Od dobrych kilku miesięcy uchodzę za komentatora, który potrafi powiedzieć parę ciepłych słów o PiS i jego politycznych pomysłach. Za każdym razem dziwię się, że kogoś to może dziwić. Ostatnio znów nadarzyła się taka okazja. Dyskusja dotyczyła wpływu 500+ na społeczeństwo oraz gospodarkę. Zacząłem więc od wyliczenia tego, co o „pięćsetce” już wiadomo.
A wiadomo sporo. Na przykład to, że jej wpływ na zmniejszenie ubóstwa (w tym dzieci) był natychmiastowy i znaczny. Do tego dochodzi istotne i autentyczne wzmocnienie pracownika. Zwłaszcza wśród niższych warstw społecznych, które miały dotąd na rynku pozycję bardzo słabą. Czyli „śmieciowców” z wieloletnim stażem i prekariuszy bez większych nadziei na zawodową stabilizację. Głównie kobiet. Dlaczego? Bo jak ktoś zarabiał 1600 zł na rękę i mieszkał w powiatowym miasteczku o wciąż wysokim poziomie bezrobocia i doszło mu nagle 500 zł albo 1000 zł miesięcznego dochodu netto, to jego (a zwłaszcza jej) pozycja uległa poprawie. I nie chodzi tu nawet o zwiększoną siłę nabywczą (badania pokazują, że nawyki konsumpcyjne kształtują się powoli). Idzie raczej o tę dodatkową odrobinę pewności siebie w kontakcie z pracodawcą. O ten luksus, że już nie trzeba godzić się na wszystko, co „zaproponuje”. O otwierającą się szansę, pierwszą od lat, na lepsze ułożenie równowagi pomiędzy pracą a życiem prywatnym. Ta zmiana zachodzi powoli i miną lata, zanim zobaczymy jej efekty (oraz przeknamy się, czy się utrzymają) w bardziej pogłębionych opracowaniach ekonomicznych czy socjologicznych nad polską pracą. Pewna dynamika została tu jednak uruchomiona. I bez wątpienia jest to bezpośredni efekt programu 500 plus.
Idźmy jednak dalej. Niektórzy obawiali się, że 500+ przyniesie dezaktywizację zawodową. A Polacy (a zwłaszcza Polki) będą się masowo z rynku pracy wycofywać, zadowalając się socjalem. Rzeczywistość tych obaw jednak nie potwierdziła. Nie ma też aż tak znaczącego wzrostu poziomu dzietności. Słowem, Polki nie poszły w pieluchy, zapominając o swoich feministycznych aspiracjach na rzecz słynnych trzech K (kuchnia, kołyska i kościół). To jednak nie koniec. Bo wprowadzając 500+, PiS (nieświadomie) dołączył do awangardy europejskich politycznych eksperymentatorów. Chodzi o eksperymenty z bezwarunkowym dochodem podstawowym (zwanym z angielska UBI). Chyba najgorętszym obecnie pomysłem na progresywną reformę coraz mniej wydolnego modelu klasycznego państwa dobrobytu.
W Polsce grupą docelową tego eksperymentu są wprawdzie tylko gospodarstwa domowe z dziećmi. Warto jednak zauważyć, że od drugiego dziecka wzwyż polski program działa dokładnie tak, jak pełnokrwisty dochód podstawowy. Czyli po pierwsze PiS-owska wersja UBI jest dość wysoka (500 zł to 1/6 średniej krajowej netto). A przynajmniej na tyle wysoka, by realnie wpłynąć na relacje między kapitałem a pracą i stać się czymś więcej niż tylko kolejnym sposobem na pompowanie popytu. Po drugie 500+, podobnie jak UBI, ma za wszelką cenę unikać stygmatyzowania tych, którzy go otrzymują, jako nieudaczników. Innymi słowy, musi się on im po prostu należeć. Uniwersalność dochodu podstawowego jest ważna, ponieważ w prawdziwym świecie jego wprowadzanie napotka opór. Krytycy będą np. podnosić postulat, by wprowadzić kryterium dochodowe. A więc odciąć od mechanizmu UBI najlepiej zarabiających. To wydaje się na pozór sensowne. Doświadczenia polityki społecznej w demokratycznych krajach kapitalistycznych dowodzą jednak, że w takim myśleniu jest haczyk. Polega na tym, że gdy programy redystrybucyjne (przesuwanie środków od zamożnych do mniej zamożnych) nie są powszechne, to bardzo łatwo lądują w szufladce z napisem „walka z biedą”, a potem trafiają pod nóż przy okazji presji na konsolidację finansów publicznych. Wszystko dlatego, że aktywne politycznie klasy społeczne nie uważają takich programów za swoje i nie mają większego zainteresowania w tym, by ich bronić. Po trzecie wreszcie, UBI powinien być uzupełnieniem mechanizmów państwa dobrobytu. A nie jego zamiennikiem. I tak właśnie została skonstruowana „pięćsetka”. Na pewnym etapie upadła przecież koncepcja odpowiedzialnego za przygotowanie programu wiceministra Bartosza Marczuka. I zapadła decyzja, by 500 zł nie wliczało się do dochodu, na podstawie którego wyliczane jest prawo do otrzymywania innych świadczeń socjalnych.
Reklama
Wreszcie ostatni argument dowodzący, że z progresywnego punktu widzenia 500+ ma znaczenie kapitalne. Przy odrobinie dobrej woli można dostrzec w tym eksperymencie zerwanie ze szkodliwym ekonomicznym skąpstwem i lekceważeniem spójności społecznej. Owym fatalizmem polskich elit politycznych, które twierdziły przez lata, że jesteśmy zbyt biedni na politykę społeczną. I że najpierw musimy się dorobić, a dopiero potem dzielić bogactwo. W ten sposób przez dwie i pół dekady Polska nie korzystała z okazji, by włączyć do obiegu gospodarczego, politycznego i obywatelskiego szerszych mas Polaków. Dokładnie tych, którzy w spożywaniu najsłodszych owoców transformacji uczestniczyli zbyt słabo.
Niby jest za co PiS pochwalić, ale jakoś te pochwały wywołują zazwyczaj na sali pełnej lewicowców odgłos zgrzytających zębów i nieskrywanych pomruków niezadowolenia. To niezadowolenie podzielić można na cztery rodzaje. Jest po pierwsze niezadowolenie liberalne. Liberalizm niby nie znajduje na lewicy ostatnio zbyt wiele zrozumienia. Trzeba jednak pamiętać, że i tutaj przez dekady rządziła królowa TINA (There is no alternative, nie ma alternatywy). Głosząca, że lewicowe pasje należy realizować na polach innych niż gospodarka. A w ekonomii reguły są oczywiste: z redystrybucją trzeba uważać, bo się nam ludzie rozleniwią, a państwo nie może pod żadnym pozorem wydawać więcej, niż zarabia. Efekt? Nawet lewicowców przeszywa instynktowny dreszcz niepokoju, gdy widzą, że jakaś partia tak otwarcie występuje przeciwko neoliberalnemu dogmatowi. A na dodatek robi to nie gdzieś daleko na masówkach spod znaku Occupy Wall Street albo jeszcze lepiej w książkach Naomi Klein, tylko tu u nas, w Polsce. Rękami, niezbyt sympatycznych skądinąd, polityków PiS.
Inne oblicze tego samego zjawiska to niezadowolenie tzw. lewicy cząstkowej. Lewicowość cząstkowa jest naturalną konsekwencją funkcjonowania lewicy w warunkach neoliberalnej hegemonii. W czasach, gdy polityką było wszystko, tylko nie ekonomia. Mamy więc w Polsce wielu szczerych lewicowców, którzy uważają, że główną miarą lewicowości jest antyklerykalizm. Albo postulat radykalnej modernizacji (laicyzacji) polskiego społeczeństwa. Tacy lewicowcy wpadają niestety bardzo szybko w pułapkę oderwania od rzeczywistości. Dla nich choćby nawet 500+ zlikwidowało całkowicie problem ubóstwa, to i tak będzie to program spalony. Tylko dlatego, że jego autorzy to politycy PiS, którzy lubią powoływać się na Boga i symbolicznie uznają go za króla Polski. Co koniecznie trzeba wyszydzić, bo przecież od takich gestów do państwa wyznaniowego już tylko krok. Rozumując w taki sposób, lewica cząstkowa ma w głowie wymarzony obraz Polski zlaicyzowanej. A gdy zderza się z rzeczywistością tradycyjnego obyczajowo społeczeństwa, to nie podoba się jej bardzo to, co widzi. Macha więc ręką na tzw. lud, oddając go walkowerem PiS.
Stąd już bardzo blisko do niezadowolenia paternalistycznego. Argumentu, że programami takimi jak 500+ PiS kupuje elektorat. Ten zarzut jest podnoszony uparcie, pomimo że demokracja ze swojej natury powinna polegać na czymś w rodzaju przetargu na najlepsze rozwiązania polityczne. I akurat rolą partii lewicowych jest formułowanie takiej oferty, która weźmie pod uwagę interesy słabszych i wykluczonych ekonomicznie klas społecznych. Za pomocą rozwiązań politycznych (redystrybucji) zrównoważy nieco stałą i naturalną dla kapitalizmu supremację klas zasobnych w kapitał. Jeśli lewica tego nie robi, to powinna się zastanowić, czy aby nie cierpi na szkodliwy paternalizm, na który często niestety zapadała w historii polska inteligencja i uważała, że masy są zbyt głupie, by potraktować je jako autentyczny cel robienia polityki.
I wreszcie czwarty gniew lewicy polegający na zwykłej zazdrości. Gniewie, że oto przyszedł PiS i zagarnął progresywną lewicową agendę. W tej sytuacji jedyną sensowną strategią dla lewicy jest czekanie na błąd partii Kaczyńskiego. Czyli na moment, gdy PiS znudzi się korygowaniem neoliberalnej rzeczywistości i odda pole prawicowym liberałom. Których w tym ugrupowaniu nie brakuje. Dość przypomnieć lata 2005–2007, gdy za pierwszego rządu PiS Zyta Gilowska spłaszczała system podatkowy w stylu, którego nie powstydziłaby się Margaret Thatcher. W takim czekaniu jest jednak haczyk. Bo co, jeśli PiS odrobił lekcję kryzysu 2008 r.? I co, jeśli (na co liczy też lewica) wicepremierowi Morawieckiemu nigdy nie spadnie maska „bankstera z ludzką twarzą”?
Po co wyliczam lewicy te rodzaje jej zagniewania? Nie po to, by z niej szydzić. A po to, by dodać jej odwagi. Lewica ma prawo czuć się osaczona. Zwłaszcza w Polsce, gdzie od lat jest wciśnięta między dwóch dominujących rywali. Z jednej strony liberałów, którzy obiecywali, że jeśli pójdzie z nimi pod rękę, to będzie fajna, nowoczesna i europejska. Ale w zamian odebrali jej progresywną duszę. Z drugiej strony mają nierzadko brutalną prawicę, która nie zamierza dzielić się z lewicą swoją strefą wpływów.
A jednak lewica jest potrzebna. Choćby po to, by temperować ewidentne szaleństwa obu dominujących obozów. A w dłuższej perspektywie zbudować wobec nich realną alternatywę. To da się zrobić, tylko mówiąc własnym głosem. A mówienie własnym głosem zaczyna się od uczciwego oceniania rzeczywistości. Za pomocą swoich argumentów. A nie takich, które sufluje jej ktoś inny.