Zbigniew Parafianowicz: W Polsce mamy doskonale rozwinięty rynek nielegalnych nagrań ludzi ze świata polityki i biznesu. Czy ten przemysł taśmowy może zostać wykorzystany przez kogoś z zagranicy przeciw polskim elitom?

Gen. bryg. Radosław Kujawa: Taśmy już zadziałały i nadal doskonale działają. Są problemem i mają potencjał destrukcyjny. Mamy z grubsza trzy lub cztery sytuacje, w których ludzie nagrywają się nawzajem. Robi to państwo i jego służby w majestacie prawa i za zgodą sądu lub w ramach pracy operacyjnej. Można legalnie nagrywać w miejscach publicznych, tam musimy liczyć się z tym, że nasze zachowania zostaną ujawnione. Kolejny przypadek to różne sytuacje, w których nagrań dokonuje się za zgodą osób nagrywanych. W przypadku afery taśmowej doszło do całkowitego pomieszania porządków. Nagrania zdobyto w drodze przestępstwa. Z drugiej strony są one nośne politycznie. Dopóki się nie znudzą albo ich używanie nie wywoła efektu odwrotnego – pozostaną w grze. Media też nie mają w tej sprawie czystego sumienia i odegrały negatywną rolę. Czy można nimi szantażować? Z tym będzie trudniej. Szantażować można taśmami, których nie ma.

Większości taśm nie ma w obiegu publicznym.

No właśnie. Teoretycznie można liczyć się z tym, że ktoś kogoś szantażuje tymi nagraniami. Choć z drugiej strony w dobie elektroniki trudno jest osiągnąć cel w zamian za nieujawnienie taśmy. Przecież osoba, która nią dysponuje, może być jedną z kilku lub kilkunastu, które mają określone nagranie. Taki szantaż ma ograniczoną moc. Warto też zwrócić uwagę, gdzie pojawiają się zupełnie nowe taśmy, np. w telewizji publicznej. To oznacza, że operacja jest w toku.

Jest w toku, ale każda strona na niej traci. Nie ma pan wrażenia, że w interesie państwa jest ostateczne wyjaśnienie afery taśmowej? Przecięcie spekulacji na temat tego, kiedy pojawi się kolejny kompromat.

Oczywiście. Nie tylko w interesie stron sporu, ale też w interesie społecznym. Epatowanie nagraniami cofa nas w dorobku cywilizacyjnym. Cokolwiek by na tych taśmach było, mówimy o rozmowach prywatnych. Jesteśmy blisko sytuacji, w której za normę uznamy nagrywanie kogoś nie tylko w restauracji, ale i w domu czy w hotelu. Jesteśmy blisko gotowości do zaakceptowania faktu, że takie działania czemuś służą. Otóż długofalowo nie służy to nikomu ani niczemu. Czy wyjaśniono jakąś aferę poprzez publikację nagrań z Sowy i Przyjaciół? W dojrzałym państwie ludzie zdają sobie sprawę z pewnych ograniczeń dotyczących nagrywania. Osoby nagrywające nielegalnie prywatne rozmowy są wykluczane ze wspólnoty, spychane na margines. Nikt się z nimi drugi raz nie spotka i ostrzeże przed nimi innych.

Jak to się stało, że dwóch kelnerów i szemrany biznesmen nagrali niemal całą polską klasę polityczną i biznesową?

Nie chcę podejmować polemiki z taką oceną.

Zakłada pan, że źle sformułowałem pytanie i nie chodzi jedynie o dwóch kelnerów i szemranego biznesmena?

Jestem zdany na przekazy medialne w tej sprawie. Analiza pewnych zdarzeń związanych z nagrywaniem i publikowaniem zmusza do stawiania pytań o to, czy stali za tym jedynie kelnerzy i biznesmen. Taśmy stały się narzędziem politycznym. Wokół nich funkcjonowały osoby zaangażowane w walkę polityczną. Można wyraźnie wskazać, czyje interesy realizowały nagrania. Jeśli nie znamy źródła jakiejś sprawy, należy zadać pytanie, czyj interes był realizowany? Czemu coś służyło? Skutki, które wywołały nagrania, nie pozwalają przejść do porządku dziennego nad tezą, że służyły one jedynie dwóm kelnerom i biznesmenowi. Marek Falenta wcześniej miał już sprawę karną za nagrywanie. Można powiedzieć, że posiadał inklinacje do tej roboty. Niemniej jednak trudno uwierzyć, by tylko trzy osoby były zaangażowane w ten proceder.