rządu? Trudno na poważnie brać zapewnienia liderów PO, że z LiD-em czy Samoobroną zadawać się nie chcą. Te ugrupowania łączy bardzo wiele. Mogą startować pod wspólnym hasłem „PiS musi odejść”. Obecna kalkulacja PO wydaje się słuszna i zrozumiała. Po co obalać teraz rząd w Sejmie, skoro wybory dają szansę na poprawienie notowań, a do tego gwarantują cztery a nie dwa lata rządzenia?
W o wiele trudniejszej sytuacji jest PiS. Nie będzie już miało komfortu wybierania koalicjantów. Nie wchodzi w grę obrażanie się na PO. Pytanie, czy wchodzi w grę zawieszenie broni. Wydaje się to bardzo mało prawdopodobne. Trudno wyobrazić sobie, że Kaczyńscy pójdą na duże ustępstwa wobec PO tylko po to, by móc rządzić. Kaczyńscy mogą uznać, że i w takiej konfiguracji nie będą mogli zrealizować swojego planu naprawy państwa, natomiast politycy PO nie będą chcieli podpisać sie pod metodami działania PIS. Możemy zatem spodziewać się odwrócenia ról.
To PiS zasiądzie w ławach opozycji i stanie się najbardziej zajadłym krytykiem rządu. Taka rola, choć może wygodniejsza, ma sens tylko wtedy, gdy czekający mają dużo czasu, nie zżera ich ambicja i nadmierna żądza władzy, a do tego - to już sytuacja idealna - rządzący wykazują się dużą nieudolnością. Tymczasem antypisowska koalicja, jeśli już zdoła wyrwać państwo Kaczyńskim, to po to między innymi, by już nigdy go im nie oddać.