Premier William Pitt młodszy jadł 9 lipca 1797 r. obiad w salonie domu przy Downing Street 10, okazując większe zainteresowanie konwersacją z lordem Morningtonem niż narastającym za oknami hałasem. Nagle trzasnęła szyba i ciśnięty z ulicy kamień trafił lorda prosto w głowę, przerywając interesującą konwersację. Obiad popsuło premierowi londyńskie pospólstwo, wyrażające swe pretensje, bo Bank Anglii zawiesił wymianę funtów na złoto.

Reklama

Papierowy pieniądz natychmiast zaczął tracić na wartości i spanikowani ciułacze zażądali od banków zwracania depozytów. Te nie posiadały dość rezerw, więc ogłaszały upadłość. Nikogo nie przekonywały argumenty, że Zjednoczone Królestwo toczy wojnę z Francją i Bank Anglii nie stać na utrzymanie parytetu złota. Dom przy Downing Street 10 ocaliła przed podpaleniem odsiecz królewskich gwardzistów. Przez następne miesiące przetaczały się przez Londyn fale zamieszek, a liczbę ich uczestników szacowano na 200 tys.

W październiku 1797 r. klienci banków byli o włos od zlinczowania króla Jerzego III. Tłum otoczył jego powóz, gdy jechał na otwarcie Parlamentu w Covent Garden. Monarchę w ostatniej chwili odbili gwardziści. Okazali się oni niezastąpieni także pod koniec 1825 r., kiedy nabici w butelkę inwestorzy usiłowali zdobyć siedzibę Banku Anglii, żeby go podpalić.

Ich świat zawalił się po niebywałej prosperity, jaką nakręciło uzyskanie niepodległości przez hiszpańskie i portugalskie kolonie w Ameryce Południowej. Nowe państwa potrzebowały kapitału. Emitowały więc wysokooprocentowane obligacje i sprzedawały na londyńskiej giełdzie. Spekulowanie nimi przynosiło olbrzymie dochody, a nadmiar gotówki płyną do banków. Aż 18 sierpnia 1825 r. wyszło na jaw, że reprezentujący w Londynie interesy Republiki Poyais Gregor MacGregor ów środkowoamerykański kraj osobiście wymyślił. Realne były tylko obligacje skarbowe, wyemitowane przez zmyślony rząd Poyais, które Szkot sprzedawał. Podobnie, jak 300 tys. funtów, które pożyczył dla swojego państwa od banku Thomas Jenkins & Company.

Reklama

Giełdowa panika udzieliła się klientom banków. Upadło prawie 60 z nich, gdy krach rozlał się na cały kraj. Bank Anglii przetrwał, bo gwardziści karnie strzelali do rozwścieczonego tłumu, a jego gubernator Corneliusa Bullera odnalazł w piwnicach zapomniane worki, pełne jednofuntowych banknotów. Wydrukowany za czasów premierostwa Williama Pitta młodszego pieniądz zaczęto sukcesywnie przekazywać prywatnym bankom i te wznowiły wypłatę depozytów, tak gasząc panikę. Odbudowę zaufania klientów Buller kontynuował, ogłaszając możliwości wymiany banknotów na złoto. To z kolei zapewnili mu Rothschildowie, przerzucając z Francji, w tajnym transporcie 400 tys. złotych suwerenów. Jednak i tak Wielką Brytanię sparaliżowała gospodarcza zapaść, uznana przez historyków za pierwszy, nowoczesny kryzys ekonomiczny. Bolesne doświadczenia uczyły rządy i bankierów, że gdy już wybuchnie panika, niezwykle trudno ją stłumić. Dlatego należało zagrożenie dusić w zarodku

Reklama

Bankowy instynkt stadny

Państwo polskie, zgodnie z europejskimi normami, gwarantuje zwrot depozytów bankowych do sumy 100 tys. euro (przeliczone na złote) w całości. W tym celu utworzono Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Na dzień dzisiejszy dysponuje on rezerwą w wysokości ok. 18,5 mld zł. To sporo, lecz kwota wszystkich depozytów klientów, należącego do Leszka Czarneckiego Getin Noble Bank wynosi ok. 42 mld zł. Zaś ogólnie w 2018 r. Polacy trzymali w bankach ok. 758 mld zł.

Już to drobne zestawienie prowadzi do wniosku, który można ująć w słowach – byle nie panikować. Wprawdzie są jeszcze potężne rezerwy NBP (jakieś 94 mld euro), lecz gdyby nagle ludzie masowo ruszyli po swe oszczędności to … lepiej nie myśleć o skutkach. Stąd nie była przesadną reakcja Komitetu Stabilności Finansowej, który tydzień temu, po nocnym posiedzeniu, zadeklarował, klientom Getin Noble Banku i Idea Banku, ustami prezesa NBP Adama Glapińskiego: gotowość natychmiastowego uruchomienia wsparcia płynnościowego w celu zapewnienia obsługi zobowiązań. Czyli, że niczego nie stracą. Na szczęście Polacy nadzwyczaj spokojnie potraktowali aferę wokół KNF (podważającą przecież wiarygodność nie tylko tej instytucji, ale też banków Leszka Czarneckiego), a groźba utraty oszczędności wyraźnie nie spędza im snu z powiek.

I jest to paradoksalnie znakomita wiadomość. Skoro nikt nie histeryzuje trudno o bankową panikę, a te są jednym z największych zagrożeń dla całej gospodarki. Gdy ludzi ogarnia strach zaczynają naśladować zachowania innych, tworząc tłum szturmujących bankowe kasy, byle tylko ocalić choć trochę z życiowego dorobku. Tymczasem nawet największe banki niezmiernie rzadko dysponują takimi rezerwami, by móc wypłacić klientom całość depozytów. Bez pomocy z zewnątrz muszą upaść. Kiedy bankrutuje kilka, całe państwo zaczyna być bezradne. W tej grze pieniądz jest de facto drugoplanowym aktorem. Decydujące znaczenie ma wiara ludzi, że ów pieniądz banki mogą wypłacić.

Pociąg na strach

Szturmowanie banku jest zajęciem przykrym i męczącym, dlatego w pierwszej kolejności należy ofiarom paniki dać nadzieję, iż wcale nie muszą tego robić. Takie wnioski przyniosły zdarzenia, jakie w 1857 r. zaszły w Hamburgu. Ludzi posiadających oszczędności ogarnął strach na wieść, iż w Stanach Zjednoczonych zbankrutowało ponad tysiąc instytucji finansowych. Robiące interesy z kontrahentami w USA dwa hamburskie domy kupieckie Winterhoff i Piper ogłosiły upadłość. Wówczas mieszkańcy portowego miasta zaczęli wypłacać oszczędności. Nie pomogła wiadomość, iż lokalny parlament utworzył Państwowy Instytut Pożyczkowy, obiecując iż pokryje on wszelkie roszczenia. Kiedy sytuacja stawała się krytyczna nadeszła z Wiednia depesza.

Oto cesarz Franciszek Józef postanowił przekazać Państwowemu Instytutowi Pożyczkowemu wsparcie. Do wagonów w Wiedniu, ochrzczonych przez prasę nazwą „Silberzug” („Srebrny pociąg”), załadowany ledwie kilka ton srebra w sztabkach. Mimo to, wraz z kolejnymi depeszami, informującymi jak daleko jest „Silberzug” od Hamburga, panika słabła. Gdy wjechał na dworzec, wyładunek sztabek nie było już potrzeby. W mieście panował spokój, a banki funkcjonowały normalnie. Dopiero po latach dostrzeżono, jakie płyną z tego wnioski.

Po drodze przydarzył się w 1873 r. największy w XIX w. krach gospodarczy. Zapoczątkowała go panika na giełdzie w Wiedniu, którą zainicjowały upadki banków inwestycyjnych, nazywanych wówczas grynderskimi. Austriacki rząd ani Franciszek Józef nie dostrzegli, że znów przydałby się „Silberzugu”. Zamiast tego zawieszono wszelkie transakcje giełdowe i zamknięto banki. Zamknięcie rynku w czasie bieżącej paniki sprawia, że kolejna panika staje się jeszcze gwałtowniejsza, ponieważ ludzie szybciej pozbywają się akcji lub wycofują pieniądz – pisał kilkadziesiąt lat później członek Rady Gubernatorów FED, a także współautor planu Marshalla Charles P. Kindleberger w poświeconej kryzysom książce „Szaleństwo, panika, krach”. Po ponownym otwarciu banków grynderskich ta prawidłowość zmiotła je z rynku. Gdy krach dotarł do USA Amerykanie popełnili ten sam błąd, zamykając Wall Street oraz banki na 10 dni. Tak potęgując rozmiary katastrofy.

Nauka na przyszłość

Pamięć, iż w 1873 r. upadło większość banków w USA, sprawiła, że gdy w październiku 1907 r. na Wall Street znów zawitał strach, najbogatsi ludzie świata J.P. Morgan i John D. Rockefeller szybko zabrali się do działania. Zaufanie do instytucji finansowych podważył wówczas bank inwestycyjny Knickerbocker Trust, którego właściciele bracia Heinz stracili podczas spekulacji giełdowych pieniądze klientów. Gdy upadł, przerażeni nowojorczycy zaczęli wypłacać oszczędności. Jako, że USA nie posiadały własnego banku centralnego Morgan i Rockefeller, podczas wspólnej konferencji prasowej zadeklarowali, iż wspomogą szturmowane instytucje kwotą 35 mln ówczesnych dolarów (uwzględniając inflację i siłę nabywczą dziś byłoby to ok. 20 mld USD). Po cichu zaś przekazali prośbę wszystkim wspólnotom religijnym w USA, by niedzielne kazania duchowni poświęcili zagadnieniu, jak zgubne są pochopne decyzje.

Obietnica „Silberzugu”, połączona z apelami o rozsądek, stłumiły panikę w zarodku. To doświadczenie zignorowano podczas krachu na Wall Street jesienią 1929 r. Zamiast próbować zdusić strach w zarodku zawieszano norowania, a sekretarz skarbu Andrew Mellon oświadczył, iż bankructwa „wyeliminują z systemu zgniliznę”. Istniejący od 1913 r. bank centralny FED zaczął interwencję, gdy upadłość ogłosiło jakiś 600 banków i światowy kryzys stał się nieuchronny. Dopiero gdy trwał w najlepsze, uczono się ponownie jak tłumić panikę. Ta zdarzała się co chwilę, obejmując kolejne obszary USA. Dość powiedzieć, że w rekordowy 1932 r. upadło 2 tysiące banków. Gdy więc w jakieś miejscowość ludzie ruszali szturmować bank, jego kasjerzy wypłacali pieniądze najwolniej, jak to było możliwe.

W tym czasie wzywano odsiecz z lokalnego oddziału FED. Ten podsyłał furgon wypełniony workami z gotówką, którą demonstracyjnie wyładowywano na oczach tłumu. Ludzie od razu czuli się pewniej i tracili chęć stania w kolejce. Gdy rozchodzili się do domów, nocą FED po cichu odbierał swoją własność. Jeśli ten trik nie pomagał, stanowi gubernatorzy ogłaszali „banks holiday”. Zamknięcie na głucho wszystkich banków w danym stanie pozwalało ludziom ochłonąć ale rujnowało gospodarkę.

Zaufanie do instytucji finansowych w USA przywrócił dopiero prezydent Franklin D. Roosevelt, organizując genialne show. Za radą swego doradcy Marrinera Ecclesa zaraz po rozpoczęciu urzędowania zadekretował „banks holiday” na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Po czym Kongres, zgodnie z wytycznymi bankierów, uchwalił Emergency Banking Act, dający prezydentowi władzę absolutną nad instytucjami finansowymi. Roosevelt skorzystał z niej, posyłając rządowych inspektorów do 15 tys. banków. Przez kolejne dni prasowe doniesienia wyglądały, jak relacje z pola bitwy. Inspektorzy ogłaszali listy banków, podzielonych na trzy kategorie. Te z certyfikatem „A” uznano za bezpieczne, „B” miały otrzymać pomoc FED, natomiast kategoria „C” oznaczała zamknięcie, by instytucję zrestrukturyzować lub zlikwidować.

Nim minął tydzień prezydent ogłosił, że oszczędności Amerykanów są znów bezpieczne. Po czterech latach nerwówki obywatele uwierzyli mu i odetchnęli z ulgą. Nikomu nie chciało się zapytać, jak to możliwe, by w tak krótkim czasie prześwietlić 15 tys. banków. Gdyby takie pytanie postawiono, wówczas mogło wyjść na jaw, że kontrole były fikcją a kategorie „C” przyzwano niemal drogą losową. Roosevelt miał rację ogłaszając, że: Jedyna rzecz, jakiej musimy się obawiać to własny strach.

Kiedy więc w 2008 r., po upadku banku Bear Stearns a następnie Lehman Brothers w Ameryce zaczęło się zanosić na kolejny Wielki Kryzys, przewodniczącym Rady Gubernatorów FED Ben Bernanke udowodnił, iż pamięta bon mot Roosevelta. Nota bene wcześniej w swej karierze naukowej zajmował się historią krachu po 1929 r.

Bernanke zafundował Amerykanom cały pakiet trików przećwiczonych w tamtych czasach. Banki, które traciły zaufanie natychmiast nacjonalizował i ich klienci zaczynali wierzyć, iż nie mogą upaść. Gdy zaś pojawiła się obawa, że na rynku finansowym zabraknie gotówki (wszyscy gwałtownie gromadzili rezerwy) Bernanke obiecał dostarczenie przez FED każdej, niezbędnej ilość: nawet zrzucając z helikopterów. Puszczone w ruch maszyny drukarskie dowodziły, iż nie żartuje.

Popularne powiedzenie mówiło wówczas, że USA nie zbankrutują dopóki istnieje w Ameryce choć jedno drzew, zdatne do przerobienia na papierowe dolary. Desperackie pociągnięcia FED, które szybko zaczęto naśladować w Europie, uspokoiły nastroje i rok 1929 się nie powtórzył. Co chyba stanowi najlepszy dowód, że znajomość psychologii tłumu jest wśród ekonomistów coraz lepsza. Gorzej jeśli tłum przestanie się nabierać na zbyt często ogrywane triki.