Michał Karnowski pisze dla "Faktu", że konflikt między PO i PiS może - wbrew intencjom obu partii - doprowadzić do powrotu patologii III RP.
Warto było poświęcić kilka sobotnich godzin na obejrzenie konwencji PiS i rady Platformy Obywatelskiej. Po pierwsze - już na pewno wiemy, że zaczęła się kampania.
Partia Kaczyńskiego i formacja Tuska idą na wybory. To niby oczywistość, ale przecież są poważni publicyści, którzy jeszcze do wczoraj nie byli tego pewni. Teraz także oni mają jasność
sytuacji.
Po drugie - jeśli sądzić po bogactwie partyjnych spotkań, to Platforma lekko przysypia. Rozumiem, że jej konwencja była szybką reakcją na przygotowywane od dawna spotkanie PiS. Jednak zderzenie tych dwóch obrazków - kilka tysięcy ludzi w hali Olivia w Gdańsku i ponad stu działaczy PO w Warszawie, zdecydowanie dawało punkty Prawu i Sprawiedliwości. Na korzyść PO przemawiało zaś całe polityczne tło: trwająca, nierozstrzygnięta, afera z Kaczmarkiem. Brak większości rządowej w Sejmie. Mocne oskarżenia o nadużywanie władzy.
Donald Tusk poszedł, czemu trudno się dziwić, tym tropem. Celnie punktował słabości i śmieszności rządzących. Nie wiem jednak, czy nie doszedł za daleko. Sam kiedyś powiedział: "nadmierny radykalizm jest wrogiem dobrego przełomu". Wczoraj, słuchając jego przemówienia, miałem wrażenie, że nadmierna ostrość słów odbiera im chwilami wiarygodność. Zwłaszcza fraza o "chorych, oszalałych ambicjach polityków" zapadła w pamięć. Bo rozumiem, że Tusk to tak tylko o ojczyźnie myśli, politykiem nie jest, ambicji nie ma żadnych? No cóż, widać, że totalna antypisowskość będzie głównym motywem kampanii PO. Tylko czy to wystarczy, by wygrać? Gdzie program pozytywny?
Kaczyński pozornie twardo odpowiedział na zarzuty opozycji. Zdanie o wilczych zębach wystających zza maski reformatora, którą przybiera rzekomo Tusk, obiegło wszystkie serwisy informacyjne. Jednak premier wyraźnie uciekał od trudnych pytań związanych ze sprawą Kaczmarka. Przemawiał do zwolenników, przekonywał już przekonanych do tezy, że PiS jest w tej sprawie czysty. Nie przesądzam tu, że dopuszczono się nadużycia służb specjalnych. Ale od szefa rządu i partii rządzącej można oczekiwać odważnego zmierzenia się z prawdą. To on przecież powierzył Januszowi Kaczmarkowi stanowisko szefa MSWiA. Jedno zdanie o układzie nie jest żadnym wyjaśnieniem!
Co ciekawe, w dużo większym stopniu odpowiadali Platformie ludzie w przeszłości związani z tą partią: Zyta Gilowska i Zbigniew Religa. I wychodzi na to, że po dwóch latach w rządzie, po wielu przejściach, poczuli się w PiS na tyle dobrze, że znacząco wzmocnią jego kampanię. Spodziewam się, że w dalszej kampanii obie strony będą przekonywały, jak wiele środowisk łączą. I PO zapewne także pokażę ludzi, z których jest dumna: Jerzego Buzka czy Lecha Wałęsę.
Wczoraj Kaczyński i Tusk wyjawili nam też, jakie własne wizerunki będą propagowali. Prezes PiS ma być jedynym sprawiedliwym, szeryfem IV RP w zderzeniu z rywinlandią i fałszywymi reformatorami. Przewodniczący PO ma być prezentowany - i to jest zaskoczenie - podobnie. Tylko że będzie walczył także z tym, co nazywa nowym układem - z państwem PiS. Też będzie mówił o zmianach, ale przeprowadzonych mądrzej i spokojniej.
Ciekawie wyglądało również tło obu mityngów: bijący się bezskutecznie o prawo zasiadania przy stole dowódców, niezdolny na razie do wydawania komunikatów innych niż ataki na konkurentów SLD. I niedawne rządowe przystawki, dziś sparaliżowane strachem. Trudno o bardziej komiczny widok, niż konferencja prasowa młodzieńców Pawłowca i Wiecheckiego z LPR, domagających się piskliwym głosem dymisji premiera. Panowie - premier i tak wkrótce odejdzie. Wy jedźcie lepiej do okręgu wyborczego! Jeśli jest oczywiście, w co wątpię, po co.
|
Poza wszystkim PO i PiS udowodniły wczoraj, że na razie tylko te dwie partie się liczą. Widać, że tezy o brutalności kampanii nie są pustymi sloganami. Bo jeśli takich słów używa się w chwili, gdy nie ma oficjalnej daty wyborów, to jakie słowa padną na tydzień przed nimi? Wszystko zostanie użyte, wszystko powiedziane. Nie tylko, choć głównie, pomiędzy PO i PiS. Także przez SLD. A po wyborach znów może się okazać, że żadna koalicja nie jest naturalna, a zadane w kampanii rany nie pozwalają politykom na to, co w demokracji powinno być oczywiste - przedłożenie choć trochę interesu państwa nad własne emocje i ambicje.
Niepokoi ta łatwość rzucania wzajemnych oskarżeń. Rywalizacja między partiami jest naturalna, ale nienawiść prowadzi - wbrew intencjom obu liderów - do powrotu rywinlandii. Skupiony na konflikcie z PiS Tusk może nawet nie zauważyć, jak reaktywuje grupę trzymającą władzę, a Kaczyński, widzący w PO głównego przeciwnika, może przeoczyć chwilę, gdy wzmocni do potęgi najgorszą część obozu postkomunistów. A przecież ten tak trudny do osiągnięcia PO-PiS, tak wyśmiewane marzenie o głębokiej reformie, o IV RP, rozumianej jako projekt dużo szerszy niż partyjny, to nie jest coś ważnego tylko dla Tuska i Kaczyńskiego. Tu chodzi o Polskę. O walkę z korupcją, o likwidację esbecko-agenturalnych siatek, o konkurencyjną, wolną gospodarkę. I wiele innych spraw.
Kaczyński mówił swego czasu: moi ludzie są lepsi. Teraz słyszymy od Tuska, że ma proste, lepsze recepty na rządzenie. W jednym i drugim przypadku godne pozazdroszczenia samozadowolenie.
Kaczyński się przekonał, że chuliganów nie można wpuścić na salony "trochę". Jak wchodzą, rozbijają wszystko i żądają wszystkiego. Lekcja, jakiej SLD udzieli Tuskowi, jeśli wybierze go po wyborach, będzie równie brutalna. W takim układzie warunki będzie dyktował Urban, a recenzował ich realizację propagandysta stanu wojennego Daniel Passent. Pomogą mu redakcyjni wychowankowie o twarzach cherubinków, ale skrycie marzący o wywaleniu z pracy tych kolegów, którzy nigdy nie dali się złamać i nie powiedzieli, że Kiszczak jest OK.
A w takim układzie nawet dwa lata trwania przy władzy Kaczyńskiego będą się wydawały sukcesem. Bo po co komu będzie potrzebny Tusk, skoro wcześniej władzę odzyska Kwaśniewski?
Po drugie - jeśli sądzić po bogactwie partyjnych spotkań, to Platforma lekko przysypia. Rozumiem, że jej konwencja była szybką reakcją na przygotowywane od dawna spotkanie PiS. Jednak zderzenie tych dwóch obrazków - kilka tysięcy ludzi w hali Olivia w Gdańsku i ponad stu działaczy PO w Warszawie, zdecydowanie dawało punkty Prawu i Sprawiedliwości. Na korzyść PO przemawiało zaś całe polityczne tło: trwająca, nierozstrzygnięta, afera z Kaczmarkiem. Brak większości rządowej w Sejmie. Mocne oskarżenia o nadużywanie władzy.
Donald Tusk poszedł, czemu trudno się dziwić, tym tropem. Celnie punktował słabości i śmieszności rządzących. Nie wiem jednak, czy nie doszedł za daleko. Sam kiedyś powiedział: "nadmierny radykalizm jest wrogiem dobrego przełomu". Wczoraj, słuchając jego przemówienia, miałem wrażenie, że nadmierna ostrość słów odbiera im chwilami wiarygodność. Zwłaszcza fraza o "chorych, oszalałych ambicjach polityków" zapadła w pamięć. Bo rozumiem, że Tusk to tak tylko o ojczyźnie myśli, politykiem nie jest, ambicji nie ma żadnych? No cóż, widać, że totalna antypisowskość będzie głównym motywem kampanii PO. Tylko czy to wystarczy, by wygrać? Gdzie program pozytywny?
Kaczyński pozornie twardo odpowiedział na zarzuty opozycji. Zdanie o wilczych zębach wystających zza maski reformatora, którą przybiera rzekomo Tusk, obiegło wszystkie serwisy informacyjne. Jednak premier wyraźnie uciekał od trudnych pytań związanych ze sprawą Kaczmarka. Przemawiał do zwolenników, przekonywał już przekonanych do tezy, że PiS jest w tej sprawie czysty. Nie przesądzam tu, że dopuszczono się nadużycia służb specjalnych. Ale od szefa rządu i partii rządzącej można oczekiwać odważnego zmierzenia się z prawdą. To on przecież powierzył Januszowi Kaczmarkowi stanowisko szefa MSWiA. Jedno zdanie o układzie nie jest żadnym wyjaśnieniem!
Co ciekawe, w dużo większym stopniu odpowiadali Platformie ludzie w przeszłości związani z tą partią: Zyta Gilowska i Zbigniew Religa. I wychodzi na to, że po dwóch latach w rządzie, po wielu przejściach, poczuli się w PiS na tyle dobrze, że znacząco wzmocnią jego kampanię. Spodziewam się, że w dalszej kampanii obie strony będą przekonywały, jak wiele środowisk łączą. I PO zapewne także pokażę ludzi, z których jest dumna: Jerzego Buzka czy Lecha Wałęsę.
Wczoraj Kaczyński i Tusk wyjawili nam też, jakie własne wizerunki będą propagowali. Prezes PiS ma być jedynym sprawiedliwym, szeryfem IV RP w zderzeniu z rywinlandią i fałszywymi reformatorami. Przewodniczący PO ma być prezentowany - i to jest zaskoczenie - podobnie. Tylko że będzie walczył także z tym, co nazywa nowym układem - z państwem PiS. Też będzie mówił o zmianach, ale przeprowadzonych mądrzej i spokojniej.
Ciekawie wyglądało również tło obu mityngów: bijący się bezskutecznie o prawo zasiadania przy stole dowódców, niezdolny na razie do wydawania komunikatów innych niż ataki na konkurentów SLD. I niedawne rządowe przystawki, dziś sparaliżowane strachem. Trudno o bardziej komiczny widok, niż konferencja prasowa młodzieńców Pawłowca i Wiecheckiego z LPR, domagających się piskliwym głosem dymisji premiera. Panowie - premier i tak wkrótce odejdzie. Wy jedźcie lepiej do okręgu wyborczego! Jeśli jest oczywiście, w co wątpię, po co.
|
Poza wszystkim PO i PiS udowodniły wczoraj, że na razie tylko te dwie partie się liczą. Widać, że tezy o brutalności kampanii nie są pustymi sloganami. Bo jeśli takich słów używa się w chwili, gdy nie ma oficjalnej daty wyborów, to jakie słowa padną na tydzień przed nimi? Wszystko zostanie użyte, wszystko powiedziane. Nie tylko, choć głównie, pomiędzy PO i PiS. Także przez SLD. A po wyborach znów może się okazać, że żadna koalicja nie jest naturalna, a zadane w kampanii rany nie pozwalają politykom na to, co w demokracji powinno być oczywiste - przedłożenie choć trochę interesu państwa nad własne emocje i ambicje.
Niepokoi ta łatwość rzucania wzajemnych oskarżeń. Rywalizacja między partiami jest naturalna, ale nienawiść prowadzi - wbrew intencjom obu liderów - do powrotu rywinlandii. Skupiony na konflikcie z PiS Tusk może nawet nie zauważyć, jak reaktywuje grupę trzymającą władzę, a Kaczyński, widzący w PO głównego przeciwnika, może przeoczyć chwilę, gdy wzmocni do potęgi najgorszą część obozu postkomunistów. A przecież ten tak trudny do osiągnięcia PO-PiS, tak wyśmiewane marzenie o głębokiej reformie, o IV RP, rozumianej jako projekt dużo szerszy niż partyjny, to nie jest coś ważnego tylko dla Tuska i Kaczyńskiego. Tu chodzi o Polskę. O walkę z korupcją, o likwidację esbecko-agenturalnych siatek, o konkurencyjną, wolną gospodarkę. I wiele innych spraw.
Kaczyński mówił swego czasu: moi ludzie są lepsi. Teraz słyszymy od Tuska, że ma proste, lepsze recepty na rządzenie. W jednym i drugim przypadku godne pozazdroszczenia samozadowolenie.
Kaczyński się przekonał, że chuliganów nie można wpuścić na salony "trochę". Jak wchodzą, rozbijają wszystko i żądają wszystkiego. Lekcja, jakiej SLD udzieli Tuskowi, jeśli wybierze go po wyborach, będzie równie brutalna. W takim układzie warunki będzie dyktował Urban, a recenzował ich realizację propagandysta stanu wojennego Daniel Passent. Pomogą mu redakcyjni wychowankowie o twarzach cherubinków, ale skrycie marzący o wywaleniu z pracy tych kolegów, którzy nigdy nie dali się złamać i nie powiedzieli, że Kiszczak jest OK.
A w takim układzie nawet dwa lata trwania przy władzy Kaczyńskiego będą się wydawały sukcesem. Bo po co komu będzie potrzebny Tusk, skoro wcześniej władzę odzyska Kwaśniewski?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|