Ryszard Bilski: Wśród polskich historyków i strategów wojskowych przeważa opinia, że to geniusz militarny i polityczny polskich dowódców, zwłaszcza marszałka Piłsudskiego, pokrzyżował w 1920 roku na polach Bitwy Warszawskiej plany Lenina i Trockiego zamalowania najpierw Polski, a potem całej Europy na czerwono. Ale wciąż żywa jest też wiara w cud na Wisłą.
Oskar Czarnik: Wojnę polsko-bolszewicką 1919-1920 traktuje się, w moim przekonaniu, zbyt jednostronnie, sprowadzając ją niemalże tylko do Bitwy Warszawskiej... Do tych kilku dni... Niewątpliwie dni bardzo ważnych, decydujących, kiedy to ważyły się losy Polski, a może i losy Europy. Rozumiem, że dramatyzm tamtych wyjątkowych dni narzuca taką wizję i wielu z nas jej ulega, zapominając jednak, że trzeba też ogarniać całość zdarzeń. Była to bowiem wojna długa, ciągnąca się od lutego 1919 roku aż do października 1920 roku, wojna rozłożona na wiele operacji, które złożyły się na końcowy sukces polskiego oręża. Armia polska przebyła kilkaset kilometrów w ciągu kilku tygodni, ponosząc w czerwcu i lipcu 1920 roku wielkie straty. Realna była groźba, że ulegnie demoralizacji i rozpadowi. Przyszło jednak ocalenie.
Czerwoni Kozacy nie ukrywali od początku wojny, że w Wiśle zamierzają napoić swoje konie i pogalopować dalej na Berlin, nad Ren i dalej aż do Adriatyku. Wiślany popas kozackiej konnicy nie powiódł się... Czy rzeczywiście za sprawą cudu?
Tak, to był cud. Ale tych wydarzyło się więcej... W wielu miejscach... Na polach walki między Radzyminem a Strugą, Nieporętem, gdzie toczono bardzo ciężkie boje... Bohatersko broniono Wołomina. Cudem była operacja generała Sikorskiego nad Wkrą, błyskawiczna ofensywa, która w ciągu kilku dni odcięła całe północne skrzydło armii sowieckiej.
Ten epizod jest mniej znany.
Istotnie, Sowieci chcieli tam powtórzyć słynny manewr Paskiewicza z 1831 roku podczas tłumienia powstania listopadowego, kiedy to armia rosyjska sforsowała Wisłę na północ od Modlina i szturmowała Warszawę od zachodu. Właśnie ofensywa Sikorskiego pokrzyżowała próbę jego powtórki.
Jak mogłyby się potoczyć losy wojny, gdyby Sowietom się powiodło?
Sowieci pojawiliby się na zachodnich obrzeżach Warszawy, niebawem opanowaliby zapewne Wolę. Odcięto by komunikację z Poznaniem. Sikorski nie tylko uniemożliwił Armii Czerwonej realizację tego czarnego dla Polski scenariusza, ale doszedł aż do granicy z Niemcami i północna armia Sowietów znalazła się w potrzasku. Nie była już w stanie przebić się przez zgrupowanie generała Sikorskiego i wycofać na Białystok i Wilno. Kilkadziesiąt tysięcy Sowietów przeszło wtedy granicę niemiecką, składając broń. Oddali się w ręce Niemców...
Przyjaznych...
Przyjaznych, ale nie o tym teraz mówimy. Kolejnym cudem była ofensywa kierowana bezpośrednio przez Piłsudskiego znad Wieprza. Tych kilka polskich dywizji - atakując w kierunku Białej Podlaskiej - znalazło się również na tyłach Sowietów. Wtedy to Dzierżyński, Marchlewski, Kon - rezydujący na plebanii w Wyszkowie - zorientowali się, że jeśli nie uciekną czym prędzej, to dostaną się w ręce Polaków, którzy mogą ich zajść nie od zachodu, ale od wschodu.
I kolejny cud, mniej znany, z pól bitewnych wojny polsko-bolszewickiej pomiędzy Lublinem a Lwowem. Tam znajdowało się bardzo silne zgrupowanie sowieckie Frontu Ukraińskiego. Jego komisarzem politycznym był wyjątkowo ambitny, twardy komunista, towarzysz Stalin, który chciał ratować honor armii bolszewickiej ponoszącej sromotne klęski na innych frontach. I nadszedł taki dzień, 17 sierpnia, bardzo dla nas groźny, kiedy to Sowieci zdołali przełamać front polski na górnym Bugu i armia Budionnego zbliżała się do Lwowa. Polska piechota, poważnie osłabiona, nie nadążała z przerzutem sił i organizowaniem obrony miasta. Wyścig z czasem wygrywał wróg. W obliczu tego zagrożenia batalion ochotników, przeważnie studentów, zajął pozycje obronne pod Zadwórzem jakieś 40-50 kilometrów na wschód od miasta i zatrzyma na jeden dzień Budionnego. To były polskie Termopile, niemalże wszyscy ochotnicy zginęli w nierównej walce, ale uratowali Lwów. Ten jeden dzień, jeden, ale jakże ważny i brzemienny w skutki, umożliwił podciągnięcie polskiej piechoty i skuteczną obronę. Odparty został nie tylko atak sowiecki na południowym-wschodzie frontu polskiego, ale nasze oddziały przeszły wnet do kontrofensywy. Znowu cudowne odwrócenie losu!
Niewątpliwie cudem była też zwycięska bitwa nad Niemnem, niestety zupełnie - w kontekście wielu innych, nadzwyczajnych, cudownych wydarzeń - pomijana. To już było miesiąc po zwycięskiej Bitwie Warszawskiej, kiedy Sowieci na Białorusi skoncentrowali ogromne odwody i zamierzali powtórzyć ofensywę na Warszawę, atakując spod Grodna znanym sobie szlakiem Białystok - Wyszków. Natomiast Polacy nie mieli tak dużych i gotowych do walki sił. Na szczęście zwycięstwo nad Niemnem, które przypieczętowało zwycięstwo nad Wisłą i innych odcinkach frontu, nie tylko oddaliło to niebezpieczeństwo, ale skłoniło Sowietów do zawarcia rozejmu korzystnego dla Polski.
A więc, pana zdaniem, nie jeden cud na Wisłą, lecz cała seria...
Rzetelna ocena sił polskich i sowieckich, wydarzenia na frontach, ich finał skłaniają nie tylko mnie, lecz także wielu historyków i strategów do konkluzji, że w wojnie polsko-bolszewickiej znajdujemy wiele przykładów działania łaski boskiej, sił nadprzyrodzonych. Powiem więcej, łaski boskiej doświadczyliśmy nie tylko na polach bitew, w bezpośrednich działaniach militarnych, lecz także w innych sytuacjach, obszarach życia.
Jakich?
Kiedy toczyła się Bitwa Warszawska, kiedy nadeszły te niewątpliwie najbardziej decydujące dla nas chwile, niepodległe państwo polskie istniało niespełna dwa lata. Nie zapominajmy, że kraj wykorzystywany przez dziesiątki lat przez zaborców, wyniszczony czteroletnią pierwszą wojną światową znajdował się w tragicznej sytuacji gospodarczej. Był nękany przez liczne konflikty społeczne...
I narodowe...
Tak, a były ono równie groźne jak niedostatek chleba. Trzeba pamiętać, że nie wszyscy obywatele Rzeczypospolitej byli uświadomieni narodowo. Niektórzy gotowi byli jeszcze ciągle rozumować w kategoriach: nasz car, nasz cesarz... Państwo polskie jawiło się dla wielu abstrakcją. I dlatego nie tylko graniczy to z cudem, ale to prawdziwy cud, że w tak trudnych warunkach stworzono państwo, zbudowano armię, że ta armia tak szybko rozrosła się, że mimo wielkiej biedy została nieźle uzbrojona, była zdyscyplinowana, karna i w pełni dyspozycyjna.
Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym cudzie, który jest szczególnie niezrozumiały dla komunistów. Otóż wedle wszelkich doktryn komunistycznych latem 1920 roku proletariat polski powinien był powitać bramami triumfalnymi Armię Czerwoną, wystąpić przeciwko Wojsku Polskiemu i poprzeć ideę powstania Polskiej Republiki Rad, która zapewniała im stworzenie raju na ziemi. Takie były cele sowieckich i polskich komunistów, takie głosili wówczas hasła i wydawało się, że trafiają one na podatny grunt, że chłopi i robotnicy gnębieni i uciskani przez obszarników i fabrykantów oraz wyzyskiwani przez obcy kapitał widzą w sowieckiej armii wybawicielkę i nadzieję na szczęśliwe, dostatnie życie.
Otarliśmy się wówczas o realną groźbę utraty niepodległości...
Czarne chmury zawisły nad Polską, wróżąc śmierć odzyskanej dopiero co i z tak wielkim trudem państwowości. Tym bardziej realna to była groźba, że wchłonięcie naszego kraju przez wielkiego brata stanowiło jeden z podstawowych elementów planu opanowania przez Sowietów Europy, a może i świata. Propagowali oni wówczas hasło: po trupie Polski do socjalistycznej rewolucji światowej. Gdyby Armia Czerwona znalazła się w zrewolucjonizowanych Niemczech, także pełnych społecznych napięć i konfliktów spowodowanych przede wszystkim zubożeniem i ofiarami społeczeństwa poniesionymi w pierwszej wojnie światowej, to imperialne plany Sowietów pewnie by się powiodły.
Tymczasem stało się coś, czego komunistyczni doktrynerzy nie mogli zrozumieć: przytłaczająca część polskiego społeczeństwa, tych wygłodniałych biedaków, którzy nie mieli na chleb i na ubranie, na opał, na lekarza, na naukę dzieci, odrzuciła obietnice szczęśliwego życia w Polskiej Republice Rad. Nie dała się zwieść sowieckiej i rodzimej komunistycznej demagogii i obłudzie. Poparła zaś bez wahania nowo powstające, suwerenne państwo polskie, godząc się nawet na dalsze wyrzeczenia. Młodzi mężczyźni, a nie brak przykładów, że także dziewczyny, zgłaszali się na ochotnika do wojska. Na nic zdały się wezwania komunistów do przechodzenia z bronią na stronę Armii Czerwonej. Zadziwiająca, wprost cudowna była ofiarność i patriotyzm, solidarność i więź religijna całego społeczeństwa!
Niestety, Zachód, zwłaszcza Francja, bagatelizują splot tych wydarzeń: odwagi i umiłowania Ojczyzny przez polskiego żołnierza, kunsztu dowódczego Piłsudskiego i Sikorskiego, poświęcenia tysięcy ochotników, kapelanów. Eksponują natomiast zasługi strategów znad Sekwany przybyłych wówczas do Warszawy w ramach francuskiej misji wojskowej, w której był Charles de Gaulle.
Powstał mit, którego twórcami byli głównie Francuzi, ale wspierali ich niektórzy polscy publicyści, o wielkich zasługach francuskich strategów w rozegraniu Bitwy Warszawskiej. Nie chciałbym umniejszać roli pomocy francuskiej udzielonej nam w latach 1919-1920, której wyrazem była m.in. zgoda na wyjazd do Polski armii Hallera, nie umniejszam wsparcia materialnego, ale nie sposób nie dostrzec, iż pomoc ta nie była wolna od politycznych kalkulacji.
Piłsudskiemu świeczkę i Denikinowi ogarek...
Trafne porównanie, z tym że świeczkę otrzymał najpierw Denikin. Jeszcze wiosną 1919 roku Francja wsparła go dużymi dostawami sprzętu wojskowego, znacznie większymi niż dla Polaków. Ówczesny rząd francuski bardziej stawiał na białą Rosję niż na Polskę. Żądał nawet od rządu polskiego, aby na wszystkich ziemiach kresowych wyzwolonych przez nasze wojska wywieszano sztandary denikinowskie, dając tym samym do zrozumienia, że po zakończeniu wojny obszary te będziemy musieli oddać białej Rosji.
Piłsudski, jako wybitny strateg i przewidujący polityk, obawiał się, że w wypadku zwycięstwa Denikina nad czerwonymi uderzy on na Polskę, i to przy pełnej aprobacie większości zachodnich polityków. Tych obaw nie rozgłaszał, ale jesienią 1919 roku nakazał wstrzymanie operacji na froncie wschodnim, które byłyby na rękę białym. Gdy jednak Armia Czerwona zyskała wyraźną przewagę nad wojskami białej Rosji, gdy zadała jej wiele dotkliwych ran, przejęła znaczne ilości sprzętu i zmusiła do odwrotu na Krym, a nawet do panicznej ucieczki drogą morską z Odessy do Turcji, dawni sprzymierzeńcy Denikina zaczęli bardziej pomagać Polakom.
Powróćmy do oceny pomocy francuskich strategów.
Przy całym szacunku dla generała Maximersquo;a Weyganda i jego kolegów rzetelna ocena faktów obala francuski mit strategiczny... Oni mieli ogromne doświadczenie nabyte podczas czteroletniej francusko-niemieckiej wojny pozycyjnej, kiedy to na stosunkowo krótkim odcinku frontu walczyły setki tysięcy żołnierzy... Ogromna koncentracja. Okopane oddziały wykrwawiały się, walcząc o każdy metr ziemi. Natomiast zupełnie inny charakter miała wojna polsko-rosyjska. Długi front - od Łotwy, Dźwiny aż po Ukrainę, Dniestr, jakieś tysiąc pięćset kilometrów - a wojska, szczególnie po stronie polskiej, niezbyt liczne. Weygand dowodził w wojnie pozycyjnej, Piłsudski i Sikorski zaś w wojnie od początku do końca ruchomej. Nie mieliśmy bowiem wystarczającej liczby żołnierzy, by obsadzić wydłużającą się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, linię frontu. O sukcesie decydowały wszelkiego rodzaju manewry, wypady na tyły wroga, zaskoczenie, szybkie przerzuty wojsk, szarże. Tylko taka taktyka mogła nam zapewnić zwycięstwo, a w najgorszym wypadku przetrwanie. Tymczasem francuscy sztabowcy proponowali Polakom, latem 1920 roku, rozpaczliwą obronę na linii Wisły, może nawet oddanie Warszawy, wycofanie się w kierunku Poznania. Doradzali powstrzymanie przeciwnika na z góry przygotowanych pozycjach w toku długotrwałej, uporczywej obrony.
Aż strach pomyśleć, jakby dziś wyglądała Polska i Europa, gdyby posłuchano francuskich sztabowców.
Gdybyśmy się do tych rad dostosowali wówczas, z Polski pozostałyby jakieś resztki: Wielkopolska, kawałek Pomorza... Polacy na szczęście puścili mimo uszu te rady, zupełnie nieprzystające do sytuacji na froncie. Przeprowadzili wielką liczbę mistrzowskich manewrów, stoczyli setki potyczek, dziesiątki bitew, że wspomnę chociażby o ofensywie Piłsudskiego nad Wieprzem, o walkach stoczonych przez Sikorskiego, o walkach pod Ossowem i Radzyminem, pod Lwowem. Taki styl wojny umożliwił przełamanie frontu w połowie sierpnia 1920 roku i zwycięstwo! Przypieczętowała je bitwa, też ruchoma, nad Niemnem, na przełomie września i października. W trakcie działań nad Niemnem polscy dowódcy dali prawdziwy popis myśli taktycznej, a żołnierze wykazali niebywałą sprawność. Silny oddział kawalerii wszedł przez terytorium litewskie na tyły armii sowieckiej, co walnie przyczyniło się do ostatecznego przechylenia szali zwycięstwa na naszą stronę.
Mówiąc o wojnie ruchomej, nie mogę nie wspomnieć o pewnym bardzo interesującym epizodzie, tym bardziej że uczestniczył w nim Juliusz Dudziński, którego symboliczny grób znajduje się w Radzyminie. Mamy kwiecień 1920 roku, wojska polskie prowadzą ofensywę na froncie południowo-wschodnim, jeszcze parę dni i wejdą do Kijowa, ale do miasta mają jeszcze jakieś pięćdziesiąt kilometrów. Bolszewicy wprawdzie nadal rządzą Kijowem, lecz naciskani na wielu odcinkach frontu, są gotowi do ewakuacji, a niektórzy już uciekają... Dowództwo polskie wysłało niewielki oddział kawalerii z zadaniem zasięgnięcia języka. Kawalerzyści dotarli na przedmieście Kijowa, zostawili konie w jakimś lasku i udali się w kierunku pętli tramwajowej. Weszli do wagonu, usiedli na ławkach jak normalni pasażerowie i kazali motorniczemu jechać. W centrum miasta na jednym z przystanków stał komisarz bolszewicki i czytał gazetę. Gdy tramwaj się zatrzymał, komisarz pospiesznie złożył gazetę i wszedł zamyślony do środka. Na widok polskich ułanów oniemiał i z wrażenia usiadł na podłodze. Na następnym przystanku w ręce kawalerzystów wpadł kolejny bolszewik. Polacy dojechali aż do głównej ulicy Kreszczatik, rozejrzeli się chwilę i na najbliższym rozjeździe zawrócili na pętlę za miastem. Wsiedli na konie i z jeńcami popędzili do sztabu.
Brawurowa akcja... Przypominają się wyczyny cichociemnych i gromowców.
Zapewne. A tę historię o porwaniu kijowskiego tramwaju opowiedziałem nie tylko dlatego, że uczestniczył w niej powiązany z moją rodziną rotmistrz Dudziński, ale także dlatego, że jest ona jakże wymownym - jednym z setek, a może tysięcy - dowodem na to, że polski żołnierz nie zwykł siedzieć w okopach, do czego tak gorąco namawiali francuscy sztabowcy.
Sądzę, że nasze rozważania o cudzie nad Wisłą można by zakończyć stwierdzeniem, że Francuzi nie potrafią albo nie chcą zrozumieć, że na ten zwycięski finał walki oręża polskiego w wojnie z bolszewikami w 1920 roku złożyło się wiele cudownych zdarzeń trudnych do objęcia rozumem i do wytłumaczenia tylko w kategoriach rozumu i chłodnej logiki. Do tego potrzebna jest jeszcze polska dusza. Wiara. Być może trudno jest też Zachodowi przyznać bez wahania, że to dzięki cudowi nad Wisłą - na który Polacy w pełni zasłużyli i który okupili, ubogacili i naznaczyli własną krwią - Kozacy, na szczęście dla nas i Europy, nie napoili swoich koni w Wiśle.
To dzięki cudowi nad Wisłą - który Polacy okupili i naznaczyli własną krwią - Kozacy, na szczęście dla nas i dla Europy, nie napoili swoich koni w Wiśle - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM Oskar Czarnik, prof. historii i pracownik naukowy Biblioteki Narodowej w Warszawie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama