Dziennik Gazeta Prawana logo

Wysokie stanowiska nie dla Polaków. Ani Unia, ani świat nas nie potrzebują

7 września 2012, 06:19
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Stół z symbolami Unii Europejskiej
Stół z symbolami Unii Europejskiej/Shutterstock
Rzecz bezprecedensowa w historii Unii: Jose Manuel Barroso ma coraz większe szanse na objęcie po raz trzeci funkcji przewodniczącego Komisji Europejskiej.

 Może pozostać na stanowisku nie dlatego, że suchą stopą przeprowadza Wspólnotę przez kryzys, ale przeciwnie – bo jest na tyle nieudolny, by nie wadzić przywódcom najważniejszych krajów. W ostatnich pięciu latach pozycja Komisji w unijnym układzie sił sięgnęła nowego dna, co jeszcze bardziej umocniło prymat Berlina.

Rysująca się reelekcja Barroso pokazuje coś jeszcze: zupełne niezrozumienie w naszym kraju mechanizmów, jakie rządzą obsadą kluczowych stanowisk w instytucjach europejskich. Nie dalej jak w marcu jeden z największych polskich tygodników opinii donosił, powołując się na źródła w Parlamencie Europejskim – który nie ma w tej sprawie żadnych kompetencji – że to Donald Tusk jest „jedynym kandydatem Europejskiej Partii Ludowej na szefa KE” (do EPL należy Barroso). I wywołał gorączkowe przepytywanie krajowych polityków, czy poprą tę kandydaturę i czy szef PO dostatecznie dobrze rządzi krajem, aby zasłużyć na „międzynarodową karierę”. Nikt nie pomyślał, że kraj, który nie jest w strefie euro, nie otrzyma takiego stanowiska w Brukseli w chwili, gdy ważą się losy unii walutowej.

Dwa miesiące później spektakl się powtórzył. Tym razem murowanym kandydatem na szefa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju miał być Jan Krzysztof Bielecki. Ale został pokonany przez Brytyjczyka Sumę Chakrabartiego.

Rok wcześniej Aleksander Kwaśniewski robił wielką, choć wirtualną karierę na unijnych salonach. Tak przynajmniej donosił jeden z dzienników, zapewniając, że były prezydent będzie teraz nowym przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Zapomniał, że warunkiem minimum, którego Kwaśniewski nie spełnia, jest... zasiadanie w europarlamencie.

Lewicowy polityk jest zresztą już zaprawionym bohaterem takich tekstów. I chętnie udaje, że bierze je na poważne, bo może w ten sposób wykazać, że wciąż jest w grze. Pod koniec 2005 r. miał zostać sekretarzem generalnym ONZ, co całkiem poważnie popierał ówczesny prezydent Lech Kaczyński. Kwaśniewski, który już kreślił ambitne plany reformy nowojorskiej organizacji, odpowiadał z enigmatycznym uśmiechem dziennikarzowi IAR: .

Mistrzem rozgrywania w mediach plotek o rzekomej karierze międzynarodowej jest jednak szef MSZ. W grudniu 2008 r. zaprzyjaźniony z nim europejski korespondent tygodnika „The Economist” Edward Lucas napisał, że to Radosław Sikorski jest „najpoważniejszym kandydatem na stanowisko nowego sekretarza generalnego NATO”.

– mówił z szerokim uśmiechem sam zainteresowany. Dziennikarze połknęli haczyk, niewiele zastanawiając się, skąd pochodzi źródło sensacyjnej informacji: uwierzyli, że Polska ma tak wybitnego szefa dyplomacji, że nawet najpotężniejszy sojusz świata musi walczyć o jego względy.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj