Zawsze chcący dobrze Edward Gierek już dwa miesiące wcześniej zagrzewał podwładnych do walki o zapewnienie obywatelom na czas Bożego Narodzenia powszechnego dostępu do: karpia, pomarańczy, bananów i mięsa. Akcją gromadzenia w magazynach, dozorowania, a następnie dystrybuowania do sklepów wspomnianych dóbr dowodził specjalnie w tym celu wyznaczony wicepremier. Mniej więcej, tydzień przed Wigilią kraj pogrążał się w totalnym chaosie, a obywatele jak oszalali biegali od sklepu do sklepu, usiłując coś zdobyć na świąteczny stół.

Obserwujący ten Armagedon członek KC PZPR, a zarazem redaktor naczelny "Polityki" Mieczysław F. Rakowski, pod datą 14 grudnia 1976 r. notował w dzienniku: "Sytuacja na rynku jest fatalna. Brak nie tylko mięsa, ale wielu innych towarów. Ludzie są wściekli". Stan psychiczny rządzących nie był lepszy. Dzień później odpowiedzialnym za zaopatrzenie rynku krajowego wicepremier Tadeusz Pyka ze łzami w oczach opowiadał swemu koledze z rządu Józefowi Tejchmie: "To jest nie do wytrzymania. Jeśli dam za mało mięsa do sieci handlowej, wrzeszczą sekretarze wojewódzcy. Jeśli dam za dużo – krzyczy na mnie premier".

Minister kultury odnotował, że w ciągu kilku tygodni Pyka zamienił się w "wychudły strzęp człowieka". Jednak tuż przed Bożym Narodzeniem, niemal w ostatniej chwili, dopływał z Kuby statek po brzegi wypełniony cytrusami. Zaś karp i mięso niemal boskim cudem rzucano na rynek. Po czym w wigilijny wieczór zarówno rządzących, jak i zwykłych mieszkańców PRL ogarniało cudowne uczucie ulgi. Oto znów jakoś się to wszystko udało. Do szczęścia nie było potrzeba niczego więcej. W dzisiejszych czasach władzy jest i trudniej i łatwiej. W przypadku dóbr materialnych komunistyczna dyktatura miała tę zaletę, iż panowały nieustanne niedobory niemal wszystkiego. Dzięki czemu wystarczyło z jakimś krajem Trzeciego Świata wymienić węgiel na banany, a następnie przerzucić je do sklepów, a nabywców ogarniała euforia, analogiczna do tej, jaką doznają myśliwi pod udanym polowaniu.

We współczesnym społeczeństwie konsumpcyjnym rynek zapewnia nadmiar wszystkiego, a jedyną barierę stanowi zasób posiadanej gotówki. Wobec tak bogatej oferty jest jej zawsze za mało. Na to odczucie władza nic nie poradzi. Nawet solenne obietnice, że podwyżek prądu nie będzie szczęścia ludziom nie dają. Wszystko ze względu na prawidłowości, iż jeśli czegoś najpierw się boleśnie nie odczuje, to potem trudno o spontaniczną radość. Prosty przykład z tego tygodnia. Niespodziewanie dla wszystkich wrogów oraz fanów, posłanka Krystyna Pawłowicz ogłosiła na Twitterze, że: "Mój czas w polityce w te Święta dobiegł końca". Dając do zrozumienia, iż zamierza zniknąć na rok z mediów społecznościowych, a być może w ogóle z polityki. Polskie serwisy informacyjne uznały to wydarzenia za wyjątkowo ważne. Na pewno istotniejsze od buntu "żółtych kamizelek" we Francji, rozlewającego się na inne kraje w Europie lub twardego Brexitu, grożącego Wielkiej Brytanii chaosem. Trzeba przyznać, iż się nie myliły.

Wieść, że Pawłowicz, wraz ze swymi atakami niczym nieskrępowanej agresji, może zniknąć z przestrzeni publicznej, zjednoczyła Polaków. Począwszy od twardego elektoratu PiS, na lewicujących liberałach kończąc, wszyscy emanowali smutkiem. Jak się okazywało posłanka Pawłowicz była wręcz niezbędna politycznie aktywnej części narodu, aby ją kochać lub nienawidzić. Co gorsza jej ostentacyjne zniknięcie uruchomiło spekulacje, że prezes zaczął już sprawdzoną akcję chowania tych polityków Prawa i Sprawiedliwości, na których widok umiarkowany elektorat doznaje palpitacji serca, połączonej z odruchem wymiotnym. Zaobserwowano natychmiast niepokojący sen zimowy u innych, dotąd buzujący chęcią demolowania wszystkiego co ich otacza zagończyków, na czele z; Antonim Macierewiczem i Dominikiem Tarczyńskim. Wniosek był prosty – idą przedterminowe wybory. Odzewem nań stało się powszechne przygnębienie. Ludzie związani z obozem władzy zaczęli się bać, iż już za trzy miesiące mogą ją stracić, a to na pewno bardzo zaboli. Opozycja bała się z kolei, iż nie wygra i znów cztery lata będzie pomiatać nią "dobra zmiana". Oto Wigilia za pasem, a humory pod psem.

Kiedy więc przed nadejściem weekendu Krystyna Pawłowicz ogłosiła przerwę w odwyku od Twittera i wypuściła strzałę zdrowej nienawiści pod adresem paru dziennikarzy oraz "Gazety Wyborczej", okrzykom radości nie było końca. Jej fani (ci kochający, jak i nienawidzący) odetchnęli z ulgą. Wszystko było jak dawniej, zaś wybory parlamentarne nadejdą dopiero za rok. Takim oto sposobem masa ludzi dostała pod choinkę trochę radości. Jeśli po świętach okaże się ona złudzeniem - trudno, przynajmniej w Boże Narodzenie było fajnie. Ten rodzaj gwiazdkowego prezentu można nazwać metodą "na diabełka z pudełka". Najpierw pakuje się ludzi w coś co uwiera lub przerażą, a następnie jak z pudełka wyskakuj zapowiedź ulgi, połączonej z nadzieją na przyszłość. Takim czymś w większej skali byłaby na przykład zaskakująca dymisja minister edukacji narodowej. Jak do tej pory w ramach bezinteresownych prezentów zafundowała ona uczniom i ich rodzicom chaotyczną likwidację gimnazjów, mordercze podstawy programowe w ostatnich klasach podstawówek, edukację na dwie zmiany, a w kolejce czeka podwójny rocznik w liceach.

Po drodze zaś sprowokowała protesty nauczycieli oraz wiele innych atrakcji, które rozwalają codzienny rytm życia i pracy milionom rodziców. Wprawdzie tego bałaganu nie da się łatwo ogarnąć i doprowadzić do porządku, lecz zawsze można osłodzić go odrobiną gwiazdkowej radości. Wigilia przecież dopiero w poniedziałek. Acz święta byłyby naprawdę super, gdyby zaskakującą dymisję połączyć z tarzaniem pani minister w smole, a następnie pierzu. Niby już zapomniany sposób wyrażania społecznej sympatii, a jakże może cieszyć, gdy się go dostanie pod choinkę. Jednak znając życie podczas rządowej wigilii należy raczej spodziewać się toastów w rodzaju tego, jaki niegdyś zapadł w pamięć Józefowie Tejchmie. Gdy wierchuszka władzy spożywała w 1974 r. kolację w Łańsku, Zastępca Przewodniczącego Rady Państwa Władysław Kruczek wstał od wigilijnego stołu, wzniósł kieliszek i oświadczył: "Należy w takim dniu wybaczać ludziom wieszających psy na takich jak my, którzy rządzimy i czasem błądzimy. W sumie wybaczenie to też całkiem miły prezent na święta.