W kolejnych odsłonach dramatu pt. „Dobra zmiana w polskich sądach”, którym od trzech lat żyją media i politycy (obywatele zdradzają natomiast mocne objawy zobojętnienia), nadal nie padło jedno, proste pytanie. A mianowicie, do czego właściwie są potrzebni pracujący w sądach sędziowie? Dla uściślenia kwestii jasną odpowiedź może od razu udzielić obóz władzy i wszyscy ci, których stać na najwyżej jakości obsługę prawną. Sędziowie są im potrzebni do ferowania wyroków po ich myśli. To jest jasne. Najłatwiej się to osiąga, oddając orzekanie w ręce odpowiednio dobranych osób.

Kierunek reformy wytyczony przez Zbigniewa Ziobro wskazuje, że w odczuciu ministra sprawiedliwości kadry decydują o wszystkim. Oczywiście „nasze” sędziowskie kadry. Z kolei postawa opozycji, wspierana przez Komisję Europejską, sprowadza się do tego, iż sędziwie są po to, żeby być niezawiśli. Ich niezależność ma być lekiem na każde zło. Jednak te odpowiedzi nie mają zupełnie nic wspólnego z potrzebami zwykłych Polaków. Ci z kolei są po prostu przyzwyczajeni do tego, że od wydawania wyroków są prawnicy, którzy zawodowo parają się profesją sędziego. Tak było od kiedy sięgają pamięcią i jest. Czyli także będzie. Tylko z punktu widzenia dobra przeciętnego obywatela właściwie dlaczego i po co?

Potrzeba sprawiedliwości

Jedną z najmocniejszych potrzeb człowieka niezmiennie pozostaje łaknienie sprawiedliwości. Od kiedy narodził się nasz gatunek, jest ono trwale zapisane w ludzkiej psychice. Gdy winy nie są przykładnie karane, budzi to powszechne oburzenie. Banalny przykład z tego tygodnia. Pani sędzia Sądu Rejonowego w Lipnie pod Toruniem uniewinniła młodego człowieka, który będąc na rauszu rozjechał jedenastoletniego Kacpra. Dziecko miało pecha, bo wsiadło na rower i wyjechało nim z podwórza na drogę.

Dla pani sędzi było bez znaczenia, że młodzieniec, który zabił Kacpra nie posiadał prawa jazdy, zatrzymywano go już za jazdę po pijanemu, a rok wcześniej otrzymał sądowy zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych. Poza tym miał na sumieniu parę innych wykroczeń. Jednym słowem recydywista. Mimo to uniknął kary, ponieważ to jedenastolatek nie zachował wystarczającej ostrożności.

Łatwo zgadnąć, że komentarza do tego wyroku, jaki wygłosiłby statystyczny Polak, nie można tu przytoczyć, ponieważ składałby się głównie z zwrotów niecenzuralnych. Oto Sąd Rejonowy w Lipnie swoim orzeczeniem przekazał społeczeństwu kilka jasnych komunikatów.

Po pierwsze jeśli potrzebujesz sprawiedliwości, to nie licz na sąd. Po drugie, jeśli ktoś zabije ci dziecko, lub wyrządzi inną dotkliwą krzywdę, daruj sobie dochodzenie sprawiedliwości, a zwłaszcza w sądzie. Po trzecie, jeśli masz nadzieję, że sąd będzie się starał jednostki niebezpieczne i aspołeczne odizolować od uczciwych obywateli, to jesteś frajerem. Po czwarte możesz nam naskoczyć.

Wyliczanka, ile jeszcze szkód dla potrzeby sprawiedliwości obywateli czyni taki wyrok, może być dłuższa. Wręcz trudno o rzecz bardziej deprawującą społeczeństwo i działającą na jego szkodę. Potrzeba sprawiedliwości przyniosła bowiem narodziny idei państwa opartego na rządach prawa oraz zasadę, że właśnie prawo dotyczy wszystkich w równym stopniu. Społeczeństwa zaczęły też zauważać, iż: „istnieje współzależność między wolnością a praworządnością” – co odnotował Monteskiusz. Wolność obywateli pozostaje bezpieczna nie wtedy, gdy gwarantuje ją prawo, lecz dopiero wówczas, kiedy oprócz gwarancji egzekwuje się przepisy. W tej układance kluczową rolę odgrywają sądy. W nich zaś główne funkcję sprawują obecnie zawodowi sędziowie. To oni, pilnując przestrzegania prawa, zaspokajają ludzką potrzebę sprawiedliwość albo nią pomiatają i wynaturzają, tak działając na szkodę obywateli. Jeśli regularnie pomiatają, to czy naprawdę są społeczeństwu potrzebni?

Wybierz sobie sąd

W czasach rządów ostatnich Piastów oraz Jagiellonów funkcję najwyższego sędziego sprawowała w państwie król. Prawo do osądzania podanych oraz rozsądzania sporów monarcha delegował na królewskich asesorów, a na prowincji zastępowali go wojewodowie, kasztelani i starostowie. Jednak fakt, iż władza wykonawcza jednocześnie zajmuje się dbaniem o sprawiedliwość bardzo ciążył szlachcie. Nikt nie miał wątpliwości, jaki wyrok wyda królewski sędzia, jeśli szlachcic znajdzie się w sporze z monarchą lub jego urzędnikami.

Dlatego w czasach pierwszych Jagiellonów obywatele (pełnią praw obywatelskich cieszyła się wówczas tylko szlachta) krok po kroku wymuszali kolejne przywileje, sytuujące instytucję sądu poza zasięgiem władzy króla. Po przywilejach wydanych w 1454 r. przez Kazimierza Jagiellończyka w Nieszawie wyłonił się system sądownictwa, z drobnymi korektami funkcjonujący przez następne 300 lat. Opierał się on na sądach ziemskich i podkomorzych, pełniących funkcję trybunałów pierwszej instancji. Zajmowały się one wszystkimi sprawami, poza zbrodniami ciężkimi, za które groziła kara śmierci. Całą obsadę sądu, uczestniczącą bezpośrednio w procesie wymierzania sprawiedliwości, czyli: sędziego, podsędka i pisarza wyznaczał szlachecki sejmik, będący głównym organem samorządowy dla danej ziemi.

Wymienione funkcje były dożywotnie. Jedynie śmierć lub rezygnacja z urzędu mogły zdjąć ze stanowisk sędziego oraz grono jego najbliższych współpracowników. Kiedy np. sędzia umierał, wojewoda miał obowiązek zwołać sejmik. Zebrany ogół szlachecki podczas jego obrad wyznaczał czterech swoich kandydatów. Spośród nich król wskazywał kolejnego sędziego. Instytucją apelacyjną dla trybunałów ziemskich i podkomorzych był sąd grodzki. Zajmował się on także ciężkimi zbrodniami. Tu już rolę sędziego pełnił, mianowany przez monarchę starosta. Nic więc dziwnego, że szlachta uznawała, iż sądownictwo nie jest w pełni niezawisłe, ponieważ na koniec i tak monarcha pozostawał najwyższą instancją. Po dekadach starań udało się ruchowi egzekucyjnemu wymusić na królu Stefania Batorym utworzenie w 1578 r. dla ziem polskich Trybunału Głównego Koronnego.

Pierwszy na świecie w pełnie niezależny Sąd Najwyższy tworzyło 27 reprezentantów stanu szlacheckiego z poszczególnych ziem. Wybierały ich, specjalnie w tym celu zwoływane sejmiki deputackie. Do Trybunału Koronnego dokooptowano też sześciu księży. Wchodzili oni do składu orzekającego, gdy stroną w sprawie była osoba duchowna. Analogiczny trybunał dla Litwy utworzono trzy lata później. Rzeczą najciekawszą w staropolskim systemie sądowniczym było niezwykle mocne poczucie odpowiedzialności osób delegowanych przez stan szlachecki do wymiaru sprawiedliwości. Skoro powierzano im tak ważny urząd, czuły się one w obowiązku jak najlepiej służyć społeczność. Ta z kolei swych sędziów szanowała i darzyła zaufaniem. Olbrzymia liczba procesów w czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów nie oznaczała (wbrew utrwalonej opinii), że polska szlachta wyróżniała się wyjątkową kłótliwością na tle innych nacji. Po prostu było wówczas dla wszystkich rzeczą oczywistą, iż od szukania sprawiedliwego rozstrzygnięcia mają sędziego. Ten zaś kierował się literą prawa i naturalnym dla wszystkich poczuciem sprawiedliwości.

Bez wychowania

Największą słabością Rzeczpospolitej był nie sam system sądownictwa, lecz rozkład władzy wykonawczej. Sądowe wyroki winien egzekwować starosta. Jednak ci często nie dysponowali dostateczną liczbą podwładnych aby się tym zająć. Stąd wzięły się zajazdy. Kiedy ktoś otrzymywał od sądu korzystny dla niego wyrok, zwoływał brać szlachecką i wspólnie go egzekwowano. To stwarzało mnóstwo pokus do nadużyć.

Dziś szwankuje nie tylko mechanizm egzekwowania wyroków ale cały wymiar sprawiedliwości. Zresztą od samego początku istnienia III RP jest on kulą u nogi społeczeństwa. Przy czym, wbrew tezie lansowanej przez PiS, największym niedopatrzeniem wcale nie było zaniechanie usunięcia sędziów najmocniej związanych z reżymem komunistycznym. O wiele większą błędem (wręcz zbrodnią) stało się uniemożliwienie obywatelom, by mogli cokolwiek od ludzi zajmujących się orzekaniem wymagać. I znów chodzi tu o elementarną potrzebę sprawiedliwości.

Fach sędziego to nie zwykła praca lecz służba. To w imieniu państwa i obywateli dostaje on władzę, by ferować wyroki, a nawet więcej. Rzecz przecież idzie nie tylko o prawo, lecz także wytyczanie granice między dobrem a złem. Skoro tak, to powinnością sędziego powinno być stawanie w obronie, a więc służenie - prawym, uczciwym obywatelom. Bo tak jest sprawiedliwie. Poza tym to z płaconych przez nich podatków państwo sfinansowało mu studia prawnicze i wypłaca całkiem godziwą pensję. Zwykła, ludzka uczciwość nakazywałaby brać ten fakt pod uwagę. Tymczasem przez pierwsze dekady III RP ilekroć zapadał wyrok, na którego określenie brakowało cenzuralnych wyrazów, obywatele natychmiast słyszeli z ust nie tylko rzecznika sądu ale też polityków i dziennikarzy sentencję, iż: „wyroków się nie komentuje”. Choć przecież nikt nie ma do tego większego prawa niż zainteresowani nim ludzie.

W efekcie kiedy Zbigniew Ziobro w imieniu PiS wybebesza wymiar sprawiedliwości społeczeństwo gremialnie ma to w nosie. Acz nie powinno też mieć nadzieli, by cokolwiek zmieniło się na lepsze. Przecież jeśli sądy i pojedynczy sędziowie będą bardziej zależni od polityków i kaprysów ministra sprawiedliwości, nijak się to nie przekłada na ich poczucie obowiązków wobec społeczeństwa. Ten, który daje stanowiska, pieniądze i wpływy będzie „tam na górze”, a nie gdzieś między ludźmi „na dole”. Gdy więc znów biedny dzieciak napatoczy się na zderzak terenówki jakiegoś łajdaka, sędzia nadal będzie mógł mieć sprawiedliwe orzekanie głęboko w nosie. No chyba, że incydent wydarzy się w okręgu wyborczym ministra sprawiedliwości. W zasadzie jedyne, co może się obecnie zmienić dla przeciętnego obywatela, to zaobserwowanie faktu, iż specjaliści znów się pomyli. Wbrew ich opiniom polskie sądownictwo może działać jeszcze wolniej. Co wydawało się to już zupełnie niemożliwe. Osiągania rzeczy niemożliwych zawsze może być powodem do narodowej dumy i być może choć do tego potrzebni są ludziom w Polsce sędziowie.