Dziennik Gazeta Prawana logo

Gowin: Platforma nie da się skusić lewicy

5 listopada 2007, 23:16
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
Może się okazać, że konieczne będzie zawarcie koalicji przez PO i że jej niezbędnym uczestnikiem stanie się LiD. Nie ukrywam, że dla ludzi takich jak ja będzie to ostateczność, którą można zaakceptować tylko w kategoriach "zła koniecznego" - pisze w DZIENNIKU Jarosław Gowin, publicysta i senator PO

Aleksander Kwaśniewski rozpoczął "obciosywanie" elektoratu PO. Jednego dnia porównuje Platformę do przypudrowanego PiS, innego - deklaruje gotowość poparcia Donalda Tuska w zamian za zawarcie koalicji PO - LiD po najbliższych wyborach (skromnie przemilczając przy tym swoją rolę w ewentualnym wspólnym rządzie).

Rzecz jasna ta sprzeczność deklaracji nie świadczy o rozchwianiu myślowym byłego prezydenta, tylko o talentach taktycznych. Chodzi mu o wprowadzenie zamętu wśród wyborców PO. Gdy bowiem ich bardziej liberalna część słyszy, że Platforma to "PiS-bis", zaczyna się zastanawiać (na to w każdym razie liczy Kwaśniewski), czy aby nie przerzucić poparcia na lewicę. Gdy z kolei wyborcy nastawieni bardziej konserwatywnie słyszą zapowiedzi powstania PO - LiD, mogą zacisnąć zęby i zagłosować na PiS.

Syreni śpiew Kwaśniewskiego
Dlaczego jednak lider obozu postkomunistycznego miałby chcieć wzmacniać obóz braci Kaczyńskich? Odpowiedź jest oczywista. Strategiczny cel Kwaśniewskiego polega na osłabieniu Platformy i poprowadzeniu głównej osi podziału wzdłuż linii: lewica - PiS. Tylko taka polaryzacja, w której alternatywą dla lewicy byłaby anachroniczna prawica (albo raczej - wedle trafnego określenia Rafała Ziemkiewicza - "lewica pobożna"), stwarza postkomunistom szansę na odzyskanie pozycji głównej siły politycznej.

Propozycje współpracy to ze strony Aleksandra syreni śpiew, który ma doprowadzić do zmiażdżenia Platformy przez Scyllę PiS i Charybdę lewicy.

Czym skończyłaby się koalicja z LiD, nietrudno sobie wyobrazić. Dla Platformy byłby to partner równie kłopotliwy jak przystawki dla Jarosława Kaczyńskiego. Dobrze ilustruje to tekst Sławomira Sierakowskiego. Redaktor "Krytyki Politycznej" ma tę przewagę nad swoimi patronami politycznymi, że głośno mówi to, co oni po cichu myślą. Tym, co im doradza, jest radykalne przesunięcie się w lewo.

Kwaśniewski to nie Blair
Myślę, że to bardzo prawdopodobny powyborczy scenariusz. Chcąc zyskać na wyrazistości, liderzy lewicy będą się domagać progresji podatkowej (choć już bodaj wszystkie państwa postkomunistyczne wprowadziły podatek liniowy), podniesienia płacy minimalnej (choć oczywistą tego konsekwencją będzie wzrost bezrobocia i ucieczka w szarą strefę), rozbudowy molocha państwa opiekuńczego (choć hamując rozwój gospodarczy, uderzają oni w warstwy uboższe i wytwarzają wśród nich "kulturę zależności"), zwiększenia wydatków na służbę zdrowia (oczywiście - jakże by inaczej - państwową, czyli w żaden sposób niezreformowaną) itp.

Równocześnie lewica podniesie sztandary kolejnej "rewolucji moralnej", tyle że tym razem progresistowskiej. Sierakowski domaga się zniesienia ustawy antyaborcyjnej czy legalizacji małżeństw homoseksualnych (eufemistycznie nazywanych związkami partnerskimi), co byłoby równoznaczne z wszczęciem "zimnej wojny moralnej". Pisze też o "odindoktrynizowaniu" szkoły, o modernizacji Polski w duchu wolności i tolerancji czy o zapewnieniu światopoglądowej neutralności państwa. Za tymi niewinnie brzmiącymi sformułowaniami kryje się wezwanie do batalii na rzecz - mówiąc w uproszczeniu - relatywizmu moralnego i kulturowego. Może ono paść na podatny grunt, skoro episkopat nie próbuje ograniczyć politycznych aspiracji o. Rydzyka, a polska młodzież pewnie ładnych parę lat będzie miała w pamięci wyczyny niedawnego ministra oświaty.

Znamienny jest za to zupełny brak w deklaracjach polityków lewicy nawiązania do rozsądnych propozycji gospodarczych wicepremiera Hausnera czy do jeszcze wcześniejszej (z czasów prac nad konstytucją) refleksji nad ustrojem państwa. Dzisiejsza polska lewica nie ma nic wspólnego z nowoczesną socjaldemokracją a la Tony Blair, która mogłaby stanowić dla Platformy partnera w porządkowaniu państwa po rządach PiS - Samoobrona - LPR.

Inna Europa, inna Polska
Nie sądzę też, by punktem stycznym mogło być nastawienie proeuropejskie. W przypadku Kwaśniewskiego czy Szmajdzińskiego oznacza ono bowiem coś zupełnie innego niż w przypadku Tuska czy Rokity.

Dążąc do poprawy relacji z europejskimi partnerami Polski (przede wszystkim z Niemcami), PO chce w ten sposób zwiększyć podmiotowość naszego państwa na arenie międzynarodowej. Naszym celem jest wprowadzenie Polski do pierwszego szeregu państw europejskich, wzmocnienie naszego potencjału gospodarczego i politycznego, rozwój tożsamości narodowej, który dokonuje się zawsze - jak uczyli nas Cyprian Norwid, Karol Wojtyła czy Józef Tischner - w dialogu z kulturą europejską. PO jest dobrze przygotowana, by realizować te zamierzenia w sposób realistyczny, profesjonalny, a także wolny od fobii i lęków, jakie cechowały polską politykę zagraniczną pod rządami minister Fotygi.

Ale równie daleko nam pod tym względem do lewicy, zwłaszcza postkomunistycznej. W jej wydaniu proeuropejskość na ogół oznaczała przyzwolenie na podrzędność Polski w relacjach z potęgami europejskimi. Była też narzędziem do walki z polskim "ciemnogrodem", czyli próbą zglajchszaltowania specyfiki naszej republikańsko-wolnościowej tradycji w tyglu politycznej poprawności.

Przy pozornym podobieństwie deklaracji Platformie chodzi o zupełnie inną Europę niż lewicy. I o inną Polskę.

Pryncypia Platformy
Jedną z głównych przyczyn słabości niepodległej Polski jest fatalna ordynacja wyborcza. Doprowadziła ona do tego, że wszystkie dotychczasowe rządy miały charakter koalicyjny, co przy słabości kultury i nawyków demokratycznych skutkowało niestabilnością polityczną, niespójnością kolejnych rządów, a w ostatecznych konsekwencjach nieodpowiedzialnością i niskim poziomem klasy politycznej. Sondaże pokazują, że tym razem realne są rządy jednej partii. Oczywiście, droga do wyborczego zwycięstwa Platformy jest jeszcze daleka, trzeba do niego ogromnej pracy, sugestywnej wizji i skutecznej kampanii.

Może się też okazać, że konieczne będzie zawarcie koalicji i że jej niezbędnym uczestnikiem stanie się LiD. Nie ukrywam, że dla ludzi takich jak ja będzie to ostateczność, którą można zaakceptować tylko w kategoriach "zła koniecznego". Ale warunkiem jakichkolwiek rozmów z lewicą, tak samo zresztą jak z każdym innym potencjalnym partnerem, jest uznanie przez nią nienaruszalności pryncypiów Platformy: rozszerzenia wolnego rynku, naprawy finansów, radykalnego ograniczenia nadmiaru przepisów, kontroli czy koncesji, reformy administracji tak, by służyła obywatelom, odpolitycznienia i usprawnienia wymiaru sprawiedliwości, realistycznej polityki europejskiej, unowocześnienia edukacji, kontynuacji polityki prorodzinnej, zarzucenia eksperymentów światopoglądowych, a wreszcie podniesienia standardów życia politycznego.

Jeśli te warunki zostaną zaakceptowane, jest mi wszystko jedno, kto będzie koalicjantem Platformy: może być LiD, może być LPR. Ale tak jak zdrowy rozsądek nakazuje wątpić, by partnerem w dziele odpowiedzialnego rządzenia Polską mógł być Roman Giertych, tak samo trudno upatrywać go w Aleksandrze Kwaśniewskim.

Jarosław Gowin, senator Platformy Obywatelskiej, rektor Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. J. Tischnera w Krakowie

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj